Pan Karol/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pan Karol
Podtytuł Powieść fantastyczna
Wydawca Adam Zawadzki
Data wydania 1840
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV.
STARA.


Kobiéta, jest to zlepek z tchnienia aniołów i uczuć szatanów.
Niewydane poezje, XIX wieku.

No, mam pieniądze Gustawie.
— Już masz znowu?
— A mam, dobrze to mieć kochanki, osobliwie zamężne —
— Wielce się im dziwuję, jak z twoją trupią twarzą, kochać ciebie mogą.
— Myślisz że i ja się nie dziwię temu? To prawda, że mam szczególne do trupiéj głowy podobieństwo, wszyscy to uważają. Ona nawet, co mnie przywykła od dzieciństwa widywać, Amalja, niekiedy to mówi. Szczególne przeznaczenie, chodzić po świecie z trupim pyskiem i ludzi straszyć. To tylko szczęście, że w téj okropnéj twarzy, jest tajemniczy wdzięk i niepojęta władza! Spójrzeniem pociągam razem gdy straszę, kobiety giną za mną!
— Cicho, dość, nie piérwszy to raz już słyszę — Mówiłeś mi że masz pieniądze, chodźmy jeść do staréj.
— Pójdziemy, a która godzina?
— Zapewne blisko piątéj, słońce już się znacznie zniżyło.
Wyszli tak mówiąc z mizernego domku na Antokolu i pociągnęli ku miastu.
Tłumy ludu i wszelkiego stanu osób korzystając z pięknéj pory wieczornéj, przechadzały się za miastem. Kocze, karéty, drążki, leciały w tumanach pyłu na Antokol, do Sapieżyńskiego ogrodu. Piesze pary powracały powoli do domów, rzemieślnicy to byli z żonami, niżsi urzędnicy, ubożsi kancelliści, adwokaci; a na ich twarzach więcéj było wesołości, niż na tych które wyglądały z powozów.
Bulwary jasniały tysiącem różno barwnych kapeluszów, wstążek, szarf, sukienek, chustek; mnóstwo urzędników, wojskowych, pań, panien, sunęło się tam i nazad po nad brzegami Wilij, pod cieniem wyniosłych topoli.
Na jednéj z stojących tu ławeczek, siedział mężczyzna z kobiétą. Mężczyzna był mały, krępy, tłusty, łysy, w granatowym starym fraku z krzyżykiem, w żółtéj kamizelce, w palonych bótach, w kapeluszu białym, trzcinę miał w ręku, a mnóstwo dewizek na żołądku brzękało. — Kobiéta, jego towarzyszka, była młoda jeszcze, blada bardzo blondynka, miała w oczach niebieskich wyraz nieopisany anielskiego smutku. Każdy z was wié, bo każdy raz w życiu widział te oczy smutne niebieskie, łzawe, omdléwające, które umiérającego wciągnęły by nazad na świat, gdyby się z jego spójrzeniem spotkały. Ten pan i ta pani był to Pan Sędzia i Pani Sędzina.
Dwaj bracia szli z Antokola przez bulwary, Karol zasłonił oczy kapeluszem i leciał jak szalony. Gustaw, jak mógł za nim dążył. Wtém, kiedy oba tak śpieszą, któś im zastępuje drogę.
— Za pozwoleniem! odzywa się, proszę pana, dwa słówka panie, facećje! poczekaj chwilę.
— Dla czegoż?
— Chciałem się Pana spytać! Wszak to Pan byłeś w traktjerze, kiedy —
— Kiedy co? mów pan, spieszę się —
— Zaraz, kiedy ja byłem i —
— Kiedy pan byłeś pijany może?
— I zaraz! Wasan zawsze głupstwa gadasz, facećje! Ja nie byłem wówczas pijany i dobrze się przypatrzyłem pierścionkowi, który mi WPan pokazywałeś. Zkąd go wziąłeś, gdzie podziałeś, o to się teraz pytam?
— Ja? pierścionek! Ja Pana piérwszy raz w życiu widzę, daj mi pan pokój —
— Ba! facećje! piérwszy raz! Ja się nie mylę, niéma takich dwuch twarzy na świecie, przecież jadłeś, piłeś markebrüner.
— Wszystko to czyste przywidzenie! daj mi pan pokój!
I odszedł prędko. Sędzia powoli na ławeczkę do żony wrócił, i usiadł ruszając ramionami a głęboko wzdychając.
— Oh!
— Cóż to panie Sędzio.
— Oh! nic!
— Co ci takiego? cicho pytała Sędzina.
— Nic! Wtém Sędzia spójrzał na żonę, i z kolei odezwał się: — O! a Wasani czegoś taka blada? Co to jest? zmiłuj się, nie omdlewaj tutaj, jeśli koniecznie masz omdleć, chodź do pawilonu. Tam przynajmniéj znajdziem komu ratować, trzeźwić, a tu, ja nie dam rady.
