Pierścień i róża/Rozdział siedemnasty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Makepeace Thackeray
Tytuł Pierścień i róża
Wydawca Wydawnictwo J. Mortkowicza
Data wydania 1936
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zofia Rogoszówna
Tytuł orygin. The Rose and the Ring
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
W. M. Thackeray - Pierścień i róża str 157.png
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY
JAK SIĘ ROZEGRAŁA STRASZLIWA BITWA I KTO W NIEJ ZWYCIĘŻYŁ.

Wściekłość króla Padelli na wieść o ucieczce Różyczki i lwów nie miała granic. Natychmiast kazał wrzucić w przygotowany kocioł z wrzącym ołowiem W-go Kanclerza, W-go Ochmistrza dworu i wszystkich królewskich urzędników. Nie zdołało to jednak nasycić jego pragnienia krwi i zemsty. W mig powołał pod broń piechotę, konnicę, artylerję i wyruszył w pole na czele nieprzeliczonych tłumów wojska. Dość powiedzieć, że samych doboszów i trębaczów było wzwyż 20 tysięcy.
Naturalnie, że warty Lulejki doniosły mu natychmiast o nadciągającem niebezpieczeństwie. Ale Lulejka był zbyt dobrze wychowanym młodzieńcem, by niepokoić królewnę, bawiącą u niego w gościnie, przedwczesnymi alarmami wojennymi. Pragnąc uprzyjemnić jej pobyt w obozie, wydał na jej cześć śniadanie i ucztę, a wieczorem urządził wspaniały bal, na którym wszystkie tańce z nią jedną tańcował.
Poczciwy Bulbo był także w liczbie zaproszonych. Król odnosił się do niego z nadzwyczajną łaskawością, ofiarował mu kilka nowych garniturów i publicznie nazwał go „kochanym kuzynem”. Mimo to jednak Bulbo nie czuł się szczęśliwy, przeciwnie, widać było, że jest bardzo biedny. A wiecie, co było przyczyną jego smutku? Naturalnie, tajemnicze działanie zaczarowanego pierścienia, który Różyczka nosiła na palcu. Ujrzawszy królewnę w prześlicznej balowej sukni, Bulbo zapłonął ku niej znowu szaloną miłością i najzupełniej zapomniał, że w domu pozostawił żonę Angelikę, która zresztą, prawdę mówiąc, nie bardzo o nim pamiętała.
Właśnie Lulejka przetańczył dwudziestą piątą turę polki z Różyczką, gdy nagle, spojrzawszy na mały paluszek narzeczonej, spostrzegł na nim ze zdumieniem dobrze znaną obrączkę, którą niegdyś ofiarował Angelice. Na zapytanie, skąd ma tę obrączkę, Różyczka odpowiedziała, że otrzymała ją w upominku od Gburyi-Furyi.
Rozmowę ich usłyszała Czarna Wróżka, która właśnie przybyła do nich w gościnę. Więc podeszła ku młodej parze i rzekła:
— Tak jest, Lulejko, obrączka ta jest tą samą obrączką, która czas jakiś była w twojem posiadaniu. Ongi przed wielu już laty ofiarowałam ją królowej matce twojej, która — nie weź mi za złe tej uwagi — nie bardzo była rozsądna! Pierścionkowi temu nadałam cudowną własność czynienia uroczą osoby, która go nosi na palcu. Różę o podobnej własności posiadał i biedny Bulbo. Dopóki nosił ją na piersi, wydawał się wszystkim przystojnym, później jednak oddał ją Angelice, i odtąd żona jego zadziwia wszystkich urodą, a on jest takim samym brzydalem, jakim był dawniej.
— Królewna Różyczka nie potrzebuje zaczarowanego pierścionka, by w oczach moich być najpiękniejszą z pięknych — rzekł z galanterją Lulejka i uchylił czoła przed narzeczoną w głębokim, pełnym czci i miłości pokłonie.
— Ach, królu!... — szepnęła Różyczka.
