Pielgrzym (legenda Ossjaku)/1

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Reutt-Witkowska
Tytuł Pielgrzym
Podtytuł legenda Ossjaku
Data wydania 1925
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
1.
POD STRAŻ ANIELSKĄ — UCIECZKA OD KRWI
I.

Okropny, złoty, na cierpliwej Skale
Duch, co mi serce w szary popiół zżega,
Piastun, chroniący święte polskie Graale
Piastuństwem władem... Wróż, który postrzega
Czyli królewski szał, spiętrzon zuchwale —
Gdzie Dawidowa jaśnieje telega[1]
Jak Babel, kłamstwem nie rwie się nad chmury,
By orła[2] strącił z gwiaździanemi pióry...


II.

Duch ten, pod cieniem Krzyża zbłękitniały,
Tający w sobie szczodroty pieśniane —
Onym, co troje w czeluściach śpiewały,
Podobny[3] — kiedy płomienie różane
Z pacholąt bosych lutnię Pańskiej chwały
Czyniły dźwięczną: przez cmentarzów ścianę
Duch ten, zelżywszy mię świadectwem mary,
Odszedł. A we mnie miotał się smok stary.


III.

Spiekł się, jak skorpjon, w serdecznym popiele
Szał, w męce wielkiej dławiąc się sam w sobie...
Aż duch-boleśnik uciśnion był w ciele
Jak ów, którego żywym zamkną w grobie:
Sztylet mu tajnie dali przyjaciele —
Aby i śmierci w róż kwitnął ozdobie,
Gdy broń na piersi swej własnej wyostrzy —
I z krwią wypłynie... o ton cichszy, prostszy.


IV.

O szale gniewny! straszny samojedzie!
Gdybym też przeczuł, iż się zbrodni chwycę,
Z których mię Pańskie Przejrzenie wywiedzie;
Lud zaś okrutną zatoczy Trumnicę
Na skrzydła duchów, co w tej srebrnej biedzie
Cierpliwe, modlą się, promiennolice,
O dnie — kwiatami bogate cichemi,
O noce — w gwiazdach nad groby mej ziemi.


V.

A dla mnie żniwo Krwi. — Och, gdybym wiedział,
Że szał mój, feniks na popiele serca,
Nie gniewem wstanie już: lecz, że ów przedział,
Ta cichość, głuchość... ono nic, morderca,
Kamienna chwila — nim oręż zaśniedział
Granatem cudzej krwi... do trzew się wwierca,
Twój własny sycąc proch piołunem żółci,
Aż z prochu buchnął — wstyd — i dłonie skuł ci.


VI.

Długo królewskie, wolne miałem dłonie. —
Pamiętam. Ranek był ogromnie świeży.[4]
Słońce w świetlistym płakało welonie
Na mleczność nieba; po ziemi się śnieży
Kwiatowa mleczność; płakały jabłonie,
Sad stał w Chrystowych pacholąt odzieży,
Ofiarną wonią dymiły się łąki,
Żałosnem Sanctus szemrały skowronki.


VII.

Jechałem stępa. Nie od strony grodźca.
Płatami z koni waliła się piana —
Znać w długim biegu dodawała bodźca
Posoka szumna-dumna i rumiana.
Gdym leciał, krwawej niedoli znachodźca,
A kolejami straszliwego pana
Straszliwa czeladź samoszóst pędziła —
To strzemię dźwiękło, to włócznia zalśniła...


VIII.

Ażem jastrzębim lotem opętany,
Skradał się zwolna ku Biskupiej Skale...
Runią zbóż zbladłych trwożyły się łany,
A czułem w piersiach łzawiące mgły-fale,
Jak zszatanionym wstały cudem Kany:
Już... już... rubiny... już ciemne korale
Z otchłani głuchych skrawem światłem rosły —
Jam stali słupem zwarł się w moc, wyniosły.


IX.

Daremnie słodycz i skowrończe wzloty
Poranka gędźbą tłukły mi o zbroję.
Na te kwietniowe, krzepiące pieszczoty
Rzuciłem twardo stare groźby swoje:
„Otoć się jawię, bicz ogromny, złoty —
Piorunem skruszę skałeczne podwoje!“
O stopnie wsparłem się na mieczu, hardy,
Wszech zbirów pasterz, pjany winem wzgardy.


X.

Ach, gdybyż kościół był wtedy zamknięty!
Gdybyż ten Starzec był czujnie strzeżony!
Gdybyż mię klątwy witały lamenty
Grzmotem rumianym lecące z ambony!
Stanąłem w progu. Jaśniał Starzec święty...
Siwego dymu spowiły opony,
Słońcem tryskało świec tysiącznych płomię
I stała cichość jasna w Bożym Domie.


XI.

