Pamiętnik Wacławy/W trzy lata później/XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „W trzy lata później”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako ePub Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako PDF Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako MOBI
Indeks stron
XXIV.

Lato zbliżało się ku końcowi. Nie było już w W. Zeni, nie było i moich ukochanych uczennic. Dwa miesiące czasu zostawało mi do objęcia nowych zajęć, miesiące, w których nie miałam miéć żadnych obowiązkowych zatrudnień.
Każdy, kto przez czas długi oddawał się pilnym, systematycznym zajęciom i wytwarzał niemi sobie warunki bytu fizycznego i moralnego, pojmuje, jak silne wstrząśnienie sprowadza nagłe urwanie się téj jednostajnéj codziennéj przędzy życia. Budząc się z rana, człowiek ze zdumieniem pogląda na godziny dnia, nie wiedząc sam, coby z niemi począć, a potém, gdy słońce wzniesie się ku południowemu punktowi horyzontu i zwolna spływać zacznie po pochyłości, do zachodu wiodącéj, tęskni nieledwie za tym ciężarem, który przez tyle dni, miesięcy, lat dźwigał na barkach swoich, przeciwko któremu buntował się może nieraz, w złych chwilach zmęczenia i tęsknoty za czém inném, ale z którym nakoniec zrósł się aż do ukochania go, aż do tak ścisłego z nim zjednoczenia się, że, pozbawiony swego surowego i dokuczliwego towarzysza, sam już nie wié, kędy ma stąpić i w którą stronę zwrócić wątek myśli, nawykłéj jednostajnym postępować torem.
Wtedy, chcąc nie chcąc, człowiek zwraca się do samego siebie i z samym sobą przebywać zaczyna. Ponieważ głos zegara, wybijającego z kolei różne dnia godziny, nie wzywa go tam, gdzie nawykł był chodzić, zostaje z samym sobą, w towarzystwie własnego serca, własnych myśli, które z razu nie śmiało wydobywają się na swobodę, aż stopniowo rozwiną skrzydła i szparkim lotem puszczą się tam, kędy, zdawało się, że nigdy już wznieść się nie miały.
I człowiek ogląda się na tę długą galeryą jednostajnych obrazów, jaką przebył, a przed nim zjawia się szereg obrazów innych, coraz świetlejszemi malowanych kolorami, na które nie chciał patrzéć, gdy sam był w téj długiéj, jednostajnéj galeryi, ale które mu przecie dobrze znajome, bo tęsknił za niemi w cichości serca, bo je przeczuwał, bo śnił o nich w tych nocnych godzinach, gdy obowiązek, ukryty w pomrokach nocy, czuwał przy nim, aby z rana obudzić go i senne jego oczy otworzyć znowu do rzeczywistości nieubłaganéj.
Ale za temi światłemi obrazami, w które z rozkoszą wpatruje się myśl, oswobodzona z pęt długoletnich, widnieje znowu taka sama, jak ta, którą przebył, galerya długa i jednostajna. Wrota jéj otwarte; jeszcze chwila, a światłe obrazy usuną się znowu w snów dziedzinę i obowiązek ujmie za rękę człowieka, aby wprowadzać go tam, kędy on stąpać powinien, odwracając głowę powoli, z trudem, z zapomnieniem o sobie, daléj i ciągle daléj, aż do téj chwili, w któréj kończy się szereg wszelkich obrazów tego życia...
Przez lat kilka pracując ciężko i nieustannie, poczuwałam rodzaj przykrego niemal zdziwienia na widok dni, z któremi mogłam czynić, co mi się podobało. Nie czułam jednak pustki w życiu, bo mi ją zapełniały te światłe obrazy, które wnet obstąpiły mnie rojem, barwy swe rozpościerając i na błękitném pogodą letnią niebie, i na białych ścianach mego pokoju, i w głębokich nurtach wartkiéj rzeki, i na szczytach gór złocisto pomalowanych słońcem, i w przezroczystéj atmosferze, przerzniętéj smugami oślepiającego światła, i na żaglach obłoków białych, rozpostartych w górze, i w snopach księżycowych promieni, drgających po uroczém kwieciu ogródka, i w migotaniu gwiazd złotych, zaglądających mi w oczy, gdym usypiała.