— Miłościwa pani, dozwólcie słudze waszemu zdjąć gwoli próby pierścień ten z waszego paluszka — powiedział żartobliwie Lulejka, a gdy królewna wyciągnęła ku niemu rączkę, szybko zsunął obrączkę z jej palca.
I, jak przeczuwał, żadna zmiana nie zaszła w Różyczce. Dla zakochanego w niej Lulejki Różyczka była równie czarującą, jak i przedtem.
Obawiając się jednak niebezpiecznej władzy pierścionka, król zamierzał go wyrzucić, gdyż nie chciał, żeby wszyscy mężczyźni kochali się w jego przyszłej żonie — ale w tej chwili wzrok jego padł na biednego Bulbę, stojącego nieopodal i spoglądającego na Różyczkę żałośnie.
Lulejka był dziś w wyjątkowo dobrym humorze; żal mu się zrobiło biedaka, więc wyciągnął doń rękę z pierścionkiem i rzekł:
— Spróbuj, Bulbo, czy ta obrączka przyda ci się na co. Królewna Różyczka oddaje ci ją na własność.
Czarodziejska moc pierścionka była zaiste zdumiewająca.
Zaledwie Bulbo włożył go na palec, odrazu wydał się wszystkim zupełnie innym, niż przed chwilą. Teraz był to wcale przystojny młodzieniec, o miłej pulchnej twarzy i pięknie falujących jasnych włosach. Trochę był zanadto przysadkowaty i krępy i nogi miał nieco krzywe; ale któżby na to zwracał uwagę, skoro były opięte w safianowe kamasze, tak śliczne, że budziły powszechny podziw! Bulbo przejrzał się w lustrze i natychmiast nabrał otuchy i humoru. Zaczął wesoło rozmawiać z Ich Królewskiemi Mościami, a do kadryla zaprosił najpiękniejszą damę dworu. Ponieważ tańczył naprzeciw Różyczki, miał sposobność przyjrzenia się jej dokładnie i po chwili szepnął do swojej tancerki:
— Dziś dopiero widzę, że królowa nasza, jakkolwiek bardzo ładna, nie jest jednak klasyczną pięknością.
— O, zupełnie nie jest pięknością — śpiesznie potwierdziła dama dworu.
Królewna usłyszała widocznie tę rozmowę, bo, uśmiechnąwszy się z nieopisanym wdziękiem do króla, rzekła:
— Jakżeż mi to obojętne, że nie podobam się innym, skoro Wasza Królewska Mość uważa mnie za piękną!
Lulejka odpowiedział jej spojrzeniem, pełnem takiego zachwytu i miłości, że żaden malarz oddaćby go napewno nie potrafił.
Czarna wróżka zbliżyła się wtedy do nich.
— Szczęść wam Boże, drogie moje dzieci — powiedziała serdecznie. — Otoście wreszcie złączeni uczuciem i szczęśliwi na życie całe. Teraz sami przyznacie zapewne, że odrobina niedoli, którą wam w darze ofiarowałam, wyszła wam obojgu na dobre. Gdyby Lulejka nie zaznał był trochę biedy, byłby zapewne do dziś dnia nie umiał pisać ani czytać. Byłby zgnuśniał do reszty w próżniaczem życiu, jakie wiódł na królewskim dworze i nie byłby nigdy dobrym, rozumnym królem. I ty, Różyczko, byłabyś uwierzyła pochlebstwom dworaków i nie umiałabyś ocenić uczucia Lulejki, jak nie oceniła go Angelika, której się wydawało, że Lulejka jest niegodzien jej ręki.
— Ach, czyż on mógłby być kogoś niegodzien? — wykrzyknęła Różyczka.
— Aniele mój najdroższy! — szepnął Lulejka i już wyciągnął ramiona, by ukochaną swoją przycisnąć do piersi, gdy nagle w drzwi sali balowej wpadł adjutant z okrzykiem:
— Królu! — nieprzyjaciel!
— Do broni! — zawołał Lulejka.
