Biały szczur

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Żuławski
Tytuł Biały szczur
Pochodzenie Kuszenie Szatana
Data wydania 1914
Wydawnictwo Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów, E. Wende i Spółka
Druk Zakł. graf. Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
BIAŁY SZCZUR
1898



Z łokciami wspartemi na stole, z twarzą na dłoniach — siedział już tak pół godziny i patrzył bezmyślnie na wątły, błękitnawy płomyk lampki gazowej, liżący w niespokojnych podskokach półokrągłe dno retorty. — Niewielka lampa, przytwierdzona do ściany, o którą się stolik opierał, rzucała z pod zielonej umbry jasny krąg światła na jego płowe, na szczycie głowy mocno przerzedzone włosy, na twarz młodą a zwiędłą, o wysokim czole, jasnych brwiach, wązkim a długim nosie i naprzód wysuniętej i śpiczastej brodzie. Blask pełzał po stole, odbijał się w porzucanych tu i ówdzie między papierami naczyniach chemicznych, zaglądał do klatki z białym, niespokojnie tam i sam biegającym szczurem, zsuwał się na ziemię i dokąd mu dolny, nizko zwieszony brzeg umbry pozwalał, zataczał na podłodze żółte półkole, szerokim cieniem wysokiego drewnianego krzesła przerżnięte. Reszta niewielkiego pokoiku tonęła w półcieniu. Majaczyły w nim tylko wyraźniej rozchylone nieco szklane drzwi dużej szafy, pult jakiś wysoki, zarzucony książkami, śród których stały opróżnione menażki restauracyjne, — a dalej jeszcze wyglądały z mroku kręcone schody żelazne, wprost na piętro wiodące. Przez otwarte drzwi w bocznej ścianie widać było szeroką, wagami zastawioną ladę i tonące w cieniu półki, pełne flaszek i słoików. Duszna, gryzącymi wyziewami aptecznymi i dymem tytuniowym przesycona atmosfera wypełniała cały pokój.
W ciszy słychać było miarowe tykotanie zegaru i syk lampki gazowej. Wtem rozległ się szybki stuk w okienicę i przytłumiony śmiech. Młody człowiek nie poruszył się; dopiero na dźwięk dzwonka aptecznego powstał szybko i przeszedł automatycznie do sklepu. W otwartych drzwiach stanął przed nim obdarty chłopak z terminu. Z poza ramion jego wyglądała z cienia druga śmiejąca się twarz urwisza.
— Czego?
— Pon majster prosi piknie proszku perskiego za centa.
— Wynoś się!
— Proszę pana japtykorza, trza koniecznie dać, bo pani majstrowa nie chcą spokojnie leżeć...
Ukryty w cieniu drugi chłopak wybuchnął przemocą powstrzymywanym śmiechem.
Młody człowiek zatrzasnął drzwi niecierpliwie i powrócił na dawne miejsce. Nim jeszcze usiadł, rozległo się gwałtowne uderzenie w okienicę i śmiech zadowolonych z figla uliczników:
— Ty! japtykorz!...
On wsparł znowu głowę na dłoniach i patrzył bezmyślnie przed siebie. Na zegarze wybiła druga.
Nagle podniósł oczy, jakby ze snu ocknięty i szybkim ruchem wyrwał płonącą lampkę z pod retorty. Mały termometr w brunatnym rozczynie zanurzony pokazywał o pół stopnia więcej, niż było potrzeba. Chemik z niezadowoleniem wziął retortę do ręki i przypatrywał się pod światło rozczynowi, z lekka co pewien czas naczyniem potrząsając. Białe, maleńkie bańki ukazywały się w cieczy i wznosiły się w górę, szybko na powierzchni pryskając.
— Jeszcze się nic nie stało — szepnął. Po chwili jednak opuścił ręce z wyrazem zniechęcenia:
— Po co to wszystko, szeptał, — jeżeli on ma słuszność? jeżeli krew... nie zasymiluje?...