— Nic to, nic, nie bójże się tak, Panie Sędzio, to przejdzie, źle mi się zrobiło, to zapewne krew uderzyła mi do głowy.
— Tak! krew, facećje! i dla tego pobladła; co też gada! pobladła jak trup.
— A fe! cóż za obrzydliwe wyrażenie. Sędzina się wzdrygnęła.
— Może, moja duszo, rzekł Sędzia po chwilce, pójdziemy się przejść po Sapieżyńskim ogrodzie, tam mniéj pyłu. Dziś nawet podobno biją fontanny, chciałbym zobaczyć, chodź, chodź Pani Sędzino.
— Nie, do Sapieżyńskiego ogrodu nie pójdę.
— A dla czegoż? mogłaś tyle razy przecie.
— Co Pan mówisz? Sędzina znowu pobladła i zadrżała.
— Nic nie mówię, tylko się duszko nie irrytuj, widzę, że ci niedobrze — gotów jestem do domu ci służyć.
— Chodźmy do domu. I poszli.
Dwaj bracia weszli tymczasem w miasto i kręcili się zaułkami, póki się nie zbliżyli do jednego domku, na brudnym żydowskim zaułku. Kto nie był w Wilnie i nie przebiegł tych dziwacznych zakątów miasta, w których się wszystkie jego kryją brudy, ten wyobrazić sobie nie potrafi, co to zaułek Wileński — i dom na zaułku. Opiszem tylko ten, do którego szli nasi dwaj bracia.
Zprzodu od ulicy widać tylko było wysoką jego ścianę, nie mającą koloru, poznaczoną wzdłuż zaschłemi strugami wylewanych pomyj, spękaną i brudną; w niéj wisiała stłuczona brama na jednéj zawiasie, a w téj otwarta furtka wewnątrz prowadziła pieszych, zwieszona nad samym rynsztokiem, który sączył brudne wody po dnie najeżoném wszelkiego rodzaju szczątkami, jarzyn, owoców, mięs. W oknach wychodzących na zaułek, jednéj całéj szyby nie było, niektóre z nich były pozamurowywane do połowy, inne pozatykane. Wszedłszy do środka domu, po prawéj ręce widać było wschody brudne, zbłocone i ciemne. W głąb ciągnął się dziedziniec brukowany, pełen śmiecia i gnojów, a na około wnętrznych ścian kamienicy ciągnęły się z piérwszego piętra chwiejące galerje, na które wychodziły ciemne okna tylnych mieszkań. Gdzie niegdzie z górnych piętr spuszczała się w dół rynna drewniana, po któréj ściekały wiecznie zlewane nieczystości i pędziły środkiem dziedzińca łącząc się z rzeczułką płynącą w bramie domostwa. Chude psy wałęsały się na śmieciskach, a koty miauczały na dachach.
Dwaj bracia pominąwszy wschody na prawo idące w kamienicę, weszli daléj w dziedziniec i galeryą udali się aż do drzwi w końcu na lewo położonych. Karol idący przodem zastukał raz, dwa, trzy; stukanie rozległo się po kamienicy, w któréj chwilą wprzód głęboka panowała cisza. Kilka kotów zbudzonych przebiegło galerjami, zamiauczało i znikło. Stara baba wysadziła głowę z jednego okna i chropawym głosem odezwała się:
— A kto to tam?
— To ja.
— To ty! a! zaraz otworzę.
W istocie wkrótce drzwi się otwarły i dwaj bracia weszli do ciemnych sionek, zapakowanych beczkami, cebrami, balijami, balijkami i necułkami. Te pominąwszy znaleźli się w dość ciemnéj izbie, brudnéj jak dom cały.
— Stara, odezwał się wchodząc Karol, dawaj jeść, mamy pieniądze.
— Chwała Bogu, odezwała się kobiéta szydersko, spoglądając zpod nawisłego czépka; Pan Karol wydurzył już u jakiéjś.
— Cicho, stara, cicho, dawaj jeść.
— Dobrze, ale dajże pieniędzy, pójdę kupię, bo w domu nic niéma.
— Ba! jak wezmiesz pieniądze, to tyleśmy ciebie i jedzenie widzieli.
— Pamiętaj no, odezwała się stara obrażona, że jeśli mi ty przycinać zaczniesz, to i ja mam ci się czém odciąć.
— Cicho, stara sekutnico, krzyknął Karol.
— Otoż nie będę cicho, wrzasła stara, będę ci bić w uszy, będę przypominać moją córkę. A gdzieś ją podział — a cóś ty z nią zrobił, łotrze!
— Twoja córka! cha! cha! Albo ja wiem, co się z nią stało, rzekł Karol, kołysze się może na kolanach nowego kochanka, wszak ich miała krociami.