— Boże mój! — westchnęła Różyczka i zemdlona osunęła się na ręce dam dworu.
Lulejka obrzucił ją kochającem pożegnalnem spojrzeniem i, dając przykład zaparcia się siebie i męstwa, wypadł wprost z sali balowej na pole walki!
Ale Czarna Wróżka czuwała nad swoim chrześniakiem i obdarowała go wspaniałą zbroją, wysadzaną najkosztowniejszymi kamieniami. Nikt na nią nie mógł patrzeć bez zmrużenia powiek — takim świeciła blaskiem!
Zbroja ta była nieprzemakalna, ogniotrwała, a tak mocna, że każda kula, każde cięcie szabli, każde pchnięcie lancy czy dzidy odbijało się od niej, jak gumowa piłka. To też nie dziwota, że król w najgorętszym ogniu czuł się tak swobodny i wesoły, jak w balowej sali. Gdyby mi kiedy przyszło wojować, to chętnie wdziałbym na siebie zbroję królewicza Lulejki. Ale widzicie, Lulejka był królewiczem z bajki, a tacy królewicze zawsze dostają jakieś nadzwyczajne podarunki od swoich chrzestnych matek.
Oprócz tej ślicznej zbroi, otrzymał jeszcze Lulejka Siwka-Złotogrzywka, który szybciej galopował od najszybszego automobilu, i miecz czarodziejski, mający tę własność, że mógł się wydłużać w nieskończoność i przebić w jednem pchnięciu cały pułk żołnierzy. Dziwię się Lulejce, że mając taką zbroję, takiego konia i taki miecz, kazał jeszcze wojsku swemu stawać do walki; przecież mógł wszystkich wrogów pozabijać odrazu. Dość jednak, że armja Lulejki wyruszyła w nowych paradnych mundurach pod dowództwem kapitana Zerwiłebskiego i poruczników Paliwody i Bałaguły. Naczelne kierownictwo nad całem wojskiem objął naturalnie sam król Lulejka.
Teraz powinienbym wam opisać straszliwą bitwę, jaka się rozegrała między wojskiem krymtatarskiem a paflagońskiem; powinienbym natchnionemi słowy oddać szczęk kopij i pałaszów, zadających krwawe, śmiertelne rany, huk pękających bomb i granatów, ryk armat, impet kawalerji, najeżdżającej na piechotę oraz piechoty, bijącej kawalerję, grzmot trąb, bicie w bębny, ponoszenie rumaków, gwizd przeciągły piszczałek, wrzaski rannych, triumfalne okrzyki zwyciężających i donośną komendę:
— „Naprzód, wiarusy!” „Bijcie, Paflagończycy!” „Śmierć Padelli! Niech żyje król nasz, Lulejka!” „Wiwat, Padella!” „Życie za ojczyznę!..“ ale skromne pióro moje nie potrafiłoby odtworzyć należycie wspaniałości bitwy i rzezi wojennej, więc powiem wam tylko, że Padella otrzymał cięgi, na jakie zasłużył.
Widząc, że wojsko jego idzie w rozsypkę, okrutny Padella, pod którym ubito już dwadzieścia pięć czy dwadzieścia sześć koni, silnem pchnięciem dzidy wyrzucił z siodła naczelnego dowódcę wojsk swoich, generała Suszyrumowa i, dosiadłszy jego rumaka, zaczął uciekać, co sił. Ale choć koń Padelli leciał jak wicher, Lulejka, galopujący na Siwku-Złotogrzywku, biegł tuż-tuż za nim, krzycząc: „Poddaj się, zbóju nikczemny! tchórzu! potworze! Poddaj się w tej chwili, bo mieczem moim zetnę twój łeb obmierzły i strącę zeń skradzioną koronę!” — Słowom tym towarzyszyły raz po raz pchnięcia miecza, który, wydłużając się podług woli Lulejki, raz po raz kłuł Padellę w niższe części pleców tak boleśnie, że tchórzliwy tyran ryczał z bólu, wściekłości i przerażenia.
