Pan Damazy/Akt IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Ten sam pokój, co w poprzedzającym akcie.

SCENA I[edytuj]

MAŃKA, HELENA, ubrane do drogi siedzą w głębi; ANTONI podobnie z kapeluszem w ręku, chodzi po pokoju.

HELENA

(siedzi jakiś czas w milczeniu, po chwili)
Jaki ten tacio jest, to ja nie pojmuję, wołał o konie, kazał się zabierać (naśladując jego ton) „duchem, na jednej nodze!”, a teraz siedzi tam.

ANTONI

Rejent go przytrzymał. mają jakąś naradę. cokolwiek cierpliwości!

HELENA

Ale, cierpliwości! Ja bym chciała jednej minuty tu już nie być, tak mi jakoś ciężko, duszno. (wstaje i idzie do okna na prawo) Konie stoją już z godzinę. Mateusz zasnął na koźle, a tacia nie widać. (tupie z niecierpliwością nogą)

ANTONI

(żartobliwie)
O o! Panna Helena nie umie panować nad sobą.

HELENA

Nie przekomarzajże się pan ze mną, bardzo proszę, widzisz pan, że ja stoję jak na gorących węglach. Ach, jak ja nie lubię takich scen! Byłabym się nie wiem gdzie schowała. Jeszcze tatuńcio taki raptus! Zdaje mi się, że się na świat narodzę, gdy już stanę w domu.

ANTONI

A ja chciałbym, aby ta podróż mogła trwać do nieskończoności.

HELENA

Więc i panu się to podoba, że jedziemy? Proszę! Myślałam, że panu wszystko jedno i że niechętnie dajesz nam koni.

ANTONI

Czy pani to wyczytałaś w moich oczach? Ja sądziłem, że kobiety są przenikliwsze.

HELENA

To dlaczegoż się pan nie niecierpliwisz jak ja?

ANTONI

Bo ja już w tej chwili jestem szczęśliwy. samą nadzieją. mieć na swoim wózku, pod swoją opieką to, co się kocha, uwielbia, czci.

HELENA

Cicho! A to co znowu! (wzrusza ramionami, oglądając się na Mańkę)

ANTONI

Owszem, im dłużej ojciec marudzi, tym lepiej. pani się niecierpliwisz, dąsasz, a ja na panią patrzę.

HELENA

(w oknie)
Dlaczego pan patrzysz?

ANTONI

Bo pani tak ślicznie z tymi minkami.

HELENA

(niby z dąsem, rzucając mu spojrzenie przez ramię)
Doprawdy!

ANTONI

I tak patrząc zapominam o wszystkim, co mnie otacza, nie wiem nawet, gdzie się znajdujemy. dosyć mi na tym, że jestem z panią. (po chwili) A nie dawniej jak wczoraj gotów byłem oddawać się rozpaczy.

HELENA

Aj, jej, rozpaczy. myślałby kto, że prawda, nie tacyście wy łatwi, moi panowie, do tego. ach, ci mężczyźni! brzydcy, szkaradni egoiści! Czemu to Pan Bóg samych kobiet nie stworzył?

ANTONI

Proszę, taka ogólna klątwa. na nas wszystkich!

HELENA

No, nie na wszystkich. ale (do siebie, odchodząc od okna) postawiłabym mu za przykład braciszka, tylko nie chcę mu robić przykrości. (siada na powrót przy Mańce i szepcze z nią)

SCENA II[edytuj]

POPRZEDZAJĄCY, GENIO z kapeluszem w ręku wchodzi na palcach, kłania się pannom, po czym idzie do ANTONIEGO, który, siadłszy na lewo i patrząc na HELENĘ ciągle, dobywa woreczka z tytoniem i zwija cygaretkę.

ANTONI

Cóż ty się tak skradasz?

GENIO

(siada przy nim)
Nie poznaję sam siebie. chodzę na palcach i szepczę półgłosem, jakbym miał co na sumieniu. atmosfera tego domu oddziaływa na mnie.

ANTONI

Czy tylko atmosfera?

GENIO

Coś szczególnego stało się ze mną.

ANTONI

Smętne oczy. oj, te oczy!

GENIO

(z westchnieniem)
Co to za dziwna potęga.

ANTONI

(żartobliwie podchwytując)
W tym tak wątłym na pozór organie jak wzrok.

GENIO

Och, zapewne!

ANTONI

Więc ty, widzę, naprawdę?

GENIO

(patrząc na Mańkę)
Rozmaicie definiują miłość; najbliższymi prawdy są podobno ci, co ją nazywają chorobą, w którą się popada bezwiednie.

ANTONI

(jak wyżej)
I której miło ulec!

GENIO

Och! Zapewne!

ANTONI

(po chwili)
Czy ty także odjeżdżasz?

GENIO

Cóż bym tu już robił?

ANTONI

Ale przyjedziesz przecie do mnie?

GENIO

A czy nie będę natrętnym?

ANTONI

(śmiejąc się)
Jak to, u kolegi?

GENIO

Nie o tym mówię, wiesz dobrze, wszak ona z wami jedzie i ma tam bawić.

ANTONI

Tak jest.

GENIO

A ty mieszkasz podobno bardzo blisko.

ANTONI

Sąsiadując.

GENIO

(całując go)
Będziesz mi robił interesa?

ANTONI

Z całego serca.

GENIO

Pojmujesz, że w stanie jej duszy niewczesna obcesowość byłaby nie na miejscu. Polegam na tobie.

ANTONI

Rachuj jak na Zawiszę! Będę badał grunt i składał ci sprawozdania.

GENIO

(wstając)
Weselszy odjeżdżam.

ANTONI

(ściskając jego rękę)
Więc mogę się spodziewać?

GENIO

Najprędzej, jak się da. Tylko ostrożnie, błagam cię! I tajemnica do czasu.

ANTONI

Cha! cha! cha! Co to się z tego człowieka zrobiło. W Warszawie cię nie poznają.

GENIO

Cicho, dajżeż pokój! (zbliża się do panien) Pozwolą się panie pożegnać.

MAŃKA

Pan odjeżdża?

GENIO

Mam obowiązki. muszę, ale odjeżdżam z nadzieją, że spotkamy się w przyjaźniejszych okolicznościach. (na stronie) Czy nie zanadto powiedziałem?

MAŃKA

Pan zapewne odwiedzi pana Antoniego?

GENIO

Pragnąłbym.

HELENA

W takim razie może ujrzemy pana i u nas?

GENIO

Jeżeli panie pozwolą.

HELENA

(z żartobliwą ceremonialnością)
Och, panie! (do Mańki na stronie, trącając ją łokciem) Powiedzże co.

GENIO

(podając rękę Mańce)
Więc do widzenia.

MAŃKA

Do widzenia.

(Genio całuje w twarz Antoniego i na palcach odchodzi. Helena trąca Mańkę kilkakrotnie)

SCENA III[edytuj]

ANTONI, MAŃKA, HELENA.

HELENA

On tak patrzał na ciebie, ścisnął ci nawet rękę, zdaje mi się, a tyś milczała jak zaklęta.

MAŃKA

Daj pokój, proszę cię.