Oparł naczynie o stos zeszytów i przeszedł do drugiego pokoju. Po ciemku zbliżył się do jednej z szaf, schylił się i wyjął dużą flaszkę koniaku. Nalał szklankę po brzegi i wypił szybko, chciwie. Wracając, chwiał się na nogach; krwawe rumieńce wystąpiły mu na żółtą, zwiędłą twarz.
Pracował już tak od kilku lat po nocach, a od paru już tak pił. Początkowo, aby pobudzić myśl i energię do pracy, później aby nie zasnąć ze znużenia, a teraz poprostu dlatego, że już nie mógł inaczej. Na trzeźwo pracować już nie umiał. Gdy się cały dzień stoi albo biega i przyrządza lekarstwa, to się jest wieczorem cokolwiek zmęczonym. A wszakże kiedyindziej nie miał czasu na samodzielną pracę. Dopiero gdy Pryncypał opuszczał wieczorem aptekę, on zamykał drzwi i okiennice, wychylał parę szklanek koniaku i siadał przy retortach, lub kreślił długie szeregi znaków na papierze. Wiedział, że taką pracą zabija wątły swój organizm, że się zatruwa alkoholem, jasno sobie zdawał z tego sprawę, że parę lat jeszcze życia takiego — a będzie musiał w szpitalu kończyć na delirium — ale... cóż mu to znaczyło!
Co mu to znaczyło — aż do wczoraj!
Na wspomnienie tego dnia zatrząsł się jak w febrze i pobladł. Pot wystąpił mu na czoło pod rzadkimi włosami. — A jeśli on ma słuszność?... — szepnął.
A jednak myśl jego była taka wspaniała i tak bezwarunkowo wierzył w konieczność jej urzeczywistnienia! To znaczy, wierzył nie w to, że on sam ją koniecznie urzeczywistni, ale że wogóle urzeczywistniona być musi. Na to życie jednego człowieka nie wystarcza. On miał zrobić początek, a potem mieli przyjść inni pracownicy i znowu inni — aż do skutku.
A wtedy, gdyby ten skutek z czasem osiągnięto, czemże by byli wobec niego wszyscy dobroczyńcy ludzkości, których świat wielbi? — czemże wszystkie dobrodziejstwa wobec tego, które on światu wyświadczyć zamierzał: uwolnić ludzkość raz na zawsze od wszelkich najstraszniejszych chorób, dać jej w rękę niezawodną broń do walki z tym wrogiem, który ją dziesiątkuje i tyle nędzy sprowadza! Warto życie i siły i zdrowie poświęcić, aby to zrobić!
Aby to zrobić... Mój Boże!
A wszakże rzecz właściwie wydawała się taka prosta! — Lekarze wiedzą już dzisiaj, skąd choroby zakaźne pochodzą, ale nie umieją ich leczyć. Wiedzą, że w chorem ciele gnieżdżą się wtedy legjony całe mikrobów, miljony zarazków, które rozwijając się, wytwarzają w krwi pewien związek chemiczny, zatruwający organizm zupełnie tak samo, jak arszenik lub cyankali. I to zatrucie właśnie chorobę i śmierć powoduje. I jakże chorego ratować? Śmiać się musi, gdy myśli, jak niedołężnie do tego czasu choroby te leczono! Otóż naprzód starano się te zarazki w krwi zabijać. To było trudno, ale choćby się też nawet udało — cóż komu z tego przyjdzie! Organizm raz zatruty choruje i niszczeje, chociaż się te mikroby, które go zatruły, usunie. Później starano się przez szczepienie surowicy uczynić człowieka na zatrucie niewrażliwym. Ale któż zaręczy, jak długo działanie surowicy będzie trwało i do jakiego stopnia organizm na truciznę znieczuli? Nie! jego teorja bezwarunkowo jest lepsza! A taka prosta! taka jasna. Organizm jest zatruty? Dobrze! Wszak na każdą truciznę można znaleźć teoretycznie antydotum, to znaczy takie ciało chemiczne, które się łączy z trucizną w krwi rozpuszczoną i tworzy razem z nią związek w krwi już nierozpuszczalny, a zatem szkodzić nie mogący; tak się leczy wszystkie otrucia. Cóż zatem prostszego, jak zastosować tę samą metodę do chorób zakaźnych? Wtedy już cholera i dżuma nie byłyby niczem niebezpieczniejszem od lekkiego otrucia fosforem lub inną jaką powoli działającą trucizną. Z niemogącymi szkodzić już mikrobami organizm samby sobie dał radę!