Widząc, że Lulejka przystanął na chwilę, Padella zawrócił nagle i berdyszem trzymanym w ręku, którym dnia tego nie wiem już ile pułków rozbił i na drugi świat wyprawił, straszliwie ciął młodego króla przez głowę. No i co powiecie? Na hełmie Lulejki od uderzenia tego pozostał ślad taki, jak gdyby kulka masła uderzyła o niego. Berdysz roztrzaskał się na drobne kawałki, a Lulejka zaśmiał się serdecznym śmiechem. Widząc, że żadna siła nie może zwalczyć Lulejki, Padella powiedział do niego:
— Skoro masz czarodziejską zbroję, czarodziejski miecz i czarodziejskiego konia, to pocóż, do kroćset, będę bił się z tobą? Wolę poddać się odrazu, myślę jednak, że Wasza Królewska Mość nie będzie tak nikczemną, by mścić się na biednym człowieku, który już niczem bronić się nie może.
Trafność tej uwagi natchnęła Lulejkę uczuciem wspaniałomyślności.
— Poddajesz się więc, Padello? — zapytał.
— Oczywiście.
— Czy gotów jesteś zwrócić wszystkie zagrabione skarby i uznać królewnę Różyczkę prawowitą władczynią Krymtatarskiego państwa?
— Cóż mam zrobić? muszę ją uznać — odparł Padella, ale widać było, że jest w bardzo złym humorze.
Wobec takiego oświadczenia Lulejka skinął na swoich towarzyszy i rozkazał związać Padellę. Obrócono go twarzą do końskiego ogona, związano mu nogi pod brzuchem szkapy, a ręce na plecach, poczem odbył się tryumfalny pochód Lulejki ku stolicy Paflagonji. Padella paradował na swoim koniu w pochodzie, a potem zamknięto go w tem samem więzieniu, w którem parę dni przedtem przebywał syn jego Bulbo.
Wierzcie mi, że Padella mocno stracił na fantazji w więzieniu i jak o łaskę największą prosił, by dopuszczono do niego jego ukochanego pierworodnego syna, najdroższego Bulbę. Poczciwy książę, współczując niedoli ojca, nie czynił mu wyrzutów z powodu uporu i zaciętości, z jaką go Padella niedawno chciał wydać na śmierć, byle nasycić pragnienie zemsty nad niewinną Różyczką; odwiedził go nawet i rozmawiał z nim przez zakratowany otwór w drzwiach więzienia. Wejście do wnętrza było surowo wzbronione. Zacny Bulbo przyniósł nawet w papierku parę kanapek obłożonych kawiorem i marynatą z łososia ze wspaniałego bankietu, którym Jego Królewska Mość święciła odniesione nad wrogiem zwycięstwo.
— Nie mogę, papo, zabawić dziś dłużej przy tobie — rzekł, podając Padelli przyniesione kanapki — bo zaraz rozpoczynam kadryla, do którego raczyła mnie zaprosić Jej Królewska Mość. Bywaj zdrów, papo, słyszę, że muzykanci grać zaczynają.
I okrągły Bulbo, odziany w strój balowy, pobiegł szybko ku sali balowej, a Padella jadł jedną kanapkę po drugiej, obficie skrapiając je łzami.
Rozpoczęły się teraz zabawy, bale, iluminacje, którymi Lulejka chciał uczcić swoją narzeczoną, Różyczkę.
We wszystkich wsiach, przez które przeciągano, zmierzając do Paflagonji, nakazano chłopcom iluminować chałupy w nocy, i we dnie rzucać kwiaty pod kopyta rumaków królewskich. Mieszkańcy Krymtatarji musieli suto ugaszczać zwycięzców patagońskich; żołd wypłacono żołnierzom z olbrzymich łupów, zdobytych na Padelli, w którego obozie znaleziono nieprzeliczone skarby. Gdy już żołnierze krymtatarscy oddali Paflagończykom wszystko, co mieli cenniejszego, pozwolono im łaskawie zawrzeć sojusz ze zwycięzcami, i obie armje, połączone pod berłem Lulejki, wolnym marszem zdążały ku Blombodyndze.