HELENA

(całując ją)
Rozchmurzże czoło, masz minę, jakbyś chciała płakać.

MAŃKA

Nie żartuj; zdaje mi się, że gdybym jeszcze parę scen takich przebyła jak niedawno, nie umiałabym już nawet płakać i stałabym się obojętną na wszystko.

(Antoni siada na dawnym miejscu i zwija drugą cygaretkę)

HELENA

Ale kiedy ty to wzięłaś zaraz tak do serca. Ileż to razy tacio uniesie się, naburczy, (poufnie) nieraz, powiadam ci, tak się ze mną obejdzie, że to.

MAŃKA

Gdyby mnie podobne obejście spotkało z jego strony, do nóg bym mu padła!

HELENA

Ale! Żebyś tylko słyszała.

MAŃKA

Poczciwa jesteś, że mnie chcesz pocieszyć, ale wiesz dobrze, że to zupełnie co innego. Gdy ojciec uniesie się i zburczy cię, jak powiadasz, to w tym odzywa się serce; do mnie jeżeli kto przemawiał, to z obelgą. a mnie się zdaje, że życie bym dała za odrobinę serca.

HELENA

No, no, skończyły się twoje nieszczęścia, kiedy tacio cię zabiera.

MAŃKA

Służyć mu będę na klęczkach!

HELENA

(śmiejąc się)
A tobyś się wybrała! Zobaczysz, jak ci będzie dobrze. tylko żeś to ty przyzwyczajona do parady, a u nas.

MAŃKA

(z wyrzutem)
Helenko, to boli.

HELENA

No, no, już nic nie mówię. Tylko tacię bliżej poznasz, to się przekonasz. a jak się uspokoisz, (ciszej) to może go sprowadziemy jakim sposobem i będziesz go miała.

MAŃKA

Kogo, Seweryna? Żartujesz chyba.

HELENA

Więc nie kochasz go już? (nieco głośniej) Bardzo dobrze robisz.

MAŃKA

Alboż ja wiem sama, co teraz czuję dla niego.

ANTONI

(zapaliwszy cygaretkę, z uśmiechem)
Czy wolno wiedzieć, co panna Helena tak stanowczo aprobuje? (wstaje)

HELENA

(żywo)
Siedź pan tam sobie, nie wtrącaj się do nas.

ANTONI

Oh, sekreta! (siada na powrót, spoglądając na nie)

HELENA

Mów no, mów, bo ja ciekawa jestem.

MAŃKA

(po chwili)
Powiedz mi, kochasz ty go? (wskazuje oczyma Antoniego)

HELENA

(cicho)
Ale jak! Tylko nie chcę zanadto tego okazywać. trzymam go krótko. Moja droga, nie patrz na niego, bo się domyśli, że o nim mówimy.

MAŃKA

I szczęśliwa jesteś, gdy go masz przy sobie?

HELENA

Spodziewam się.

MAŃKA

Widzisz, ze mną i z Sewerynem było tak samo, szukałam sposobności, żeby go widzieć, to było największą dla mnie rozkoszą, a dla jej pozyskania stawałem się obłudną, fałszywą. a teraz. ja truchleję na myśl znalezienia się z nim sam na sam. Boję go się jak trupa, bo też dla mnie on już jest tylko trupem. Ta obawa to koniec miłości.

HELENA

Patrzcie państwo, ja tego samego doświadczałam, ale z początku. Obawiałam się zostać z nim, gdy nie było nikogo. sama nie wiem dlaczego, jakiś strach mnie przejmował. Teraz go się nie boję. oho! (patrzy na niego)

MAŃKA

Szczęśliwaś, on już twój.

HELENA

Mój, mój. ach, jak to miło powiedzieć: mój! (tuli się do niej)

MAŃKA

Ale gdybyście się przestali kochać!

HELENA

Ach, nie mówże tego, zimno mi się robi.

MAŃKA

Wtenczas unikałabyś go, nieprawdaż?

HELENA

(zamyśliwszy się)
Zdaje mi się. (po chwili) niezawodnie. (po chwili) Patrzajże, jak to jest dziwnie na świecie. początek i koniec wszystkiego widać podobne do siebie. (po chwili, z naiwnym zastanowieniem) Jak sobie pomyśleć, że wszystko skończyć się musi. że nie ma nic pewnego. och, Boże!

(obie siedzą w zamyśleniu)

SCENA IV[edytuj]

POPRZEDZAJĄCY; PAN DAMAZY, TYKALSKA, za nimi REJENT, wchodzą z prawej strony.

DAMAZY

Dajże mi pani święty spokój, panie mości dzieju.

TYKALSKA

Ale nie puszczę, jakem poczciwa. co by na to siostrunia powiedziała. macie państwo kilka mil przed sobą, a po drodze nigdzie nic nie dostanie. kazałam upiec naprędce kurcząt.

DAMAZY

Żebyś mi pani płaciła, nie przełknąłbym, jak Pana Boga kocham.

TYKALSKA

Tak się panu zdaje. a zresztą panienki głodne.

HELENA

(prędko, wstając)
Ale gdzież tam. ja nie.

MAŃKA

(wstając)
Ani ja.

DAMAZY

No, więc dalej, zabierać się, panie mości dzieju, i w drogę!

TYKALSKA

Nic nie pomoże, tego przecie państwo siostruni nie zrobicie.

DAMAZY

Siostruni, siostruni! Siostrunia patrzy na mnie, jakbym jej ojca zjadł!

TYKALSKA

Co też to pan mówisz!

REJENT

Nie skończyliśmy. e. e. e. konferencji. gdyż szanowny pan nie chciałeś mnie zrozumieć. a raczej nie zwracałeś uwagi na e. e. e.

DAMAZY

To wszystko, co pan mówiłeś, to. ot, wycisnąć tak, to się zostanie, panie mości dzieju. tyle o. (pokazuje figę)

REJENT

Ale za pozwoleniem. (na stronie, do Tykalskiej) Nie puszczaj go pani, bo w tym jest nasz interes.

TYKALSKA

Ale ani myślę. w tej chwili będzie gotowe. (cicho do Damazego) Ja także chciałam jeszcze z panem pomówić.

(Damazy siada na kanapie i stuka laską z niecierpliwością)

REJENT

Nie dałeś mi szanowny pan dojść do ostatecznej konkluzji, e. e. e. którą, jestem pewny, że zaaprobujesz.

DAMAZY

No, więc słucham tej konkluzji, ale żeby to było krótko i węzłowato.

TYKALSKA

Pójdźcie, dziewczęta, musicie koniecznie przegryźć coś na drogę.

HELENA

Ale dziękujemy paniusi.

TYKALSKA

Nie ma gadania, pójdźcie, nie przeszkadzajcie tutaj. (zabiera je gwałtem)

HELENA

(na stronie)
Ach, Boże, my dzisiaj stąd nie wyjedziemy. (biegnie do ojca) Tatuńciu, czy to długo będzie?

DAMAZY

(stuknąwszy laską, z fukiem)
Dajże mi ty pokój przynajmniej.

HELENA

Dlaboga, pójdźmy już.