W chwili, gdy mu pomysł ten po raz pierwszy przyszedł do głowy, o mało że nie oszalał z radości. Stłukł parę retort, rozbił słoik z drogiem lekarstwem i na całe pół dnia wydalił się bez pozwolenia z apteki. Biegał po lesie z odkrytą głową i krzyczał z uciechy. Opowiadał drzewom i ptakom, jak zamierza ludzkość uszczęśliwić.
Nie zwlekał też z wykonaniem pomysłu. Za parę dni wziął się do roboty. Co prawda, praca była ogromna, przechodząca nawet siły jednego człowieka. Trzeba było naprzód z krwi zatrutej zarazkami pewnej choroby, z pośród mnóstwa nieszkodliwych ten właśnie pierwiastek bez żadnych przymieszek wydzielić, który chorobę sprowadza, a dopiero zizolowawszy go w ten sposób, wziąć się do oznaczenia jego składu chemicznego, aby później na tej podstawie wynaleźć antydotum.
Potem należało zrobić to samo z drugą chorobą, trzecią, dziesiątą — i tak dalej. Jako chemik zawodowy, nie łudził się bynajmniej co do trudności, jakie będzie musiał napotkać. Wiedział, że jego życie i siły wszystkie zaledwie może na to wystarczą, żeby jeden jedyny pierwiastek chorobotwórczy wyszukać, a już w najlepszym razie i skład jego zbadać. Nie chodziło mu jednak o to. A gdy czasem — mimowoli — uczuwał żal do życia ludzkiego, że jest takie krótkie i że przez to inni będą musieli kończyć to, co on zaczął, — wyrzucał to sobie potem i mówił: Dlaczegóż być egoistą? dlaczegoż ja mam koniecznie dzieła dokonać? Zacząłem — to dosyć. Skończą inni. Dla ludzkości to wszystko jedno, byle rzecz była kiedyś zrobiona. — I uczuwał ogromną błogość na myśl, że rzecz z czasem musi być zrobiona i że ludzkość będzie szczęśliwa — i z podwójną energją brał się do pracy.
We dnie nie miał czasu, pracował więc w nocy. Miał przedtem zamiar składać w krótkim czasie egzamina magistra farmacji — teraz jednak, przy tem zajęciu, nie mogło być nawet mowy o przygotowaniu się. Niebogata rodzina za złe mu to opuszczenie miała i wyrzutami ze swej strony doprowadziła nawet do tego, że musiał się od niej odsunąć. Ale przebaczał im wszystko, bo cóż oni wiedzieli o jego pracy? Żyjąc na uboczu, ze szczupłej swej pensyjki kupował bardzo nieraz drogie chemikalja i przyrządy. Aby zaś wystarczyło, ograniczał się w wydatkach. Ubierał się bardzo licho. Skromny obiad, przysyłany z restauracji, dzielił na dwie części i drugą połowę zjadał wieczorem, jako kolację. Wyczerpany był i zmęczony, zaczął się w aptece zaniedbywać! Pryncypał groził mu już raz nawet utratą miejsca. We dnie więc przemocą senność przezwyciężał, a w nocy pił szklankami koniak i czarną kawę, aby nie upaść ze znużenia. I pracował. Przyzwyczaił się już nawet tak do tego, że po wypiciu ilości koniaku, po której kto inny upadłby bez przytomności, on zupełnie pewnie pracował przy wagach chemicznych, które, jak wiadomo, setne części miligrama oznaczają i nadzwyczajnej wymagają uwagi. Nie mylił się nigdy. Za to, gdy był trzeźwy, ręce mu się trzęsły i robota nie szła.