— Prawda! przerwała stara z gorzkim wyrzutem, ale kto ją nauczył tego przeklętego kochania? Kto ją rzucił w ten świat kochanków, zerwawszy z jéj ust piérwszy niewinności pocałunek — a ostatnie tchnienie jéj cnoty! O! Panie Karolu! tyś biały na twarzy, ale dusza twoja czarna przed Bogiem! A te nędzne mieszkanie, do którego doszłam na starość, czy to nie z twojéj łaski. Byłam niegdyś w daleko lepszéj doli, a teraz ty mi twoją nędzną zapłatę wymawiasz!
— No! porzuć babo te błazeństwa, przerwał pięścią o stół bijąc Karol. Dasz nam co jeść, czy nie? pójdę gdzieindziéj, niewstrzymany babski języku, kwoko stara!
— Dam ci, dam jeść, mój Panie, kiedyś się jeszcze nie najadł tylą ludźmi, których powpędzałeś do grobu, obmierzły trupie.
Karol porwał się z miejsca, poskoczył do staréj z ściśnionemi pięściami, oczy jego iskrzyły się okropnie, usta miał otwarte i sine, z których białe zgrzytające świeciły zęby, bladość śmiertelna okrywała twarz jego.
— Stara! krzyknął, strzeż się, znasz mnie, wiesz już co ja umiem.
— A cóż umiesz? zabijać! — wzrokiem i ręką, przerwała nieustraszona, ale moje dni policzone, nie boję się nikogo, dość już żyłam na tym świecie, stanął mi świat w gardle kością.
— No, bez lamentów, dawaj jeść, jeśli masz co, i koniec.
Przez cały ciąg téj rozmowy Gustaw wcale się do niéj słowy ani ruchem nie wmięszał, stał w oddaleniu milczący i przebierał palcami po szybie stłuczonéj.
Stara poszła nareszcie do szafki stojącéj w kącie, wyjęła z niéj potłuczone półmiski, talerze, zaschłą pieczeń i inne resztki obiadu. Jak tylko postawiła je na stole, Karol rzucił się chciwie i pożerał, rozdziérał, chwytał, rozrzucał kości do koła, nie odzywając się ani słowa więcéj. Gustaw niekiedy ukradkiem patrzając na niego jadł powoli, wkrótce wstał jakby nasycony, i milczący, poszedł znów bębnić palcami po szybie.
Karol dłużéj siedział za stołem, potém otarł usta, rzucił dwa złote, porwał płaszcz i czapkę i trzaskając drzwiami się oddalił. Gustaw pozostał; zaledwie usłyszał jak Karol pobiegł po galeryi i oddalał się, odstąpił od okna, siadł za stołem, podparł się na łokciu i rzekł cicho do staréj:
— Cóż moja stara?
— Nic nowego, Panie Gustawie, jeszcze mi serce krwią zabiega, wspomniawszy na twojego niegodziwego brata.
Gustaw westchnął lecz milczał.
— Co za poczwara, mówiła daléj stara trzęsąc głową, co to on kobiét pogubił, a żeby kiedy pożałował, żeby do niego kiedy przemówiło sumienie. Wszakże to, Panie, nikt z nas bez grzechu, ale człowiek się przynajmniéj przed sobą wyspowiada, pożałuje, a on!
— Daj mu pokój, rzekł Gustaw, znam już ja jego lepiéj od ciebie, całe jego życie w rozpuście i szale; całe życie w nadskakiwaniu kobiétom, które dziś kocha, jutro porzuca, zwodząc bez miłosierdzia.
— O! biédna moja Krysia! rzekła stara z oczyma łez pełnemi, taka była dobra, miła, łagodna, póki jéj nie poznał. I cóż? wieszże? Pamiętasz, Panie Gustawie, kiedy wróciwszy z podróży, zastałeś już moją Krysię grymaśną, dziwaczną, po głowie jéj chodziły tylko karéty, perły, piękne suknie i drogie kamienie, we śnie nawet, biédna, szalona Krysia, przypominając słowa zwodziciela, chwytała firanki starego łóżka, wołając, żeby jéj podali suknię balową. Biédna uciekła od staréj, niedołężnéj matki do świata i dla świata! dla pustéj młodzieży, która uważa ją tylko jak podłe i niegodne żadnego względu, chwilowéj swojéj roskoszy narzędzie! Uciekła, zmarnotrawiwszy wprzód to, com dla niéj całe życie z uszczerbkiem zdrowia i wygód zbiérała. Teraz prawda jeździ ona w karécie, ale nie na długo; mało warte to szczęście, które się na pięknéj twarzyczce opiéra, mało warte szczęście, któremu obca cnota i sumienie. Okropna to rzecz, Panie Gustawie, mieć serce matki na to tylko, żeby niém czuć wszystkie cierpienia, jakie tylko są na świecie, a żadnéj, żadnéj biednéj pociechy!
To mówiąc stara poszła do okna ociérając łzy fartuchem.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.