Gdy, zajęta dobrem i szczęściem ukochanych moich, obarczona pracą, któréj zdjąć z siebie nie miałam prawa ani na chwilę, zatapiałam się cała w rozważaniu treści ksiąg, stosami wkoło mnie leżących, i umysłów młodych, co obok mnie wzrastały, byłam pewna, że nigdy już nie będę się zatrzymywała nad brzegiem rzeki szumiącéj, aby długo, długo patrzéć na jéj fale, w niezmordowanym płynące biegu, i zapytywać je, co widzą w swéj podróży, co posiadają na dnie, co unoszą ze sobą, co mówią łagodnym szeptem swym wtedy, gdy wszystko koło nich senne i marzące, i tylko gwiazdy niebieskie czuwają i przeglądają się w nich, jak dziewice w zwierciedle. A jednak teraz stawałam nad brzegiem rzeki i patrzyłam, i pytałam. Byłam pewna, że o późnéj godzinie wieczoru nigdy nie usiądę na progu domu, aby wznieść oczy pod głębokie sklepienie firmamentu i przypatrywać się, jak na bladym księżycu prządki zefiry snują pajęczyny srebrnych chmurek, jak się te pajęczyny rwą i rozpryskują, w różne układając kształty, to aniołów o szatach srebrem przetykanych, to gołębic śnieżnych, to rycerzy w przyłbicach ze złota i stali, to dziewic rozpłakanych z załamanemi rękoma i rozpuszczonym srebrzystym warkoczem, długim, tak długim, że aż nim sobie przysłaniały oblicze dwie gwiazdy sąsiednie.
A jednak siadywałam teraz na progu domu, patrząc na fantastyczne przędze obłoków i zefirów.
Byłam pewna, że nigdy już tęskném okiem ścigać nie będę gromady ptaków, szybujących w przestrzeni, i rozmarzoną myślą nigdy ich nie poproszę, aby mi pożyczały skrzydeł swoich, albo wzięły mnie pomiędzy siebie i zaniosły gdzieś daleko w nieznaną krainę, o któréj marzyłam niegdyś, młodziuchném będąc dziewczęciem, o któréj marzyć zabroniłam sobie, stawszy się kobietą, lecz od któréj woń zalatywała do mnie niekiedy, jak gość natrętny, a zarazem czarowny.
A jednak patrzyłam teraz na ptaki wędrowne i zazdrościłam im szerokiego polotu ich skrzydeł.
Byłam pewna, że nigdy już nie zejdę do ogródka, aby tam narwać pęk kwiatów różowych i białych, i nie pójdę do zwierciadła, aby ustroić się w te kwiaty i uśmiechnąć się na widok, że jestem piękna w tym stroju, i westchnąć potém, sama nie wiedząc dobrze czemu, i zamyślić się i uśmiechnąć się raz jeszcze, i westchnąć znowu, i ręką ciężką powyjmować kwiaty z warkoczów, a potém patrzéć na nie, jak więdną smutnie, i w głębi, w dalekiéj głębi serca myśléć: i ja uwiędnę tak samo!
A jednak teraz rwałam kwiaty, stroiłam się w nie i wyjmowałam je z warkoczy, i łza mimowolna staczała się na uśmiechnięte moje usta.
Byłam pewna, że gdy wyobraźnia na swém kapryśném skrzydle przyniesie mi obraz babki Ludgardy, ze zwiędłą twarzą, pooraném czołem, zagasłym wzrokiem i ustami, szepcącemi wyrazy nieprzepłakanéj nigdy tęsknoty, na obraz ten potrafię zawsze śmiało spojrzéć, jak na zapowiedź własnéj mojéj przyszłości, i bez drgnienia powieki patrzéć nań i wyrzec z uśmiechem: i ze mną będzie tak samo!
A jednak teraz, gdy, patrząc w zwierciadło, zamiast własnéj postaci i twarzy, widziałam tę postać, to lice, osmucone więcéj życiem chybioném, niż nadchodzącą mogiłą, zakrywałam oczy dłońmi i nie śmiałam powiedziéć sobie: i ze mną będzie tak samo!