Sześć lat już upłynęło. Zaczął pracować nad tyfusem. Hodował sztucznie zarazki, szczepił je królikom, młodym świnkom morskim i białym szczurom, u których choroba szczególnie łatwo i pięknie się przyjmuje; krew zatrutych zwierząt badał potem i rozbierał i szukał, ale do żadnych dodatnich wyników jeszcze nie doszedł. Czasem parę miesięcy tracił, postępując drogą, która później okazała się fałszywą. Wracał się wtedy i rozpoczynał rzecz od początku. Raz stracił w ten sposób dwa lata. Po pewnym czasie spostrzegł, że brak mu wielu koniecznych do tego rodzaju badania wiadomości z wyższej chemji, medycyny i fizjologji. Sprowadzał więc dzieła, uczył się i pracował na nowo. W chwilach największego znużenia i wyczerpania, gdy mu już ręce opadały, dość mu było pomyśleć o szczęściu, jakie z jego trudów dla ludzkości wyniknie, a natychmiast dreszcz rozkoszy przechodził jego wątłe, wyniszczone ciało — i rzucał się z nowym zapałem do pracy. Koniak tylko musiał pić ciągle.
W niezawodność i nieomylność swojej teorji wierzył niewzruszenie i to właśnie sprawiało, że największe nawet niepowodzenia nie zrażały go. Wszakże wszystkie trudności li tylko do wykonania się odnosiły, a doniosłości i prawdziwości samej zasady w niczem nie osłabiały. Dopóki o teorji samej i skuteczności jej wyników nie wątpił, nic go do pracy zniechęcić nie mogło.
Tak było — aż do wczoraj...
Wczoraj w nocy, o tym czasie, a może wcześniej nieco, odwiedził go przyjaciel, którego dawno nie widział. Przyjechał skądś i wprost z dworca udał się do niego. Zapukał w okienicę, ale on, przyzwyczajony do figlów uliczników, którzy wiedząc, że nocami siaduje, w ten sposób go niepokoili, nie ruszał się. Dopiero gdy usłyszał znajomy głos, wstał i otworzył. Ucieszył się bardzo, bo rzadko ludzi widywał, z którymi mógłby szczerze serdecznie rozmawiać. Gawędzili dość długo. On naturalnie opowiadał przyjacielowi o swem odkryciu. Wpadał w zapał, a gość słuchał spokojnie, ale z widocznem zajęciem. Podobno kiedyś tam zajmował się i chemją — w ciągu swych długoletnich studjów — i rozumiał się na tem nieco. Gdy skończył, gość pokiwał głową i z jakimś dziwnym uśmiechem politowania nazwał go zapaleńcem i idealistą. Gdy on się zaś bronił, udowadniając realności swej teorji i wykonalności pomysłu, przyjaciel zerwał się, mówiąc:
— A wiesz ty, że ten piękny twój pomysł może być nic nie wart? W zasadzie nic nie wart!
Teraz on z kolei uśmiechnął się z politowaniem: widocznie nie rozumiano tego, co mówił o swej pracy. Gość ciągnął dalej:
— Pomijam już trudności w wyszukaniu i izolowaniu chorobotwórczego pierwiastka, w oznaczeniu jego składu chemicznego i w wyszukaniu teoretycznem neutralizującego antydotu, bo — lubo bardzo trudne — są to wszystko rzeczy możliwe...
— Naturalnie...