(wychodzą na prawo wraz z Antonim, który z Heleny żartuje)

SCENA V[edytuj]

PAN DAMAZY, REJENT.

REJENT

(na stronie)
Ten tylko jest sposób zatkania mu ust.

DAMAZY

No, gadajże pan teraz. słucham!

REJENT

Przede wszystkim zwrócę uwagę.

DAMAZY

Ale krótko, proszę pana.

REJENT

E. e. e. musisz pan przyznać, że myśl aktu pojednania przez połączenie córki pańskiej z domniemywanym sukcesorem bratowej, panem Sewerynem, była na wskroś chrześcijańską. Panie, to było szczytne!

DAMAZY

To było szelmostwo, panie! (wstaje)

REJENT

Ależ zwrócę uwagę.

DAMAZY

(popędliwie)
Niegodziwość, frymark! Jak to, patrzycie przez szpary, jak ten chłystek, panie mości dzieju, bałamuci dziewczynę, nad którą macie opiekę, rzucacie mu ją na pastwę i pomimo to stręczycie mi go na zięcia!

REJENT

Nie wiedzieliśmy o tym, jak pana szanuję!

DAMAZY

(patrząc mu bystro w oczy)
Cóż mi pan głowę zawracasz. a któż mię o tym ostrzegł?

REJENT

(oglądając się)
Tss, dałeś pan słowo honoru.

DAMAZY

Sam mi pan otworzyłeś oczy na te, panie mości dzieju, brudy i wskutek tego zerwałem, a teraz nazywasz to szczytną myślą.

REJENT

(zakłopotany)
Kiedy mówię: „my”, to właściwie rozumiem przez to mojego klienta, to jest pańską bratowę. to już nasz zwyczaj. e. e. e. prawników. Najlepszy dowód, że od pana dopiero dowiedziała się. (Damazy siada na kanapie sapiąc; po chwili) Zresztą właśnie do tego zmierzałem. zerwałeś pan i nie ma już co do tego wracać. Ile panią Żegocinę to kosztowało, nie potrzebuję mówić, jej serce e. e. e. nie zaspokojone, czuje potrzebę uczynienia jakiejś ofiary, która by mogła choć w części wynagrodzić tamten zawód.

DAMAZY

(porywczo, wstając)
Nie potrzebuję żadnych ofiar, panie mości dzieju, stanęłyby mi kością w gardle. (chodząc) Gdybym miał prawo do całego majątku po nieboszczyku, zabrałbym go jak swój bez najmniejszego skrupułu, jak mię żywym widzicie, jeżeli nie dla siebie, to dla mojego dziecka. Ale skoro to nie było jego wolą. mniejsza o to, obejdę się, a łask nie potrzebuję.

REJENT

(na stronie)
Trzeba koniecznie, żeby skwitował z wszelkich pretensyj. (głośno) Szanowny panie, wspominałeś o woli nieboszczyka. Wdowa, znając tajniki tej wzniosłej duszy i skryte zamiary, których e. e. e. przez szaloną miłość dla żony i znając jej serce nie chciał. e. e. e.

DAMAZY

(z niecierpliwością)
Zlituj się pan, bo się roztopię z rozczulenia jak masło w tygielku i nie będziesz pan miał z kim gadać!

REJENT

Otóż, krótko mówiąc, pańska bratowa wiedząc, że nieboszczyk miał myśl wyposażenia jakim bądź sposobem pańskiej córki, przeznacza dla niej pięćdziesiąt tysięcy złotych polskich, czyli siedem tysięcy pięćset rubli. (ociera czoło)

DAMAZY

(mięknąc)
Hm. pięćdziesiąt tysięcy.

REJENT

(prędko)
Obowiązując się wypłacić je za lat trzy, gdy się interesa trochę uregulują. a tymczasem ofiarując procent w stosunku pięć od sta. (po chwili, oddychając) Cóż pan na to?

DAMAZY

(po chwili)
Pięćdziesiąt tysięcy hm. wiesz pan co? Niech was diabli wezmą. dobra psu mucha, jak to powiadają. Dla siebie nie dbałbym i o to, ale że to dla córki, więc. (machnąwszy ręką) przyjmuję i jechał was sęk!

REJENT

(podając rękę)
A więc zgoda! (na stronie) Nadto się posunąłem, łatwo przystał. (głośno) Więc tylko dasz nam szanowny pan mały skrypt akceptujący tę umowę i kwitujący pańską bratową ze wszystkich możliwych i niemożliwych pretensyj. czysta forma, jak pan widzisz, skoro bezsprzecznie ma prawo do całego majątku.

DAMAZY

(nagle)
Ale! Za pozwoleniem, a sierota?

REJENT

Jaka sierota?

DAMAZY

Marynka. Piękne by były rzeczy, gdybym przyjął coś dla córki, a za tamtą się nie dopomniał!

REJENT

Ależ, szanowny panie!

DAMAZY

Inaczej nie gadam, dostanie tyle co Helena albo kwita z przyjaźni.

REJENT

Zwrócę uwagę.

DAMAZY

Na nic się nie zdało; chcecie to dobrze, nie chcecie drugie dobrze. ma iść na udry, to niech idzie. Ta dziewczyna musi coś dostać i jeżeli w dobry sposób się nie da, poradzę się prawników.

REJENT

(na stronie)
Dobryś. (głośno) Zechciej szanowny pan. e. e. e.

DAMAZY

Nie gadam!

REJENT

(desperacko, podnosząc głos)
uwzględnić, że to przechodzi moją kompetencję, miałem upoważnienie tylko co do sumy dla panny Heleny.

DAMAZY

Nie, to nie. dajcie mi pokój i bądźcie zdrowi.

REJENT

Ależ za pozwoleniem. (ocierając czoło) muszę się pierwej porozumieć z moją e. e. e. mocodawczynią. (na stronie) Trzeba zrobić jeszcze tę ofiarę. trudno!

DAMAZY

No to prędzej, raz, dwa, trzy! Zaczekam chwilkę. proszę się pospieszyć.

REJENT

(głęboko oddychając)
Phhh. co to z takim brutalem nieoskrobanym mieć do czynienia!

(wychodzi na lewo)

SCENA VI[edytuj]

DAMAZY, później TYKALSKA.

DAMAZY

Farmazeusze!! Panie mości dzieju! Prosto nie pójdą, tylko to tędy, to owędy! Niby to ofiary jakieś robią, gdy wszystko zagarniają. (po chwili) Ale co tam! Kiedy jej nieboszczyk zostawił, niech im tam Pan Bóg sekunduje! Był człowiek słaby i kwita!

TYKALSKA

(zaglądając przez drzwi z prawej strony)
Już się rozprawili. (wchodzi, po chwili) Za pół godzinki będą.

DAMAZY

Kto? Co?

TYKALSKA

Kurczęta.

DAMAZY

(niecierpliwie)
A wiesz pani, że tymi kurczętami to jużem się najadł póty. wreszcie, to każże już pani raz dawać. zawinę sobie w papier i będzie spokój.

TYKALSKA

Nieboszczyk Tobunio za siódmą pokutę nie byłby się puścił w drogę na czczo.