Aż nadszedł pewien wieczór ciepły, wonny, wieczór, podobny do wszystkich innych letnich wieczorów. Jakże daleko byłam od myśli, że zaznaczy się on w mojém życiu nigdy niezatartém wspomnieniem i rozpocznie dla mnie cały szereg dni, miesięcy i lat takich, o jakich marzyłam i marzyć wzbraniałam sobie.
W domu cicho było. Matka moja i Binia wyszły na przechadzkę, czy gdzieś w sąsiedztwo, nie pomnę, ja siedziałam z Emilką w altance, urządzonéj tuż pod ścianą domu, i przez liście dzikiego winogradu zamyślonym wzrokiem patrzyłam na gniazdko drobnego ptaszęcia, usłane w rozłożystym krzaku bzu, tuż prawie nad mojém ramieniem. Emilka milczała także, błękitne oczy jéj lśniły śród zmroku łagodnym ogniem, jaki w nich zawsze płonął, i przechodziły od kwiatów, rosnących u jéj stóp, do nieba, przeglądającego przez ażurową zasłonę liści, posłuszne zapewne jéj myślom, które coraz więcéj odrywały się od ziemi i wszystkich jéj ozdób i obietnic.
Nagle, tuż przy nas, i nieco tylko nad naszemi głowami, otworzyło się okno i wyjrzały przez nie dwie twarze, promieniejące śród zmroku blaskiem rozlanego na nich szczęścia. Była to Madzia i Franuś, zaręczeni z sobą oddawna i pobłogosławieni listownie przez ojca Madzi, a czekający tylko jego powrotu, aby podać sobie ręce u ślubnego ołtarza.
Młoda dziewica białą ręką uchyliła wpół przysłaniającą ją firankę i, pełną piersią zaczerpnąwszy wonnego powietrza, wymówiła półgłosem:
— Jaki cudowny wieczór!
— Cudowny! — powtórzył Franuś głosem, w którym drżały wszystkie zachwyty serca, przepełnionego miłością i nadzieją, i widziałam, jak, ująwszy rękę narzeczonéj, poniósł ją do ust. Na czarne warkocze dziewczyny upadło parę promieni wypływającego z za chmur księżyca, i oświetliło śliczny rumieniec wstydu i szczęścia, jaki okrasił jéj białe lica.
— Czyś ty szczęśliwa, Matyldo? — wymówił znowu ten sam głos, czuły i miękki, a na dnie drżący energią i siłą męzkiéj piersi.
Nastąpiła chwila milczenia, w któréj czarne oczy dziewicy podniosły się w górę i zapałały całe połączonemi płomieńmi wdzięczności dla nieba i miłości ziemskiéj. Otworzyła koralowe usta i szepnęła:
— O, jam szczęśliwa!
Ręce ich były splecione i głowy przybliżone do siebie. Rozmawiali cicho, ale nie tak cicho, aby słowa ich nie przypływały do moich uszu, niesione łagodném skrzydłem wietrzyka, szeleszcącego pomiędzy liśćmi bzu i winogradu.
Mówili o szczęściu swém przyszłém, o cichym domku, w którym zamieszkają razem, o ojcu, który wróci i zamieszka z nimi, o biednéj siostrze, którą przytulą do siebie, aby na ich kochającéj piersi odetchnęła po burzach i cierpieniach swego życia, o pracy wspólnéj, jaką prowadzić będą na łonie miłości i domowego spokoju, o tém niebie, jakie na nich tak łaskawém było, o téj ziemi, na któréj im żyć tak dobrze, o wszystkiém nakoniec, co miało się złożyć na tkaninę tego ich życia, do któréj przędza snuła się z serc ich rozkochanych, jak z brylantami sadzonego wrzeciona wieszczki.
Spojrzałam na Emilkę. Nie zmieniła postawy, tylko twarz oparła na dłoni i wodziła ciągle wzrokiem po wysoko zawieszonych liściach i przez nie przeglądającém niebie, a ani razu nie spuściła go już ku ziemi i nie spojrzała na kwiaty, u stóp jéj rosnące. Daremnie patrzyłam na tę twarz łagodną i spokojną; nie widziałam w niéj cierpienia. Cicha pogoda leżała na jéj bladém czole, miłym blaskiem świeciła w oczach, a tylko w uśmiechu, który okrążał usta, było niby wspomnienie żalów, już przebytych i przepłakanych.