— Otóż dobrze. Słuchaj-że teraz. Znalazłeś antydotum, lekarstwo. To lekarstwo, aby truciznę z krwi wyłowiło, jak mówisz, musi się poprzednio samo w krwi rozpuścić, — prawda?
— A tak...
— No a co, jeżeli jedyne możliwe antydotum na truciznę danej choroby będzie samo ciałem chemicznem, w krwi nierozpuszczalnem? Gdzie się wtedy z tą w krwi rozpuszczoną trucizną spotka i jak ją zneutralizuje? hę?
Jemu się nagle ciemno przed oczyma zrobiło. Istotnie, o tej możliwości nie pomyślał.
— Jakto?.. — wybąknął prawie bez myśli.
— Ot, organizm poprostu nie przyjmie, nie zasymiluje twego lekarstwa, — wtedy co z całej twej pracy? Szkoda czasu i sił dla rzeczy tak niepewnej! Ludzkość będzie chorowała tak jak dotąd, — ty idealisto!
Jakby piorun trzasnął u jego nóg. Szkoda czasu i sił!... Zdawało mu się, że się gmach jakiś wali nad nim i przygniata go swym ciężarem. Płomyk lampki gazowej, retorty i klatka z białym szczurem zaczęły tańczyć przed jego oczyma. Nie mógł się na nogach utrzymać i musiał usiąść. Pobladł widocznie, gdyż nawet gość to zauważył.
— No, no, ostatecznie nie rób sobie nic z tego, co powiedziałem, — rzekł. — Przecież nie koniecznie musi być tak źle... Chciałem ci tylko oczy otworzyć... Zresztą — pracuj, szukaj, próbuj — a zobaczymy!
— A a! — ziewnął, — spać mi się chce! Pójdę do hotelu. Bądź zdrów, a najlepiej daj już pokój pracy na dzisiaj i połóż się także spać...
I poszedł.
Poszedł sobie, jakgdyby nigdy nic — i zostawił go z tą straszną wątpliwością, której się teraz nie mógł obronić.
— A jeżeli on ma słuszność? — powracało mu ciągle do głowy, — jeżeli moja praca istotnie do żadnego celu nie prowadzi! Jeżeli organizm nie zasymiluje?...
Wiedział, że jest to tylko przypuszczenie, że niekoniecznie ma być tak źle, — a jednak czuł, że cały zapał i wszystka energja bezpowrotnie uleciały. — Jeśli tak wogóle może być — po co pracować?
Przy innych okolicznościach cios możeby nie był dla niego tak straszny, — wszakże bądź co bądź widmo zupełnego niepowodzenia było tylko jedną z licznych możliwości, — teraz jednak była to ostatnia kropla dolana do czary...
Zaczął drżeć cały; policzki mu płonęły; od czasu do czasu dławiła go czkawka. Patrzył teraz błędnem okiem na szkła i retorty, jakby nie rozumiejąc, po co on między niemi tyle lat młodego życia stracił.
Po raz pierwszy od długiego, długiego czasu zapragnął uciec z tej apteki — do ludzi. Duszno mu było i straszno.
Znał małą piwiarnię na przedmieściu, gdzie co noc zbierało się kółko jego znajomych... Bywał tam niegdyś... Zarzucił płaszcz i pobiegł tam prosto. Wchodząc do dymnej, gwarnej izby, zawahał się. Spostrzeżono go jednak zaraz i przywitano chórem zdziwienia i śmiechu, nie dozwalając się cofnąć. Szedł więc ku nim z bezmyślnym uśmiechem, chwiejąc się na nogach.
— Ależ ty już pijany przychodzisz, alchemiku! — zawołał jeden. — Wyznaj-no gdzie byłeś? — On sam czuł, że jest już pijany i dziwił się, gdyż tego dnia wypił znacznie mniej koniaku, niż zazwyczaj.