DAMAZY

Musiał mieć, z przeproszeniem, babską naturę, panie mości dzieju. bo to tylko wy, kobiety, potraficie jeść na zawołanie, czy wam się chce, czy nie chce. No, ale cóż to mi pani miałaś powiedzieć? Słucham, póki mam czas. (dobywa wielki srebrny zegarek)

TYKALSKA

(po chwili, siadłszy)
Ach, mój panie. na tym świecie. to niech Bóg broni!

DAMAZY

Święta prawda, ale cóż dalej?

TYKALSKA

Co się to tu porobiło. Chryste Jezu!

DAMAZY

(popędliwie)
Już to, żeś i pani temu winna, to tak mi Panie Boże dopomóż!

TYKALSKA

A słowo boskie! Ja?

DAMAZY

Jakżeż można było, panie mości dzieju, pozwolić na to, żeby pod waszymi oczami doszło do takiej ostateczności.

TYKALSKA

A, panie Damazy! Ja, jak to powiadają, oczu z nich nie spuściłam. do żadnej ostateczności nie przyszło, zgrzeszyłabym, gdybym inaczej powiedziała.

DAMAZY

O, bo pani zaraz rozumiesz inaczej. głodnemu chleb na myśli.

TYKALSKA

(zgorszona)
Ach, dlaboga!

DAMAZY

Cóż „ach, dlaboga”?! Przecież się pani nie zgorszysz.

TYKALSKA

Fi, cóż znowu!

DAMAZY

Więc pani powiadasz, że nie było nic złego?

TYKALSKA

Ale, panie Damazy, jakem poczciwa. Przecież ja nie dziecko, nie trzeba panu powiadać, widziałam ci ja, że się te dzieciuchy mają ku sobie, ale myślałam sobie: niechże się kochają, będzie para.

DAMAZY

Hm, pani tak myślałaś?

TYKALSKA

A nie inaczej! Bóg świadkiem! Jeszcze tak sobie kalkulowałam: siostrunia ma mu zapisać, jako faworytowi, swój majątek, będzie miał aż nadto i nie potrzebuje szukać posagu, a że jego brat dorabia się na małym, więc to, co mam, przeznaczę dla Anteczka.

DAMAZY

(zdziwiony)
To, co pani masz? Więc dusimy grosze, pani mości dzieju?

TYKALSKA

A! wypluńże pan. ja też do duszenia, Boże kochany! Złamanego grosza nie znajdziesz pan przy mnie. Gdyby mi dziad na drodze zastąpił, nie miałabym się czym wykupić.

DAMAZY

Tere, fere, panie mości dzieju. więc cóż pani chcesz rozdawać. kiedy nic nie masz?

TYKALSKA

(cicho)
Widzi pan, mam zapis.

DAMAZY

Zapis? Od kogo?

TYKALSKA

Od nieboszczyka.

DAMAZY

Mojego brata? Zapisał co pani?

TYKALSKA

(tłumacząc się)
Jakem poczciwa, o niczym byłabym nie wiedziała, ale krótko przed śmiercią zawołał mnie i w sekrecie oddał pismo.

DAMAZY

Proszę! I nie chwaliłaś się pani z nim do tej pory?

TYKALSKA

Byłoby sobie leżało w kuferku do mojej śmierci, a potem, komu bym tam przeznaczyła, to by sobie wziął.

DAMAZY

Baj baju! Ale trzeba wprzódy odebrać dla siebie.

TYKALSKA

Ach, dlaboga! Czyż mnie to u siostruni zginie?

DAMAZY

Ale trzebaż jej powiedzieć o tym.

TYKALSKA

A! Ja bym za nic w świecie tego nie zrobiła!

DAMAZY

Dobryś! Więc jakże będzie? A przy tym któż pani każe być w zależności, kiedy możesz mieć swoje?

TYKALSKA

A mój panie, cóż mi to tu złego u siostruni. chleba mi nie zabraknie. a i ona by się beze mnie nie obyła. całe kobiece gospodarstwo na mojej głowie. Zresztą, mój panie, czy to człowiek dla siebie tylko żyje?

DAMAZY

Hm hm. bardzo pięknie, ani słowa. Ale. I dużo to tam tego?

TYKALSKA

Kilkadziesiąt tysięcy, bo ja tam nie umiem na te ruble.

DAMAZY

Ano, to winszuję, panie mości dzieju. I cóż pani myślisz zrobić z tym fantem?

TYKALSKA

Otóż właśnie, mój panie, o to chciałam się poradzić. Ja tego nie chcę, niech Bóg broni, odbierać. Ach, Jezus, ja miałabym siostrunię szykanować, pfe! Ale zawsze to moje, więc chciałam zapisać komuś po mojej śmierci. Myślałam o Anteczku, bo byłam pewna, że Sewerynek ożeni się z Mańką. ale kiedy siostrunia oddaliła to biedactwo.

DAMAZY

No, ja ją przecie zabieram, panie mości dzieju.

TYKALSKA

Bardzo pięknie, ale u was się też nie przelewa, mój panie. mnie pan nie powiesz.

DAMAZY

Oj, że nie, to nie!

TYKALSKA

Widzisz pan, więc chciałam to rozdzielić pomiędzy nich oboje. Jakże mi pan radzisz?

DAMAZY

Ale, pani, święte słowa! (całuje ją w rękę) Moja bratowa nie warta, panie mości dzieju, wody za panią nosić.

TYKALSKA

A cóż znowu! to jest dama. a ja sobie prosta kobieta, chociaż rodzona siostra. Nieboszczyk Tobunio był poczciwości człowiek, ale swojego chowu, nie trzeba panu mówić, i ja też tak przy nim skisłam.

DAMAZY

Ale co mi tam pani gadasz, jesteś święta kobieta, i basta! A gdzież pani masz ten zapis? Czy to tam aby formalne? Nie mógł nieboszczyk brat zrobić nic mądrzejszego.

TYKALSKA

(sięgając za gors)
Tylko, mój panie złoty, poradźże mi pan dobrze, jak ja mam zrobić, żeby siostruni nie ambarasować bezpotrzebnie. (chroniąc się z gorsem przed Damazym, który niecierpliwie sięga ręką) Pozwólże pan, fe! Jeszcze potem ludzie by powiedzieli, żem się tak wywdzięczyła za przytułek, żem baba stara a chciwa.

DAMAZY

Moja pani, zwykle na starość ludzie robią się najchciwsi.

TYKALSKA

Oto jest, przeczytajże pan.

DAMAZY

(wziąwszy okulary)
Własnoręczne jego pismo.

TYKALSKA

A tak, własną ręką niebożątko napisał.

DAMAZY

Ręka mu już drżała, (uderzając palcem w papier) ale taki testament, pani mości dzieju, jest najważniejszy. więcej znaczy, niż gdyby był napisany przez rejenta przy stu świadkach. Ja to wiem. Chociaż świstek, byle własnoręczny i data była. o!

TYKALSKA

A jestże tam aby data?

DAMAZY

Jest, a jakże. i podpis, panie mości dzieju, wyraźny. (czyta, z początku mrucząc, potem głośno) „Siostrze mojej żony, Dorocie z Rumiankiewiczów Tykalskiej, wdowie po śp. Tobiaszu Tykalskim, rubli srebrnych osiem tysięcy.”