Położyłam rękę na jéj ramieniu. — Emilko! — rzekłam stłumionym głosem — i ty nie cierpisz?...
Zwróciła na mnie wzrok zamyślony, potrząsnęła głową i odrzekła:
— Nie!
— Jakto? — spytałam jeszcze — wszakże go kochałaś?
— Tak — odpowiedziała szeptem łagodnym — ale już dawno wyrzekłam się myśli o téj miłości i pragnę teraz tylko tego, aby oni byli szczęśliwi!
Rzekłszy to, znowu wzrok podniosła w górę, a wyraz niewypowiedzianéj dobroci, poddania się, mężnego pogodzenia się ze swym losem, niezmąconego spokoju duszy czystéj, oblał jéj twarz świętym niemal blaskiem.
W téj chwili, nad głowami naszemi ozwał się znowu głos męzki, przepełniony tkliwością i energią uczucia:
— Czyś ty szczęśliwa, Matyldo?
— O, jam szczęśliwa! — odpowiedziały mu różane usta pięknéj narzeczonéj. Pochyliłam głowę na dłonie i poczułam w sobie wstyd wielki. Ja nie mogłam jeszcze wyrzec się, jak Emilka; moje serce drżało całe na widok tego szczęścia, które szeptało nad moją głową dwojgiem ust rozkochanych...
Nie mogłam jeszcze, tak jak Emilka, oderwać oczu na zawsze od ziemi i z poddaniem się utkwić ich w niebiosach... Marzenie mojéj młodości podniosło się we mnie, jak fala wód, poruszona gorącym wiatrem, i napełniło moję pierś cichym płaczem....
Zakryłam twarz dłońmi i czułam, jak łzy rzęsiste przeciskały się przez moje palce... Chwilami zdawało mi się, że z za łez obsłony widnieje przede mną czarna szata babki Ludgardy i zakrywa sobą dwie gwiazdy, co naprzeciw mnie świeciły, a głos jéj, stłumiony całém życiem tęsknoty, smutne słowa jéj, wymawiane nad brzegiem mogiły, splatały się w mém uchu z szeptem narzeczonych, niby szary obraz mojéj przyszłości, połączony ze światłym obrazem ich doli...
Płakałam i zaledwie czułam, jak miękkie ramię przyjaciółki otoczyło moję szyję, i twarz jéj przytuliła się do mojéj twarzy... Wstydziłam się saméj siebie i płakałam...
Nagle skrzypnęły wrota ogródka, męzkie stąpanie ozwało się na żwirowanéj ścieżce.
— Ktoś nadchodzi! — szepnęła Emilka.
Przestraszona myślą, iż ktokolwiek obcy łzy moje zobaczy, odjęłam ręce od oczu i poskoczyłam z miejsca, ale zaledwie stanęłam u wyjścia z altany, tam, kędy gałęzie winogradu, osrebrzone światłem księżyca, w malowniczych splotach opadły mi na suknią i głowę, stanęłam jak wryta, i okrzyk mimowolny, okrzyk, w którego dźwięku mieścić się musiało mnóztwo różnych uczuć, wydarł się z mojéj piersi. Przede mną stał człowiek snów, marzeń i przeczuć moich... Usłyszawszy krzyk, jaki wydałam, stał przez chwilę z lekkiém zdumieniem na twarzy, potém głębokie, jak morze, spojrzenie jego błysnęło radością niezmierną, wziął moję rękę i podniósł ją do ust....
Mam-że opowiadać treść dni i wieczorów, jakie nastąpiły potém? Była to jedna smuga czystego światła, która na dwoje przerznęła moje życie, a na drugą jego połowę rzuciła łunę nieskończonego szczęścia.
Zdawało nam się, że znajomość nasza była bardzo dawna, i nie mogliśmy nawet przypomniéć sobie czasu, w którym byliśmy sobie nieznani; każde z nas sprawdzało dla drugiego najtajniejsze przeczucia serca i najgorętsze marzenia umysłu. Nie pojmowaliśmy, jak można było tak długo obywać się bez siebie, a jednak z radością i dumą oglądaliśmy się na przeszłość, którą każde z nas przebyło z osobna, bo dawała nam ona rękojmią, żeśmy wzajemnie zasłużyli na siebie. A jednak żadne z nas nie wyraziło tego wszystkiego w słowach, ale twarze nasze wzruszone były otwartemi księgami, w których oboje czytaliśmy wyraźnie i z zachwyceniem.
