Pan Karol/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pan Karol
Podtytuł Powieść fantastyczna
Wydawca Adam Zawadzki
Data wydania 1840
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III.
PAN SĘDZIA POWRACA DO DOMU.


Kołaczcie, a będzie wam otworzono.
Myśl późno wracających do domu.

Facećje pana Sędziego prawie zawsze na tém się kończyły, że dobrze podchmielony powracał do domu; to się nie jednemu zdarza. Tego wieczora około dziesiątéj dowlókł się do bramy swego domu. Spójrzał na okna. W jedném tylko, od pokoju jego żony paliła się świéca. Stuknął w bramę, cicho: — Drugi raz —
— Héj, otwórzcie tam, ba! facećje! czy już śpicie!
Zaczął potém nie żartem dobijać się i łomotać w bramę, a gdy go zabolały kułaki, bił nogami zniecierpliwiony. Po długiéj męce, usłyszał wreście że któś idzie po wschodach.
— No! prędzéj, zawołał Sędzia, facećje! noc zimna, dostanę kataru! Spiesz się gapiu!
— A kto tam! ozwał się głos nieznajomy wewnątrz domu.
— Ja.
— Któż ja?
— Facećje! Ja — Sędzia!
— A czego?
— Czego! I znowu facećje! przyszedłem spać do domu!
— Spać? ha! a czy zimno tam na dworze?
— Ba! i pyta się, czy zimno! a juściż! — Osioł przeklęty, otwieraj no, nie żartuj, bo ci nagrzeję pyski kułakiem, trutniu, niecnoto. Słyszysz no go! facećje, do miljona diabłów!
— Zaraz, zaraz otworzę.
I któś ten poszedł znowu po wschodach na górę, a Sędzia został pode drzwiami, drżący od zimna.
— Oni mnie dziś chcą zamęczyć, facećje! Do mego własnego domu nie puszczają! powarjowali czy co! A otwórzcież łajdaki do trzysta.
To mówiąc Sędzia podniósł głowę i spójrzał na okno pokoju żony. Na firance którą zawieszone było okno, widny był cień dwuch osób. Jedna wydawała się z długiemi włosami, w sukni, wyraźnie kobiéta; machała niespokojnie ręką; druga w kapeluszu okrągłym, w płaszczu, wyraźnie mężczyzna, stała blisko piérwszéj, chwytała ją za ręce i nachylała się, aby w twarz pocałować.
— A toż co! facećje! zawołał Sędzia, którego policzki ogień gniewu zapalił nagle. Tam któś jest! Zginąłem! u mojéj żony mężczyzna.<br /. — Ach, i ta obrączka, dalipan — całuje ją w twarz, bodaj przepadł, czy mi się marzy! Tak jest! wszak ja dopiéro zacząłem rok trzydziesty dziewiąty! moja żona —
I już dłużéj nie mysląc Sędzia uderzył we drzwi z całéj siły, otworzyły się one na wciąż, a on jak strzała, jakby mu lat dwadzieścia odjęto, pobiegł piorunem po wschodach.
Zbliżając się do pokoju żony, zwolnił dopiéro kroku i mrucząc cóś pod nosem, nastawił ucha. Ale tego dnia wszystko mu się jakoś nie wiodło, właśnie, kiedy najciekawszy przykłada głowę do klamki i gotuje się podsłuchiwać, w uchu zaczyna mu potężnie dzwonić i szumieć.
— A! przeklęteż to ucho, zawołał Sędzia, nie daje mi nic usłyszéć!
Obrócił się na drugą stronę — i w drugiém uchu ten sam hałas, jakby kto grał na cymbałach. Nieprzewidziana fatalność; Sędzia stał jak na rozżarzonych węglach, czekał czy się nie uspokoi w uszach, napróżno, dzwoniło ciągle, nic słyszeć nie mógł, dzwoniło upornie, jak po dwudziestu cztérech kanonikach.
Napiły, więc odważny, Sędzia widząc, że na uszy nic rachować nie może, zdecydował się nagle wbiedz do pokoju żony, łapie za klamkę i wpada jak opętaniec.
Jezus! Marja! kto tam! zawołała pani Sędzina porywając się przestraszona.
— Co? ha! facećje! to ja, powracam do domu!
Wchodząc obejrzał się pan Sędzia uważnie, mysląc że zobaczy gdziekolwiek tę figurę, któréj cień widział tak wyraźnie na firance — nigdzie nie było nikogo. Pani Sędzina siedziała spokojnie za stolikiem i czytała xiążkę. Swiéca paliła się na stole.
— Hm! ba! zawołał Sędzia zbliżając się ku żonie, co to wasani czytasz?
— Xiążkę.
— Ba, juściż to widzę przecię, że nie trzewik, ani pończochę czytasz wasani, ale xiążkę, facećje, pytam jaką xiążkę?
— Nabożną!
— Umf! Zapewne wieczorne modlitwy? może litanją? Był tu któś do odpowiadania Kirje elejson? hę?
— Co?