TYKALSKA

(ocierając oczy)
Pamiętał i o Tobuniu!

DAMAZY

Jak to! Czy i jemu co zapisał?

TYKALSKA

Bodaj pana i z żartami. Mój Boże! Tobunio tam już pomiędzy aniołami. cóż tam już dla niego na tym świecie. chyba msza święta i przypominki w Zaduszki.

DAMAZY

(czyta)
„Chcąc jej zabezpieczyć korzystanie z zapisu, a zarazem ograniczyć w jej własnym interesie, rozporządzam, aby suma ta, osiem tysięcy rubli, pozostała na hipotece; obdarowana nie może jej podnosić, tylko ma się kontentować procentem pięć od sta aż do śmierci.” (mówi) I to mądrze, bo pani byś porozdawała. on panią, widzę, znał dobrze!

TYKALSKA

Ale przecie mnie wolno tym rozporządzić?

DAMAZY

Zaraz, zaraz. (czyta) A jakże! „Spadkobierca, którego taż Dorota testamentem naznaczy, będzie miał prawo podnieść w całkowitości tęż sumę”. Bardzo chwalę tę myśl nieboszczyka brata; nie jesteś pani przynajmniej na niczyjej łasce. (po chwili) Co? co? co? (czyta) „Jest to jedyny legat, jakim obciążam prawa mojego naturalnego spadkobiercy, którego proszę i obowiązuję, aby żonie mojej nie odmawiał opieki.” (gwałtownie) Ależ to, panie mości dzieju, wykrywa się nowe łajdactwo! Więc żadnego zapisu na przeżycie pomiędzy nimi nie było. w takim razie to wszystko moje! Moje! A!! Widzicie państwo! Oliwa wyszła na wierzch! Dlatego to oni tak mi mydlili oczy! Ha! Czekajcież!

TYKALSKA

Chryste Jezu! Com ja zrobiła, mój panie! Wolałabym się była wyrzec i tego zapisu.

DAMAZY

(mocno poruszony)
Głupiec! Wierzyłem ślepo, nie pytając się o nic, a oni korzystali z mojej dobroduszności. No ale czyż ja mogłem przewidywać, żeby tak bezczelnie przyznawali się. A to, panie mości dzieju, szachraje! Żydzi! Dla tego mizernego grosza!

TYKALSKA

Mój panie! Mój panie! Co to będzie? Kiedy tu w tym znalazło się coś przeciwko siostruni, co ja pocznę? Ja się w ziemię zakopię! Najlepiej oddaj pan to; nie chcę nic, nie chcę!

DAMAZY

O, za późno, panie mości dzieju. nauczę ja ich teraz po kościele gwizdać!

TYKALSKA

(płacząc)
Fe, wstydź się pan!

DAMAZY

Cha! cha! cha! Czego? A to dobre!

TYKALSKA

Wywołujesz klątwy na chciwych, a sameś nie lepszy.

DAMAZY

Cha! cha! cha! Ja chciwy!

TYKALSKA

(całuje go w ramię)
Mój panie!

DAMAZY

(chodząc)
Wola nieboszczyka. wola nieboszczyka. wyjeżdżali z nią, niechże się stanie jego wola!

SCENA VII[edytuj]

POPRZEDZAJĄCY; REJENT wprowadza pod rękę ŻEGOCINĘ, która ma minę na pół uroczystą, na pół bolejącą i rękę z chustką do nosa trzyma na czole; wszedłszy pada jakby bezsilna na kanapę; Tykalska się żegna i w kącie szepce modlitwy; Rejent staje obok Żegociny; w końcu SEWERYN.

DAMAZY

No, teraz będzie komedia, panie mości dzieju. (chodzi spoglądając na nich spod oka)

ŻEGOCINA

(po chwili, bolejąca, na stronie do Rejenta)
Któż ma zacząć?

REJENT

(cicho)
Możesz i pani. Nawet tak będzie najlepiej. (jakby zwracając uwagę Damazego) Hm. hm!

ŻEGOCINA

(jak wyżej, słabym głosem)
Rejent zakomunikował mi. pańskie pretensje.

DAMAZY

(przez zęby)
To nie są pretensje, panie mości dzieju. (Żegocina milczy okazując gestem, że nie daje jej mówić) No, słucham, słucham.

ŻEGOCINA

Cios był dobrze wymierzony. Ja, która całe życie moje dawałam dowody bezinteresowności, muszę dziś poniżyć się do targów, ubliżających nam w ostatnim stopniu. Sądziłam, że odgadując domyślną wolę nieboszczyka mojego męża i dając dowód pamięci o jego synowicy, będę zrozumianą. Niestety, stało się przeciwnie! Wytłomaczono to sobie jako słabość z mojej strony i chciano ją wyzyskać.

DAMAZY

(który dawał oznaki niecierpliwości)
To jest, że podług pani bratowej, panie mości dzieju, ja kładę rękę do cudzej kieszeni.

ŻEGOCINA

(z ironicznym uśmiechem)
Nie wiem, jak to nazwać. występujesz pan brat w obronie urojonych praw dziewczyny, która swoim postępowaniem.

DAMAZY

(popędliwie)
Jak to! Więc pani nie czujesz, że masz na sumieniu tę dziewczynę?

ŻEGOCINA

Ja! ją na sumieniu! (wznosi oczy w niebo i składa ręce)

REJENT

(cicho)
Nie drażnić go! (głośno) Wchodzicie państwo na niebezpieczną drogę. e. e. e. wzajemnych wymówek. Najświętsza rzecz puścić wszystko w niepamięć i zawrzeć zgodę. Co tam! (uderzając w dłonie z gestem pojednawczym) Pani zrób ofiarę, pan opuść cokolwiek ze swoich wymagań, podpiszemy skrypcik i będzie koniec! (do Damazego) Ileż pan ostatecznie żądasz dla tej panienki?

DAMAZY

(drwiąco)
Oho! To już poleciało z wiatrem, panie mości dzieju.

REJENT

Jak to: „poleciało z wiatrem”?

DAMAZY

Trzeba było decydować się prędzej. rozmyśliłem się inaczej.

ŻEGOCINA

(bolejącym głosem)
Mówiłam ci, rejencie, że to na próżno, pan brat znęca się tylko nade mną.

REJENT

(niespokojny)
Więc jakież jest pańskie ultimatum?

DAMAZY

(chodząc)
Nieboszczyk brat zostawił, panie mości dzieju, fortunę, której na jedną osobę cokolwiek za wiele. (gest Rejenta i Żegociny) Jest nas tu kilkoro, którzy byśmy także nie pogardzili jakąś cząstką.

ŻEGOCINA

Nie, to zanadto. rejencie, pójdźmy. widzisz, na co mnie narażasz przez swoje ustępstwa.

REJENT

(cicho)
Ale dajże pani pokój. trzeba zbadać, co to wszystko znaczy.

DAMAZY

Oprócz mnie i dziecka jest jeszcze Marynka, jest pani Tykalska, siostra pani bratowej.

ŻEGOCINA

Co? I Tykalska występuje z pretensjami! Koniec świata!