Okropna cichość. Zaszemrały dzwonki —
Srebrnym strumieniem spłynęły po Skale...
Ach, znowuż skargi.. ach, znowuż skowronki...
Migotne, wiotkie, wonne miodem żale...
A na ołtarzu — pod Krzyżem — jabłonki!
Gdybyż choć lilje w śnieżnej błysły chwale!
Nie, to z przydrożnych jabłoni złamane
Skromne gałęzie rajską plotły ścianę.


XII.

One z owoców przyszłych się wyzuły
I zbiegły, płone, wielbić Pana Chrysta...
I szlochem gwarnym skowronki-gaduły
Rozpowiadały, jak Pański Psalmista
Pieśnią Królewskie wzbogacał szkatuły[5],
Pokąd mu była dłoń jak kwiaty, czysta — —
Drżałem: wtem Starzec wzniósł nad siebie Słońce
Ogromne, białe, straszliwe, palące.


XIII.

„Ha! to broń!!“ A to było Pańskie Ciało —
Prosta, ofiarna Hostyjka nieduża...
Ale mi gniewem źrenice zalało
Szataństwo pychy, ssane z grzechu kruża.
Kościół ten cały urągał mi biało
Barwą młodzianków. Dławiła mię burza —
Słońcem tem we mnie pałającem rzuci,
Białym kamieniem — w wężowisko chuci.


XIV.

Wtedym na zbiry skinął. Starzec klęka.
Oni się z chrzęstem wwalili do nawy...
Starzec za kielich ujął... Nie drgnie ręka,
Egzaltująca ponad tłum plugawy
Krew... Mnie po krzyżach od sęka do sęka
Krew... dzwoni w uszach... rozwiązuje stawy — —
Zbiry przed Starcem pokotem runęli,
A ON nade Mnie... w złotościach i w bieli.


XV.

Jak ryś, skoczyłem Temu na ramiona;
Ani odjękło w nim hartowne serce,
Choć czułem, jako mi pod nożem kona...
Jeszcze, ku onej bieli poniewierce,
Zrąbałem w krwawe pięciorakie dzwona,
Stopom żelaznym wziąłem na kobierce...
Poczem jam zbiry szczuł na ono padło —
Aż precz, do studni, sforą gnał rozjadłą[6].


XVI.

Na ludy zbożne pierwej cichość legła —
A potem buchnął płacz i taki zamęt,
Jak gdyby rozpacz z przestrachem się zbiegła
W dniu Sądów Pańskich i podjęły lament.
Jam stał, z oblicza rumiany, jak cegła;
Duchem się czułem ostry, jak diament:
Z oczu wypełzły jakieś żółte jady
I kwiaty w uśmiech stroiły szkarady.


XVII.

I woda w studni śmiechem zaszeptała.
Krwią mi nabiegło — i pękło — powietrze,
Jako zapona... Potem próżnia biała...
Bezkreśne ono nic... Jak bóg na Retrze[7]
Czułem, że ogień lgnie do mego ciała —
Mój korny służka... pył z przed stóp mi zetrze,
Opasze wężem płomieni kolana,
Potem się w serce wgryzie, wielbiąc pana.


XVIII.

Wydałem rozkaz — nie grześć w świętej ziemi!
Niech gnije krwawy zewłok, sępom strawa!
I sam stanąłem, z oczyma wbitemi
Jak koły ostre[8], gdzie miazga ta krwawa —
By nie ruszyła na gród mój: tak niemi
Więziłem wroga, by nie mógł już prawa
Upiorem dociec — wstać i wołać za mną:
Królewska hojność ta jak była kłamną!


XIX.

O wstydzie! Ledwie zczerwieniało zorze,
Girlandy zdobiąc chmur w połyski miedzi —
Jęło nad światem iść westchnienie Boże,
Tak dziwnie smutne, że w onej gawiedzi,
Co straż trzymała, serce schło w pokorze;
A takie mocne, że się we mnie biedzi
Duch... czy do zwłok tych nie paść o ziem czołem?
Bo huraganów przestrogę pojąłem.


XX.

Ale, choć czułem, jak mi ręce ciężą,
Jako duch rwie się do żalów ekstazy,
Karmiłem w sobie złość oślizgłą, wężą,
I, lekceważąc te Pańskie nakazy,
Obojętności zalśniłem pawężą.
Ach, wieleż potem przyszło mi się razy
Wspominać wieczór ten, gdy rdzawe zorze
Pisało w chmurach straszne Sądy Boże.


XXI.

Czekałem twardy, z wyostrzonem okiem,
Rychło-li kruki, rychło leśne zwierzę
Spuści się w nocy zdrętwieniu głębokiem
Na żer... W księżycu błyskają pancerze
Drużyny mojej srogiej, z czujnym krokiem.
Do dziś mię jeszcze lęk przemożny bierze,
Gdy przypominam to czarne czekanie
Z upornem, świętokradczem: „niech się stanie!“


XXII.