Co dalej było — już nie pamięta. Wie tylko, że nad ranem, gdy z knajpy wychodził, wszystko wydawało mu się ogromnem głupstwem. Wszystko! wszystkie choroby i chemja cała i szczęście ludzkości. Było mu strasznie wesoło i śmiał się wraz z innymi do rozpuku z jednego z towarzyszy, nizkiego, wątłego, o suchotniczym wyglądzie chłopaka, który nie mógł iść już o własnej mocy, a bronił się chcącym mu dopomóc kolegom i usiłując się wyprostować, bełkotał z komiczną powagą:

„Precz odemnie, podły tłumie, bo będzie nieszczęście,
Młody jestem, wściekły jestem i mam silne pięście...


Było to nieskończenie zabawne! —
Wrócił do domu w chwili, gdy czas już było aptekę otwierać. Nie kładł się więc spać i znowu cały dzień był na nogach. Przyrządzał automatycznie lekarstwa i starał się nie myśleć o niczem. Raz tylko — około południa... Przyszła jakaś wiejska baba do apteki z płaczem po chininę. Jej mąż miał tyfus. Dawniej w takich okolicznościach myślał z rozkoszą, że kiedyś, dzięki jemu, tyfus będzie równie mało znaczącą chorobą, jak dzisiaj katar... Teraz na dźwięk tego wyrazu uczuł, jakgdyby zimne ostrze, przeszywające mu na wskroś piersi. Łzy go paliły w oczach.
Nadszedł wreszcie czas zamknięcia apteki. Zasunął okiennice, zapalił lampę i z przyzwyczajenia zabrał się do pracy. Wypił koniaku więcej, niż kiedykolwiek, a jednak robota mu nie szła. Rozbił retortę z gotowym już preparatem, przekręcił śrubkę u mikroskopu i teraz o mało nie przegrzał rozczynu, nad którego przyrządzeniem parę tygodni pracował.
Był bajecznie znużony, ale się nie kładł, czując, że nie będzie mógł zasnąć.
— Poco to wszystko, poco? — szeptał. — Jeżeli organizm nie zasymiluje...
O czem innem nie mógł już dzisiaj myśleć.
Przechylił się w tył na wysoką poręcz drewnianego krzesła, zaplótł ręce na głowie, — blade zwiędłe usta, ocienione nikłym, spłowiałym wąsikiem, rozwarł nieco, ukazując rzadkie i spróchniałe zęby, a oddychając ciężko, patrzył z pod obrzękłych powiek przed siebie, na stół.
Płomyk lampki gazowej, wysuniętej z pod retorty, strzelał w górę błękitny, ruchliwy, drobnemi, złotawemi iskrami usiany. Biały szczur w klatce, zmęczony snadź ustawicznem bieganiem, przysiadł i wystawiwszy między pręciki różowy nosek, obwąchiwał uważnie tuż obok leżącą, szczelnie zamkniętą szklaną epruwetkę, w której na galaretowatej masie szarzało kilka plamek ślicznie rozwiniętych, a specjalnie dla niego przeznaczonych zarazków tyfusowych.
Aptekarz myślał teraz o życiu swojem straconem, o zmarnowanej świetnej może przyszłości, o nadziejach, jakie mu niegdyś z powodu jego zdolności robiono, o nędzy i o tej pracy swej, w którą duszę i zdrowie włożył, i znowu o tem, co wczoraj usłyszał. Uczucie bezgranicznej rozpaczy i pustki jakiejś niezmierzonej owładnęło nim, wiercąc w mózgu i tamując oddech. — Nie! bezwarunkowo, nie może tutaj i dzisiaj wysiedzieć! — musi wyjść musi zaczerpnąć świeżego powietrza — Może się uspokoi...
Powstał, odtrącając krzesło gwałtownym ruchem, chwycił płaszcz, czapkę i nie gasząc światło, wybiegł w ciemną ulicę. Szczur przestraszony łoskotem rzucił się w kąt klatki i patrzył za nim zdziwiony...