TYKALSKA

Ja? Siostruniu, ja nic nie chcę, jakem poczciwa. dajcież mi pokój! (na stronie) Okropny człowiek.

DAMAZY

Wreszcie, pomijając gagatka, o którym już sama pani sobie pamiętaj, jest jeszcze drugi rodzony pani siostrzeniec, Antoni.

ŻEGOCINA

(śmiejąc się spazmatycznie)
I to wszystko tak poobdzielać! Myśl cudowna. dzieło tak bujnej imaginacji, że nie spodziewałam się jej po panu bracie. Ale weźmy jedno małe, maleńkie przypuszczenie, to jest, że ja na to nie przystanę?

DAMAZY

Ze mną jak z dzieckiem, panie mości dzieju. ustąpię i przeproszę w dodatku. ale na to trzeba jednej małej, malutkiej rzeczy, to jest. pokażecie mi państwo testament!

REJENT

(na stronie)
Aha! Zmądrzał. no, bądźże zdrów!

ŻEGOCINA

(po chwili, wybuchając i wstając jak sprężyna podniesiona)
Tak, więc nareszcie spadła maska! Testament! A zatem gdyby go nie było, pan byłbyś gotów korzystać z przypadkowego zapomnienia się chorowitego starca, aby wydrzeć ostatni kawałek chleba biednej wdowie!

DAMAZY

(nie wierząc uszom)
Co?!

REJENT

(na stronie)
Na taki argument tylko kobieta się zdobędzie.

ŻEGOCINA

Więc niczym wszelkie względy! Niczym obawa sprawiedliwości niebios! O! Kto jest zdolny wyzyskiwać sytuację, w jakiej znalazł się przypadkiem, po takim człowieku wszystkiego spodziewać się można. (z płaczem) Oddaję wszystko Bogu! Pójdźmy, rejencie.

REJENT

(cicho)
Ale cóż będzie?

ŻEGOCINA

Zostawmy go jego sumieniu. (odchodzi ku drzwiom, wsparta na Rejencie, który się ociąga z wyjściem)

DAMAZY

(osłupiały)
A wiecie państwo, że to wątroba może się przewrócić do góry nogami, panie mości dzieju! (bijąc się w piersi) Więc ja ją wyzyskuję! Ja jestem wydziercą cudzej własności! A! Co tego, to zanadto! (biegnie za nimi) Za pozwoleniem pani! (porywa ją za rękę i prowadzi na przód sceny)

ŻEGOCINA

Cóż to? Gwałt!

DAMAZY

(trzęsąc się ze złości)
Gwałt! Jak mi Bóg miły, gwałt! A, moja pani! Czy myślisz, że ta pontyfikalna mina zaimponuje mi! Że się uderzę w piersi i przeproszę!

(Żegocina spazmuje)

REJENT

(na stronie)
No, to już przepadło! Zostaję wdowcem. trzeba się zwrócić w inną stronę. z wiatrem.

ŻEGOCINA

Boże, Boże! Znęcać się nad bezbronną i słabą kobietą!

SEWERYN

(zaglądając ostrożnie środkowymi drzwiami)
Co się tu dzieje?

DAMAZY

Ja się znęcam! Ależ na rany Chrystusa, czy nie jestem w swoim prawie? Czyż nie szedłem prostą drogą, wówczas gdy pani wraz z swoim doradcą.

ŻEGOCINA

Rejencie! Gdzież on jest? (Rejent unika jej; spostrzegłszy Seweryna wyciąga doń ręce, z płaczem) Sewerynku!

(Seweryn idzie do niej)

DAMAZY

Wiedząc, jak rzeczy stoją, kopaliście pode mną dołki i chcieliście mnie podstępnie oszukać!

ŻEGOCINA

Obelgi! (płacze rzewnie; do Seweryna) Moje dziecko, słyszysz?

SEWERYN

Wyjdźmy.

DAMAZY

(w pasji)
Jakie obelgi! A, to wściekłość bierze. (po chwili) Należy się pani dożywocie na czwartej części, a mnie cały spadek; taka była wola nieboszczyka i byłoby głupotą zrzekać się tego. mam dziecko.

REJENT

(stojący obok Damazego, półgłosem)
No jużcić, co prawda, to prawda!

ŻEGOCINA

Weź pan sobie! Weź! Nasyć się!

DAMAZY

Naturalnie, że wezmę! Wezmę! Jak mię żywym widzicie. (po chwili, miękcej) A zresztą, pal diabli, zamiast dożywocia odstępuję pani tę czwartą część na własność. niech was!

ŻEGOCINA

Nie chcę nic! Zabierz sobie wszystko! Ostatnią koszulę ze mnie ściągnij! Weź mi i życie, bo cóż mi po nim!

DAMAZY

No widzicie państwo! Zrobi mnie jeszcze rozbójnikiem! (chodzi)

ŻEGOCINA

(zanosząc się od płaczu)
O Boże, Boże, Boże! (wychodzi w szlochach, wsparta na Sewerynie)

SCENA VIII[edytuj]

PAN DAMAZY, REJENT, TYKALSKA; HELENA i MAŃKA, które weszły przed chwilą z prawej strony i, zalęknione, pozostały w głębi; z nimi wszedł ANTONI, potem SEWERYN.

TYKALSKA

(szlochając)
O Boże, Boże, Boże!

DAMAZY

A to co? Czegoż ta beczy, niech mi kto powie! To tak z babami. (chodzi)

REJENT

(z wyciągniętą ręką chodząc za Damazym, który nie słucha i nie uważa nań)
Spodziewam się, że szanowny pan nie masz do mnie żadnej. e. e. e. pretensji. Jako pełnomocnik jego bratowej walczyłem do ostatniego tchu. pokonany, kapituluję z honorami wojskowymi. (na stronie) Nie ma co, trzeba robić interesa Geniowi. to będzie najmądrzej. (po chwili, głośno) Teraz gdyby moja znajomość rzeczy. e. e. e. mogła się przydać.

TYKALSKA

(jak wyżej)
To ja wszystkiemu winnam!

DAMAZY

(ironicznie)
A naturalnie! paniś winna, to rzecz jasna! A może i ja także?

TYKALSKA

A nie inaczej! (objaśnia na stronie Antoniemu, o co chodzi)

DAMAZY

Jak Pana Boga kocham, to pękać ze śmiechu!

TYKALSKA

(jak wyżej)
Pękaj pan sobie! Pękaj! A nas nie prześladuj!

REJENT

Któż tu prześladuje? (ile razy Rejent się odzywa, nikt nań nie zważa)

HELENA

(na pół z płaczem)
Tatuńciu, dajmy pokój wszystkiemu, jedźmy stąd. Maniu, proś i ty!

MAŃKA

Jedźmy już, wujaszku!

HELENA

Panie Antoni. (daje mu znaki) No!

DAMAZY

(wściekły)
A. a. a! (powściągając się) Albo ja mam bzika, albo oni wszyscy. Czy ja co złego robię? Zorientujmy się. W głowie mi się mięsza. Słuchaj, Antoni, boś ty przecie nie baba, masz loikę, a przy tym chodzi tu o twoją ciotkę. Czy ja co złego zrobiłem? Powiedz!