— Nie rozumie niby! Jezu Chryste, krzyknął Sędzia zapalczywiéj, powiedz wasani gdzie ślubny pierścionek?
— Ślubny pierścionek? powtórzyła Sędzina, cóż to znaczy? Niewiém prawdziwie, może go zgubiłam.
— Może zgubiłam! tylko! winszuję, facećje! Kieliszeczek markebrüner! zgubiłam! Hm! a nie wiesz czasem kto go znalazł?
— Nie.
— Ja ci powiém kto.
— Słucham.
— Trupia głowa.
— Panie Sędzio! co panu jest! Oszalał! Czy nie byłeś u kogo na obiedzie proszonym, musiałeś pić —
— Przymawiasz mi że jestem pijany! Mościapani, facećje, mam jeszcze oczy, nie zaszły mi blachmalem, widziałem przez okno, jakeście się całowali. —
— Całowali! a to cóś nowego! z kimże?
— Albo ja wiém, bezecna kobiéto, wołał rozjątrzony Sędzia, zgubiłaś czy oddałaś ślubny pierścionek, całujesz się z kim innym nie ze mną, wiészże ty czém to pachnie? hę? mościapani —
— Niewiém.
— Rozwodem in forma.
— Tylko? cóż to strasznego?
— A tylko! facećje! małoż to jeszcze? a gdzie znajdziesz takiego męża jak ja! Amalko! Ty mnie gubisz Amalko, ty mnie gubisz! Wasani nawet i teraz nie płaczesz, wasani mnie do ostateczności przywodzisz; ja umrę z żalu, z desperacij —
— Ty z żalu? podchwyciła Sędzina uśmiéchając się —
— Facećje, alboż nie mogę.
— Bądź pewny że z tego nic nie będzie!
Mógłbyś umrzeć z żalu, ale to chyba po stłuczonéj butelce —
— Jezu Marja! zrobiłaś mnie Asani pijakiem! A! co tego to nigdy nie daruję — Idę do rozwodu, do rozwodu — Mościa Pani? mam powody, zgubiony pierścionek, nazwać mnie pijakiem — o! do rozwodu idę! Kiedy tak — to tak —
— Jak wola twoja, moja duszo, odpowiedziała Sędzina, wszystko to prawda, ale niechże mnie wolno będzie zapytać o twoją obrączkę ślubną?
Sędzia zdumiał się chwilę, potém z uśmiechem ironicznym, wystawił jéj dziesięć palców długich, suchych, kościstych, krédą i atramentem powalanych — z zupełném zaufaniem; sam jednak się pomięszał, gdy na nich nie ujrzał pierścionka, bo go w istocie nie było.
— No? gdzież jest ślubna obrączka?
— A! dalipan! facećje! bąkał Sędzia jeśli wiém co się stało, chyba zgubiłem —
— Czy tak? Pan ją zgubiłeś? Pan tak mało dbasz o pamiątki naszego związku, że je gubisz po ulicach!! To ja więc, ja, idę do rozwodu! Ale wprzód pokażę ci, że ja mam moją obrączkę, jam swojéj nie zgubiła. Patrz Pan, oto rok, oto imie twoje — a Pan gdzie swoją podziałeś?
Sędzia osłupiał.
— Ale moja duszo bądźże wyrozumialszą, rzekł, bo ja dalipan, ja, —
— Pewnie oddałeś ją jakiéj —
— A! co Wasani gadasz, Pani Sędzino, posądzasz mnie brzydko!
— Tak to twoje postępowanie na wierzch wychodzi, wziąłeś mnie młodą z domu na twoje stare lata, rozpustniku —
— Otoż jest! stare lata! Trzydziesty dziewiąty, przecie! Wasani głupstwa gadasz!
— Chodzisz, mówiła daléj Sędzina, włóczysz się po nocach, pijesz, marnotrawisz ślubne pamiątki, a wróciwszy do domu łajesz i znieważasz żonę —
— A! facećje! dalipan, ja się rozczulam! co bo Asani gadasz! Ja dalipan nie wiém co się z tym pierścionkiem stało — Jak mi Bóg miły nie wiém, Pani Sędzino Dobrodziéjko!
— Tak, teraz się uniewinniasz, a przed chwilą łajałeś i groziłeś, tyś nic nie winien! Co twoje za życie? Całe dni do późnéj nocy trawisz na billardach, na pijatyce z godnymi koleżkami, a mnie na wieczne nudy zamykasz w domu, zapominasz o obowiązkach, o wszystkiém dla rozpusty —
— Ale Pani Sędzino! krzyknął Sędzia, niech mnie ciężkie licho porwie, jeśli ja wiém co się z tą obrączką stało. Dziś jeszcze miałem ją na palcu. Jestem niewinny klękam i przysięgam.
— Jednęż to już złamałeś przysięgę?
— Pani Sędzino! Amalciu! cierpliwości mi braknie, prawdziwie; dalipan jeśli o to chodzi, ja gotów jestem —
— Idź spać —
— Istotnie czas, dobranoc, pani Sędzinéj.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.