Sztandary obu narodów powiewały obok siebie w najlepszej zgodzie. Kapitan Zerwiłebski został mianowany księciem i feldmarszałkiem. Porucznicy Bałaguła i Paliwoda otrzymali stopnie generalskie wraz z tytułem hrabiowskim. Wiele mężnych piersi ozdobiły rączki królowej Krymtatarji orderem Brylantowej Dyni i paflagońskim orderem Złotego Ogórka. Amazonka Różyczki przepasana była wstęgą paflagońskiego orderu Ogórka, Lulejka nie ukazywał się nigdy publicznie bez orderu Brylantowej Dyni pierwszej klasy. Na widok królewskiej pary lud wznosił entuzjastyczne okrzyki. Naturalnie, głoszono ogólnie, że Lulejka i Różyczka są najpiękniejszą parą narzeczonych, jaką kiedykolwiek widziano. I byli naprawdę bardzo piękni oboje, a uroku dodawała im radość i szczęście, tryskające z ich młodzieńczych twarzy. Narzeczeni nie rozłączali się od rana do wieczora. Siedzieli obok siebie przy śniadaniu, obiedzie i wieczerzy, razem wyjeżdżali na konne wycieczki i już to zabawiali się rozmową, już też przykładem swoim zachęcali wszystkich do najweselszych zabaw i pląsów.
Późnym wieczorem rozchodzili się. Różyczkę odprowadzały do komnat niewieścich te same starożytne damy dworu, które opuściły ją dzieckiem, a teraz po pogromie Padelli skupiły się znowu wokoło niej, Lulejce towarzyszyli do kawalerskiego apartamentu jego adjutanci i paziowie.
Ślub młodej pary miał się odbyć zaraz po przybyciu do stolicy Paflagonji. Lulejka wysłał już nawet feldmarszałka Zerwiłebskiego z listem do arcybiskupa Blombodyngi, w którym prosił Jego Eminencję, by przygotowała wszystko do mającej się odbyć uroczystości. Zerwiłebski wyjechał o parę dni naprzód i osobiście dopilnował, by pałac królewski przemalowano i przystrojono na przyjęcie młodej pani. Przy tej sposobności zmusił uwięzionego exministra Mrukiozę do zwrócenia skarbcowi królewskiemu dwustu siedmnastu tysięcy miljonów dziewięciuset siedmdziesięciu ośmiu kroć stu tysięcy czterystu dwudziestu dziewięciu dukatów, trzynastu złotych i sześćdziesięciu sześciu groszy, które, jak wiemy, Mrukiozo skradł niegdyś z sypialni nieboszczyka króla Seriozy. Uwięził także zdetronizowanego króla Walorozę, a gdy były monarcha czynił z tego powodu byłemu swemu kapitanowi gorzkie wyrzuty, feldmarszałek i książę Zerwiłebski odparł:
— Żołnierz musi się ściśle trzymać litery rozkazu. Najjaśniejszy Pan polecił mi odwieźć Waszą Wysokość, do więzienia, w którem przebywa były król Krymtatarji, Padella I-y. Tak się też stało.
Obie Królewskie Moście oddano na rok do zakładu poprawczego, a później do najsurowszego zakonu Braci Biczowników, gdzie do końca życia pozostali i, poddawani codziennym postom i częstej chłoście, którą sobie wzajemnie z pokorą, ale i z energją należytą wymierzali, pokutowali choć w części za dawniejsze winy i zbrodnie, czynione jawnie i skrycie.

W. M. Thackeray - Pierścień i róża str 167.png

Hultaj Mrukiozo został skazany na dożywotnie galary i ku wielkiemu swemu zmartwieniu do końca dni swoich nie miał już sposobności do kradzieży.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: William Makepeace Thackeray.