Pan Karol/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pan Karol
Podtytuł Powieść fantastyczna
Wydawca Adam Zawadzki
Data wydania 1840
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XII.
RADA.


Człek, który myślą przebiegł całą drabinę wyobrażeń, wpada w niedowierzanie o wszystkiém, rodzące się ze czczości nieczynnego umysłu i nieczynnego serca. Nie wierzy, bo nie czuje, nie wierzy, bo nie pojmuje.
Maxyma bezimiennego.

— Gotów już jestem powiesić się z rospaczy Gustawie! Tego jeszcze nigdy nie było! w życiu mojém nic mi się podobnego nie zdarzyło. Ktoby się był spodziewał? stara kwoka! Ale baba siedzi na dukatach. Ba! gdyby też nie to, gdyby tylko na gołéj ziemi siedziała, diabłaby tam za nią poczciwy człowiek chodził!
— Przecież trafiła kosa na kamień, odpowiedział Gustaw, a tyle razy mówiłeś, że ci się żadna kobiéta oprzeć nie potrafi.
— Kobiéta, rzekł Karol ze śmiechem szyderskim; ale bo ta, doprawdy do płci swojéj nie należy, jest to jakiś anormalny wyjątek. Napróżno głowę łamię, czém ją skusić, czém pociągnąć; pochlebiam bez litości i sensu nawet, cóż? kiedy żebym jéj nawet powiedział, że jaśniejsza jest od słońca, weźmie to za rzecz zwyczajną, za to tylko, czego jest godna, co jéj się najsłuszniéj należy, o czém wie oddawna. W głowę zachodzę z tą niepojętéj oziębłości, niesłychanego głupstwa i zardzewiałości kobiétą. Ha! tyle już czasu straciwszy, tyle się napracowawszy, bodajem w piekle gorzał, jeśli jéj i jéj dukatów nie pochwycę! Nie darmo głowę na karku noszę. Tego tylko nie pojmuję, jak młode, ładne, bogate dały się uwieść, nakłonić, przekonać, usidlić! a ta stara kwoka jak kamień na wszystko?
— Więc daj jéj pokój Karolu, odpowiedział Gustaw, czyż ci jeszcze niedość tych szałów? czyż —
— A! dośćże, dość, basta. Morały zawsze są pół do dwunastéj, nie chcę ich słuchać, brzydzę się niémi, są to czcze słowa, nikt sam z nich nie korzysta, a każdy je drugiemu daje. Ot lepiéj pomóż mi w téj sprawie. Ty jesteś powolny, tchórzliwy, ociężały, sam przez się nic nie potrafisz, ale możesz mi być użytecznym pomocnikiem i podporą. Zaprowadzę cię do niéj i zaprezentuję, żebyś popiérał sprawę moją, wystawując jéj mnie, moje bogactwa, stosunki, żebyś jéj nakłamał dobrze i swojémi moje kłamstwa podtrzymywał. Nic ci to nie zaszkodzi.
— Ależ nie masz sumienia zdradzać tę biédną kobiétę, daj temu pokój, powiadam, ja się w to mięszać nie chcę.
— Słyszałeś go! wyjechał z sumieniem! No, no, bez tych żartów, potrzebuję twojéj pomocy, użyczysz mi jéj. Głos twego delikatnego sumienia zagłuszy brzęk dukatów, których dość potrzebujesz. A potém, wszystko to dzieciństwa, wszakże jéj nie zabijem.
— Jednakże —
— Nakłonisz się, wiem o tém.
— O! pójść do niéj, nakłoni mnie sama ciekawość, rzekł Gustaw, ale cóż, jeśli będziesz we mnie miał rywala.
— W tobie? spytał pogardliwie śmiejąc się Karol, trarara! jeśli mną spernuje, nie pochlebiajże sobie, żebyś był szczęśliwszy.
— Zkądże ta zarozumiałość?
— Z doświadczenia, mój drogi. Wiesz jaka jest tajemnicza potęga mojéj szkaradnéj twarzy i okropnego wzroku, któréj tyle razy doświadczyłem. Ta, która się opiéra mojéj władzy, pewnie nie da się pospolitemu człowiekowi poruszyć — jest to zadeterminowany kamień. Ale jeszcze nie ostatnia próba, są nadzieje, Panna Hermenegilda musi mnie pokochać, a ja muszę pochwycić jéj fortunkę.
— Co za szczególny twój charakter!
— Charakter? powtórzył Karol odwracając się — cóż to ty nazywasz charakterem człowieka? Ja właśnie jestem człowiek bez żadnego charakteru, i tém się chlubię.
— Jest z czego, rzekł Gustaw.
— Ja mogę już się chlubić, mówił daléj Karol, tém, czego innyby się wstydził! bo ja straciłem już wstyd zupełnie, nie pojmuję go. A jednak dobra to rzecz wstyd; z nim można w wielu razach uchodzić za cnotliwego. A zatém, rzekł po chwilce, będziesz ze mną u Panny Hermenegildy?
— Będę, ale wierz mi, z ciekawości raczéj, niż dla pomocy tobie.
— No, dla czegobądźkolwiek. Wierzę, że ciekawy jesteś poznać tę piękność tak srogą, tak twardą. I mnie, gdyby był kto o niéj przed dwóma miesiącami mówił, pewnieby znalazł ciekawym i niedowiarkiem. Teraz ja pojmuję zatwardziałość jéj, jako skutek zupełnie zamarłych uczuć, obojętności i prostego bardzo wychowania, które wszystkie otwory duszy zasklepiło i zalało. Ale różne materjały różnych potrzebują do obrobienia ich narzędzi. Sprobujem inaczéj niż przedtém. Jestem już rozdrażniony, biada przeciwnikom! umrę lub zwyciężę! Ty Gustawie innego nie masz przeznaczenia i innéj roli tutaj, nad podtrzymywanie, jakem powiedział, swojemi moich łgarstw o dobrach twego brata na xiężycu.
— Zobaczemy.
— Jedyna łaska, o którą cię proszę. Panna Hermenegilda kocha się bardzo w pieniądzach, trzeba ją umiejętnie zażyć ze słabéj strony. Rozgrzać ją cieleśnie ani myśleć, raz w tym celu chciałem ją pocałować, ale jak nie wrzasnęła. A! niech cię milljony djabłów porwą! Wbiegła stara szkulepa służąca z kijem, pies, kot, wszyscy na mnie razem, myślałem, że mnie tam męczeńska śmierć za grzechy czeka, a przynajmniéj kalectwo, ale jakoś za łaską Bożą, wyszedłem na sucho z tarapaty. No — na jutro Gustawie. Daj mi cygaro, moje żadne ciągnąć nie chce. Bodaj piorun kupców i fabrykantów popalił!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.