Także to bywa, że się zło wysili,
By niebosiężne Dobru stawić trony. —
Do dziś mam w sercu trwogi onej chwili,
Kiedy szum-łopot... Gdy z obojej strony
Padli na twarze ci, co mi służyli...
Lecz nie przede mną... królem bez korony:
Trzy jakieś możne leciały widziadła...
Straż zakrzyknęła — i twarzą w proch padła.


XXIII.

Jam stał. — A księżyc zaszedł właśnie w chmury.
Ani wiedziałem, co ten łopot znaczy?
Kto tam nad Trupem zawisnął ponury? —
Czy wielkie, czarne chorągwie rozpaczy
W ręku cherubów z żałobnemi pióry?
Czy Piotrowinów chorowód żebraczy
Urągać zleciał powietrznemi słowy?!
A to był groźny dziw straży orłowej[9].


XXIV.

Stałem. — I serce tłukło mi się dzwonem
Ku tej straszliwej, nieznanej potrzebie.
Pod niebem ciemnem, kirami przemglonem,
Zmagałem krzepko człowieczego siebie;
I zmartwychwstawał w bojowaniu onem,
Ktoś, na wieczności wykarmiony chlebie.
Pijany ogniem gwiazd, co w piekło lecą,
Z otchłani jeszcze krwawem veto świecą.


XXV.

Aż zagadali niebiescy orłowie,
Którzy się zwali... Tekel... Fares... Mane...
Precz wyganiali w Bożej klątwy słowie;
A jam zawołał:: „Tu skonać zostanę!“
Czujący w żyłach żar, a lód na głowie,
Stalową myśl, a męstwo, pychą pjane.
Wszczepiałem wzroki w te Pańskie straszydła;
A sinym świtem właśnie ziemia zbrzydła.


XXVI.

Poczułem wielki dreszcz... I nagle lęki,
Jak dziecko, co się bladym rankiem zbudzi...
W uszach ma jeszcze niańczyne piosenki
O złym Kościeju, co mordował ludzi,
Czarownik mocnej, bezlitosnej ręki —
Z nim wilcy trupem spasają się, chudzi...
Aż nagle z Góry wiecznego Żywota
Leci trzech orłów: Świt, Radość, Ochota...


XXVII.

Każdy z nich kroplę wody w dziobie niesie[10]
Odmartwiającej, gojącej, ożywnej...
Tum krzyknął... Strumień mętnych rojeń rwie się...
A straszna jawa palącemi grzywny
Opłacić każe pomsty moje biesie:
Trup pod różami nieba leżał dziwny,
Już odmartwiony... zgojny... żyjący...
Przez sen wesela słodyczą dyszący.


XXVIII.

Czarty!! — ach, jeśli kto rozumiał kiedy
Mękę piekielną... że wszystko daremnie...
Żem próżno światom krwawe zsyłał biedy,
Próżno po słońcach rozpościerał ciemnie,
Bo — chwila jedna — anielskie czeredy
Bielą nieznośną się stłoczą, by we mnie
Tysiącem świateł ugodzić — w szatana:
Jam to przecierpiał, w piekle, tego rana,


XXIX.

Gdym tak złych duchów był oddan rozterce...
(O, wspominajcież mi się, chwile łzawe!...)
Gdym się tak dręczył, jak Boga bluźnierce,
Depcąc swój stary ból — i miecz — i sławę —
Manna niebieska padła mi na serce
I w chwilę jedną to zgliszcze plugawe
Stanęło w ogniu — w zachwycie — w podzięce...
Kto ten cud sprawił? — kto?! Oczy dziecięce.


XXX.

Mojego Mieszka oczy, łzami zlane...
Mojego Mieszka do nóg moich usta...
Dziecięcia mego... „Ojcze... ja zostanę
Tu... z tobą... Grodźca sień... ach, taka pusta!!
Ach... tylko ściana podrzeźniała ścianie
Noc całą“... Trząsł się bialuchny, jak chusta...
Jak ta... co z Lica Bożego krew Męki
Zdjęła. Ten z serca szatana spił lęki.


XXXI.

Jużem się nie bał o Trupa — czy żyje??
O siebie — czyli podołam Trupowi?!
Tuliłem dziecię. To rączki na szyję
Tak zarzuciło... mnie... ach! rodzicowi...
„Ściany te imię klątwą grzmiały... czyje??...
Ojcze... to echo!! Jacyś ludzie nowi
Weszli tam rano... Uciekłem... a dalej!...
Oni tam... jakieś misy... z krwi... płókali...“


XXXII.