Zaledwie ukazał się przed domem, gdy dwaj chłopcy, obrywający bez, który się wielkiemi kiściami zwieszał przez mur sąsiedniego ogrodu, zobaczywszy przechodnia, ze strachu w bok uskoczyli. Poznali go jednak zaraz: tego „cudaka“ nie było się co obawiać.
— Ty! japtykorz, gdzie się po nocy włóczysz! — zabrzmiało za nim w zaułku...
Nie oglądał się; szedł przed siebie szybko, jakby uciekając od mary, która go tam między retortami dusiła.
Noc była majowa, ciepła. Idąc, spotkał dwóch czy trzech zapóźnionych, taczających się pijaków, — zresztą pusto było zupełnie. Tu i ówdzie z za spuszczonej rolety błyszczało mdłe światło nocnej lampki. Patrzył na te okna i myślał o szczęściu młodych, kochających się ludzi, którzy teraz obok siebie spoczywają. On takiego szczęścia nie zaznał nigdy. — I nagle przypomniał sobie, że także przy chorych nocne lampki się świecą. Na przykład przy chorych na tyfus... Wstrząsnął się i począł biec szybciej. Ogarniało go coś, jakby uczucie wstydu z nieznośnym bólem połączone.
Szybki chód męczył go jednak widocznie, gdyż po chwili zwolnił kroku, oddychając ciężko. Wyszedł już ze śródmieścia i wchodził właśnie na most, olbrzymiem żelaznem żebrem wyginający się ponad głębokim wąwozem, w którym na dnie bystra rzeka szumiała. W połowie mostu przystanął, i wsparłszy się plecami o żelazną balustradę, zdjął kapelusz i począł chustką czoło obcierać.
W powietrzu dawał się czuć lekki chłód nocny i rzeźwość wonna, niewypowiedziana. Głębokim wąwozem ponad szumiącą wodą płynął łagodny powiew nocny i chwiał słabemi płomykami rzadkich latarń gazowych. Księżyc wychodził właśnie w pełni z poza wysokiej wieży starego tumu i patrzył przez gotyckie okna na świat i na wodę, z jednej strony gwiazd pełną i lekko się pod światło iskrzącą, z drugiej przywaloną olbrzymim cieniem mostu i gotyckiej wieży.
Aptekarz patrzył na bzy w głębi wąwozu kwitnące, na księżyc, który kilka razy przez okna wieży błysnąwszy, zagasł na chwilę i teraz znowu u szczytu z pomiędzy kamiennych różyc gotyckich jak srebrna różyca wypłynął, — słuchał słowików ogromnym chórem zawodzących i myślał, że są przecież ludzie na świecie, którzy nie tracą życia w zamkniętej i dusznej aptece śród retort i słoików, — dla których i słońce świeci i księżyc, i kwiaty pachną, i ptaki śpiewają... Dziecięce jakieś wspomnienie zabłąkało mu się w mózgu — i nagle taka go ogromna żałość zdjęła, że rozpłakał się, jak dziecko. Odwrócił się teraz i przechylony naprzód, wsparł łokcie na żelaznej poręczy, twarz ukrył w dłoniach i trząsł się wewnętrznem spazmatycznem łkaniem.
Długa chwila upłynęła, nim się uspokoił nieco i otworzył oczy... Księżyc zaszedł za chmury, a przed nim w dole szkliła się niewyraźnie czarna otchłań wody... Myślał teraz znowu o sobie, o życiu swojem, zmarnowanych latach, zniszczonem zdrowiu, niepowodzeniach wszystkich i tym celu życia, w którego osiągnięcie od wczoraj już wierzyć przestał. Skronie na chwilę świeżym powiewem nocy ochłodzone, płonęły mu teraz na nowo; pod powiekami czuł gorący piasek. Wypity koniak zaczynał teraz dopiero działać, jak nigdy jeszcze. W głowie czuł szelest nieznośny: przed oczyma wszystko mu krążyło.