ANTONI

O ile zrozumiałem, to tylko, do czego pan miałeś prawo.

REJENT

A naturalnie.

DAMAZY

Co tam prawo, prawo. ale czy mam słuszność?

ANTONI

Granica pomiędzy tym, co prawne, a słuszne, jest tak subtelna.

REJENT

Za pozwoleniem, nie ma żadnej. to przesąd.

DAMAZY

(odpowiadając Antoniemu)
Co? Ależ postaw się na moim miejscu. Gdybyś ty był w tym położeniu, cóż byś zrobił?

ANTONI

Alboż ja wiem? Delikatna materia.

DAMAZY

Jak to! Nie wiesz?

REJENT

Bez znajomości prawa nikt nie wie.

ANTONI

Zresztą, jako przyszły zięć pański, byłbym stronnym doradcą. mimo woli interes materialny mógłby mieć jakiś wpływ na moje zdanie.

DAMAZY

Jak to? Więc jeżeli kto, na przykład, wyciąga komu z kieszeni chustkę, to nic mu o to nie mówić, jeszcze mu się może nadstawić?

TYKALSKA

(zapłakana)
Także porównanie! (odchodząc) Ona to przychoruje. (wychodzi na lewo)

HELENA

Ale, tatuńciu, to wcale co innego.

DAMAZY

Et! Głupiaś, siedź cicho. nie do ciebie mówię. (do Antoniego) No, gadajże. cóż takiemu rzezimieszkowi zrobić?

ANTONI

Rozumie się, że ukarać. (gest potakujący Rejenta)

DAMAZY

Jakaż więc jest różnica pomiędzy małą a wielką kradzieżą? Dlaczego gdy chodzi, panie mości dzieju, o krocie i miliony, najbezecniejsze podstępy nazywają się zręcznością? dyplomacją? dlaczego? powiedz!

ANTONI

Odpowiedzi mojej pan się domyślasz. ale w tej chwili nie o to idzie.

DAMAZY

A o cóż?

ANTONI

O to, jak pan masz postąpić. Pytanie to zadajesz pan sam sobie, a nie mogąc go na razie rozwiązać, udajesz się do mnie. Ale pan masz lepszego doradcę, który ci wystarczy.

REJENT

(stosując to do siebie)
Bez przechwałek.

DAMAZY

Kogoż to?

ANTONI

Własne serce!

DAMAZY

Serce! Cha! cha! cha! Serce zawsze wystrychnie rozum na dudka, panie mości dzieju. nie rządzę się nigdy sercem.

ANTONI

(całując go w ramię)
Pan mówisz tak jak każdy mąż zawojowany, który wiecznie buntuje się przeciw władzy żony, a przecież robi to, co ona chce.

DAMAZY

Idźże do diabła z przypowieściami. (na stronie, chodząc) Hm. hm! Skończy się na tym, że mnie okrzyczą za chciwca, człowieka bez serca, prześladowcę wdowy! Baby będą kląć! Jeszcze by na marne poszło. nie chcę! nie chcę nic sam dla siebie! (po chwili, głośno) Słuchaj mnie, Antoni. nie mogę zapomnieć o tym, że twoja ciotka żyła kilkanaście lat, panie mości dzieju, z moim bratem, że przywykła do wygód; pozbawiać jej wszystkiego nie chcę. oddaję jej połowę, idźże jej to powiedz.

REJENT

(na stronie)
Połowa! To jeszcze dobry interes. (idzie na lewo; do Seweryna, z którym spotyka się we drzwiach) Ciotka jest tam?

SEWERYN

Jest. (Rejent wychodzi)

DAMAZY

Niechże z tego spłaca siostrę, niech pamięta o swoim Sewerynku, zresztą jak sobie chce. dosyć, że ma połowę. Drugą odstępuję tobie. jej rodzonemu siostrzeńcowi. nie będą gadać.

ANTONI

(zdziwiony)
Mnie?

DAMAZY

Sam do ręki nie wezmę, zrzekam się. i tak Heli się dostanie, skoro się z nią żenisz. tylko z tego wyposażcie Marynkę.

SEWERYN

(na stronie)
A! więc wyposażają. rzeczywiście to jest jedyny dla mnie środek ratunku.

ANTONI

To najchętniej, ale.

DAMAZY

Żadnego „ale” idź zaraz do ciotki i powiedz jej to.

ANTONI

Ale mnie nie wypada. niech pan zechce zauważyć, że gdy tu idzie o mnie.

DAMAZY

Nic mi nie gadaj. Chcesz, idź, chcesz, nie idź, ale jak nie pójdziesz, nie dostaniesz Heli, i kwita!

HELENA

(popychając go)
Idźżeż pan! Prędzej!

ANTONI

Więc to warunek konieczny?

DAMAZY

Jeszcze tu jesteś? (Antoni wychodzi na lewo)

SCENA IX[edytuj]

DAMAZY chodzi, SEWERYN, HELENA, MAŃKA.

SEWERYN

(na stronie)
Ciotka głupstw narobiła i mnie każe naprawiać. ciekaw jestem, jak się tu wziąść teraz. (zostaje na boku; po chwili) Wprawdzie innego wyjścia nie ma.

HELENA

(do Mańki, wskazując oczyma Seweryna)
Patrz no! Patrz, jak on szuka twojego spojrzenia. to jest znaczące.

MAŃKA

Byłby to zbytek naiwności, jeżeli nie bezczelność.

HELENA

Magnetyzuje cię wyraźnie. (żartobliwie) Czekaj, ustąpię wam, może się pogodzicie.

MAŃKA

Wiecznie żartujesz. (Helena odchodzi na bok do lustra)

SEWERYN

(na stronie)
Ułatwiają mi, to dobrze. (przybliżywszy się do Mańki, cicho) Mańka, szukałem na próżno sposobnej chwili, żeby się z tobą rozmówić.

MAŃKA

(ironicznie)
Czyż przystęp do mnie tak trudny?

SEWERYN

Nie chcesz mnie rozumieć. (po chwili) Wiem, że mogłaś mieć urazę. i słuszną. (chce wziąść jej rękę)

MAŃKA

(nie dając ręki, wyniośle)
Nigdy większej jak w tej chwili.

SEWERYN

Jak to?

MAŃKA

Jeżeli pan sam tego nie pojmujesz, próżno by było tłumaczyć. (przyzywa spojrzeniem Helenę)

SEWERYN

Ależ nie uwzględniasz położenia, w jakim się znajdowałem. wyjaśnię ci wszystko. tylko udziel mi chwilkę rozmowy sam na sam.

MAŃKA

(roześmiawszy się ubliżająco, do Heleny)
Proszę cię, Helenko!

SEWERYN

(ciszej, zaciskając zęby)
Jak to, czy nic więcej mi nie powiesz?

MAŃKA

(szyderczo, biorąc pod rękę Helenę)
Przez pamięć na dawne złudzenia oszczędzę panu tej przyjemności.

(idą ku drzwiom na prawo)

HELENA

(cicho)
Dałaś mu odprawę?