Omdlał. — Trzy orły. ON. I moje sługi
Pokotem w prochu... To dziecię szalone,
Co miało Tochny oczy... jej włos długi...
Rusy... O, nieba, bądźcież pochwalone!
Oto trysnęły złote słońca smugi
Jak drogoskazy. O, w daleką stronę
Uniosę ciebie, królewicu słodki...
Na niezabudki modre, na stokrotki...


XXXIII.

Pierwsze, gdy będą ci o ojcu gadać
To barwą niebios — błogą i litosną;
A gdybyś zaczął też stokrotki badać,
Kiedy śniegami u twych stópek wzrosną —
Płatek po płatku drzeć: rada-ć nie rada-ć?!
I tak powtarzać próbę każdą wiosną —
Czy Bóg na wieki odepchnie rodzica,
Że zły i żartki rwał, jak błyskawica?!


XXXIV.

O Boże! Kiedy już przepadłem w bory,
Unosząc z sobą skarb jedyny — święty —
Nie wiem, skąd brałem te słowa pokory,
I skąd łez bratem bujne diamenty,
Przed tem dziecięciem, co wzięło kolory
Od mych najczystszych wspomnień: kwiat podcięty.
Świętochno, siostro! otom grzesznik lichy!
Wart klątwy nieba za szataństwo pychy.


XXXV.

Jużem się nie czuł Trupowi zawzięty,
Że mi Ją niegdyś wygnał precz z dworzyszcza,
Od przeklętnika precz! Jej duch to święty
Zesłał mi Dziecię na serdeczne zgliszcza:
Słysząc śmiech piekieł, aniołów lamenty
We śnie na jawie, co ciało wyniszcza,
Aż, spowietrznione, obłóczy się duchem,
To Dziecię rosło na zgiełk świata głuchem.


XXXVI.

W zacisznym domku ojca Gabryjela,
Widokom grzechów królewskich zabrane,
Rosło... Ach! Łaski Pan dziwnie rozdziela!
Przedziwnie cuda sprawuje świetlane:
„Wiesz, ojcze... wczoraj to była niedziela...
A ja tu, w sercu, wielką czułem ranę...
I szamotało się powietrzem piekło!...“
Aż, nocą, dziecię do króla uciekło.


XXXVII.

„Daruj mi, panie ojcze miłościwy!
Lecz o księżycu przyszła do mnie — Ona —
I pokazała mi przemożne dziwy:
Jak szedł... nasz biskup... między świętych grona,
Cały w błękitnym płaszczu... Srebrnej iwy
Gwar... i śpiewanie starego jesiona...
Słowiki wszystkie szły za nim od ziemi,
Błogosławiącym dłońmi przejrzystemi.


XXXVIII.

Taki był dziwny biskup!... Wzniósł się szumnie,
Jakby z obłoków miał wyzwać pioruny!
Z ducha podobny śpiżowej kolumnie,
A razem... cichej owcy miękkorunej...
Przechodząc, pojrzał... Wnet na sercu u mnie
Wstała moc taka... co rozbija truny...
Co kruszy lody... co zapala słońca...
Z ciszy dróg mlecznych czerpiąc się bez końca.


XXXIX.

Ja nie wiem... kiedy zniknął... jak to było...
Żem ze Świętochną na skrzydłach niesiony
Do dworca przypadł... w czarną czeluść zgniłą...
Aż tamci przyszli. Leciałem za brony -
Ażem się nalazł nad dziwną mogiłą...
Ojcze! Nie gniewnyś dziecinie szalonej?!
Ojcze!... ogromnie teraz się kochajmy
I, jak nas duchy niosą... uciekajmy!!...[11]





Przypisy

  1. Ursa maior (konstelacja).
  2. Aquila (konstelacja).
  3. Pacholęta biblijne w piecu babilońskim.
  4. 11 kwietnia 1079 r. nastąpiła kaźń biskupa.
  5. Dawid.
  6. Zarówno legenda, uwzględniająca pragmatyczny związek (moralny) kaźni biskupa z podziałem Polski przez Krzywoustego między synów (ob. Kadłubek), jak historja, mówią o tej truncatione membrorum; studnia legendarna.
  7. Radegast, bóg ognia, w grodzie lutyckim, Retrze.
  8. Ostremi kołami przeszywały ludy celtyckie zmarłych w mogile, co uniemożliwiać miało włóczenie się upiorów (Spencer).
  9. legendarne.
  10. Woda odmartwiająca, gojąca, ożywna, z Góry Żywota przynoszona przez orły lub kruki, występuje stale w baśniach Słowian.
  11. Bolesław istotnie opuścił Polskę z jedenastoletnim synem, Mieszkiem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Reutt-Witkowska.