I powoli szum zrywającego się wiatru zaczął mu się zlewać z głuchem mruczeniem rzeki w dziką i okropną jakąś muzykę, w której słyszał ciągle powracającą szyderczą fugę:
— Nie zasymiluje... nie zasymiluje...
Strach go ogarniał. Zaczynał już tracić przytomność. Palce zgiął kurczowo dokoła żelaznej poręczy i pochylał się coraz więcej naprzód. Nie wiedział już, gdzie jest i co robi. Widział tylko tę ogromną wabiącą toń wody pod sobą i słyszał szumiący wicher... Zawrót miał straszny. Zdawało mu się, że z mostem i całym światem razem ruchem zrazu powolnym, lecz wzmagającym się stale, kręci się, opadając przytem ciągle ku lewej stronie i coraz niżej. — Coraz silniej trzymał się poręczy, aby nie zlecieć w tę otchłań, w którą razem z mostem zdawał się posuwać...
Nużące wrażenie nieustannego ruchu ustąpiło wreszcie miejsca dziwnym halucynacjom. — Zdaje mu się, że siedzi w aptece i pracuje. Późno już jest i płomień gazowy syczy tak nieznośnie... Jest strasznie zmęczony, ale nie może się kłaść spać, bo dzisiaj robota ma być ukończona — dzisiaj wynaleść musi niezawodne lekarstwo na wszystkie choroby... A ten płomień gazowy tak syczy...
Nagle — retorta pęka i — zamiast upragnionego lekarstwa, wysypują się z niej miljardy tyfusowych zarazków, rozlatują się po świecie; zaraza wszędzie; wszyscy chorują, wszyscy go przeklinają... Chciał krzyczeć, chciał się usprawiedliwiać, ale głos zamarł mu w piersi.
Ocknął się, — przed nim ciemna otchłań...
— Nie zasymiluje! — śmiał się wiatr.
— Pójdź, pójdź, — szumiała woda.
Przechylił się jeszcze więcej. Już tylko kurczowo zaciśnięte dłonie i tarcie podeszew o kamienne płyty trotuaru utrzymywały go w równowadze.
— Pójdź — szumiała woda.
I nagle wszystko, wszystko wydało mu się takiem ogromnem, niewartem wspomnienia głupstwem, — i życie, i praca, i zawody, wszystko... Ogromny spokój i błogość niewypowiedziana ogarnęły go, — uśmiechnął się, przymknął oczy i...
Drgnął i wyprostował się. Oprzytomniał. Szeroko otwartemi oczyma pojrzał dookoła. Latarnie pogaszono już wszędzie; wiatr zacinał drobnym, zimnym deszczem.
Przez chwilę stał niepewny, patrząc ze zdumieniem dokoła na ciemny świat i na wodę, która, jak mu się zdawało, przed chwilą tak blizka, teraz pogardliwie gdzieś daleko w dół z pod stóp mu się cofnęła...
Spojrzał jeszcze raz na niebo, na wodę, uśmiechnął się, machnął ręką, chrząknął i otulając się w wytarty płaszcz, ruszył prosto do nocnej knajpy, gdzie się wczoraj tak dobrze bawił...
Jasno już było, gdy wrócił do domu. Niezgaszona lampa paliła się jeszcze, a żółty jej blask kłócił się z błękitnym świtem, wpadającym przez szpary okiennicy. Na stole stała próżna klatka. Biały szczur, pozostawiony sam, zdołał szczęśliwie przegryźć dwa słabsze prętki i umknął, strąciwszy retortę ze stołu. Chemik kopnął ją nogą, aż szkło rozprysło się po podłodze i rzucił się w ubraniu na posłanie, mimo że była to godzina, o której należało otwierać aptekę.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Żuławski.