MAŃKA

Pójdźmy, pójdźmy.

HELENA

Ślicznie zrobiłaś. (odchodząc Helena rzuca na niego spojrzenie, sznurując usta, jakby mówiła: „Dobrze ci tak!”; wychodzą na prawo)

SEWERYN

(na stronie)
Więc wszystko przepadło! Trzeba znosić dalej to jarzmo! Czy ja się nigdy nie wyzwolę? (po chwili, po wejściu osób następującej sceny wychodzi w poruszeniu środkowymi drzwiami)

SCENA X[edytuj]

PAN DAMAZY, ŻEGOCINA, REJENT, za nimi po chwili ANTONI.

ŻEGOCINA

(wpada zasłaniając uszy rękami; za nią Rejent)
Nie chcę, nie chcę, nic nie chcę! Daj mi pan święty pokój! (biorąc obie ręce Damazego, który chodził przez całą poprzedzającą scenę) Braciszku, jesteś człowiek, jakich mało. pół świętego. teraz wiem, a że z początku nie poznałam się na tobie, moja wina. Ale nie chcę (cicho) i ty nie chciej, aż on sobie pojedzie.

DAMAZY

(na stronie)
Sfiksowała czy co? (głośno) Czego mam nie chcieć? Nic nie rozumiem.

REJENT

(zaperzony)
Za pozwoleniem. e. e. e. ja układać się będę za panią. mam do tego prawo.

ŻEGOCINA

Jakie prawo? Jakie prawo?

REJENT

Pani postępujesz ze mną nielojalnie.

ŻEGOCINA

Zbyt cenię własną niezależność. (na stronie) Ten człowiek mnie przeraża.

REJENT

Więc w cóż się obróciła nasza umowa?

ŻEGOCINA

(zatykając uszy)
Jaka umowa? Nie chcę!

REJENT

Umowa dobrowolna, której pani nie zaprzeczysz.

ŻEGOCINA

Wyłudziłeś ją pan w chwili rozdrażnienia. nie zastanowiłam się. (na stronie) Pięknie byłabym się wykierowała!

REJENT

Byłaś pani pełnoletnią. i zdrową na umyśle.

ŻEGOCINA

(nagle stając przed nim i rozkładając ręce)
No zresztą, ja nie mam nic. i cóż mi pan zrobisz?

REJENT

(gorączkowo)
To się pokaże. nie wolno się pani zrzekać.

DAMAZY

Ale za pozwoleniem, panie mości dzieju. o cóż chodzi? Bo może pani nie zrozumiałaś. Posłałem Antoniego. Cóż on pani powiedział?

ŻEGOCINA

Nic.

DAMAZY

(do Antoniego)
Jak to nic?

ANTONI

A nic!

DAMAZY

Nic!

ANTONI

Pańskiego postanowienia na moją korzyść nie mogłem uważać za nieodwołalne. zbyt pan byłeś rozdrażnionym, a co większa, to byłoby niesprawiedliwością; więc powiedziałem ciotce, że co do podziału majątku wspólnie się państwo porozumiecie.

DAMAZY

(kręcąc palcem)
Co wiedział, to powiedział!

ŻEGOCINA

Tak jest. więcej ani słówka. tylko rejent przed nim przyszedł z wiadomością, że brat odstępujesz mi połowę.

DAMAZY

O! Za pozwoleniem, panie mości dzieju, to było warunkowo. jest legat.

REJENT

Legat? Jaki legat?

ŻEGOCINA

(cicho do Damazego)
Wybornie! (do Rejenta) A widzisz pan! Nie ma nawet połowy.

DAMAZY

Zapis dla pani Tykalskiej.

ŻEGOCINA

Tak, dla mojej siostry. (na stronie) Jaki on dowcipny! (bierze Damazego na bok i rozmawia z nim na stronie)

ANTONI

(szukając kapelusza, do siebie)
A zresztą, róbcie sobie, co chcecie, układajcie się, jak wam serce dyktuje, a mnie dajcie pokój. Ja wiem, że mam moją Helenkę, i o więcej nie dbam! (znalazłszy kapelusz wychodzi na prawo, przesławszy im gest żartobliwy)

ŻEGOCINA

(do pana Damazego, cicho)
Mój braciszku, zlituj się, broń mnie przed tym człowiekiem. już wolę ci wszystko powiedzieć. wystaw sobie, on ma pretensję. (mówi mu do ucha; Damazy parska śmiechem) Tak mi się jakoś wymówiło i on z tego skorzystał, ale ja nie chcę!

DAMAZY

(spoglądając na Rejenta, który chodzi z kwaśną miną)
Spodziewam się. a to psu na budę by się nie zdało.

ŻEGOCINA

(na stronie)
Dostałabym się pod kuratelę, w jakiej, jak żyję, nie byłam. (do Damazego cicho) Ja bratu wierzę, wiem że mi krzywdy nie zrobisz. twój postępek otworzył mi oczy. więc dziel, jak ci sumienie każe.

DAMAZY

(na stronie)
To mnie zajechała mądrze, panie mości dzieju.

ŻEGOCINA

Tylko nie mówmy już wcale o interesach, dopóki on tu będzie. dobrze?

DAMAZY

(całując jej rękę)
Ale owszem, z największą chęcią. (składając ręce, prostodusznie) Widzisz pani. trzebaż to było tyle harmidru o ten głupi pieniądz! Mój Boże kochany! Czy może być większa przyjemność jak zgoda. a jeszcze w rodzinie! Przecież to na dukacie napisane, panie mości dzieju. (z palcem do góry) C o n c o r d i a czy jak tam! (Żegocina mówi do niego cicho) Dobrze! Zgoda! Jak sobie tylko pani życzysz. (głośno do Rejenta) Oboje zamawiamy sobie pomoc acana dobrodzieja, gdy przyjdzie do regulowania działów. ale za to teraz, panie mości dzieju.

REJENT

(kończąc, z ironią)
Teraz. uważam, żem tu zbyteczny.

DAMAZY

To nie. broń Boże! A gościnność? (jowialnie) Ale widzi pan. te pańskie konferencje tak zmęczyły panią bratowę, że chciałaby sobie troszeczkę odpocząć, mieć wolną głowę od tych interesów.

REJENT

(z urazą)
O! I owszem, i owszem. (na stronie) Przynajmniej, że Genio zrobi niezły interes, jeżeli się ożeni z tą dziewczyną. (głośno) Nie narzucam się bynajmniej. e. e. e. Ale kiedy tak, (biorąc Damazego na bok) miałbym jeszcze jedno słówko do powiedzenia.

DAMAZY

Cóż takiego?

REJENT

Przemawiam już nie jako rejent, ale jako człowiek. (tonem pełnym namaszczenia) Pamiętajcie o sierocie!

DAMAZY

No albo co?

REJENT

Wszystkie prawodawstwa opiekują się sierotami. Gdy przyjdzie do działów, nie skrzywdźcie jej!

DAMAZY

(zdziwiony)
Jakiż to duch przez pana przemawia?

REJENT

Głos. stąd! (uderza się w piersi)

DAMAZY

A, to powinszować! (podaje mu rękę)

Z a s ł o n a   s p a d a