Wszystko, co żyło na niebie i na ziemi, służyło nam za symbole i litery do wyrażania uczuć naszych: każde słowo, jakie wychodziło z ust moich, lub jego, zawiązywało między nami coraz nowy węzeł; każda minuta, spędzona razem, wzmacniała w nas przekonanie, że jednostajnie czujemy i myślimy, i dawała nam przedświt i przeczucie, że jedną drogą odtąd podąży wspólne istnienie nasze ku wspólnemu końcowi...
Znowu zaprzestałam siadywać wieczorami na progu domu i przypatrywać się, jak zefiry przędą z białych obłoków różne napowietrzne kształty, ale to dlatego, że siadywałam z nim u otwartego okna, i przypatrywałam się z rozkoszą, w jak piękne zarysy silny duch człowieczy urabia szlachetne człowieka oblicze.
I zaprzestałam także wędrownym ptakom zazdrościć ich skrzydeł szybkonośnych, bo zdawało mi się, że mnie saméj urosły skrzydła u ramion, i że potrzebuję tylko zapragnąć, aby pożeglować na nich w zaczarowaną szczęścia krainę.
Każdego ranka zstępowałam do ogródka i z pękiem narwanych kwiatów stawałam przed źwierciadłem, aby sobie niemi ustroić warkocze. Ale już ich potém nie zdejmowałam ciężką ręką, bo wnet szłam ku oknu i patrzyłam na drogę, kędy codziennie przybywało do mnie szczęście moje. A kiedy wyobraźnia na swém kapryśném skrzydle przynosiła mi obraz babki Ludgardy, patrzyłam na zwiędłe jéj lice, poorane czoło i usta wybladłe od tęsknoty, lecz, nie mówiąc już sobie z drżeniem: „i ze mną będzie tak samo!” — podnosiłam oczy ku górze i błagałam téj siły najwyższéj, która kieruje wichrami niebios i losami ludzkiemi, aby siostrom moim, wszystkim biednym, zmęczonym, samotnym, tęskniącym, wszystkim siostrom moim, co tak, jak ja, długo w gorących sercach nosiły iskry marzenia i kładły na nie przytłumiającą dłoń obowiązku i pracy — podarowała dolę promienną, mojéj podobną.
Nie pamiętam, ile dni, tygodni, trwało to milczące rozkwitanie uczuć naszych, ale pamiętam dobrze pewien wieczór cichy, pogodny, z purpurowym pasem na zachodzie, ze złocistemi szczytami gór, podnoszącemi się po-nad dachy domów skromnych, z odległym szmerem rzeki błękitnéj i sklepieniem niebios tak czystém, jakby przesunęły się po niém wszystkie skrzydła aniołów, aby najmniejszéj chmurki, ni pyłu ziarenka nie pozostawić na drodze wysokiéj, którą płynęły za nieskończoność spojrzenia oczu naszych.
Siedzieliśmy we dwoje u otwartego okna. W pokoju nikogo więcéj nie było. Patrzyliśmy na siebie i nie mówiliśmy nic. Pod oknem, w krzaku bzowym świergotała drobna ptaszyna, śpiewając może do snu dziatkom swoim. Liście winogradu poruszały się cichym szeptem... Nagle przestałam słuchać świergotu ptaszka i szmeru liści... on mówił do mnie. Zadrżałam... wziął moję rękę. Patrzyłam na purpurowy pas, który legł na niebie nad złotemi gór czołami, i słuchałam tego, co on mówił do mnie.
Czy mówił, że mnie kocha?
Nie.
Czy prosił o moję rękę?
Nie.
Po cóż miał o tém mówić, gdy czuł, że wiedziałam, iż jedno już się stało, a drugie wnet przyjdzie?
Oto, opowiadał on historyą swego serca.
Opowiadał mi historyą serca, które, całe oddane wielkim rzeczom i sprawom, całe rozgorzałe miłością dla idei, stojącéj przed nim, jako cel najwyższy życia, zapomniało było długo o tém, że jest sercem ludzkiém, i że drugiego potrzebuje serca na radość sobie i ulżenie w trudach. Nagle, na widok pewnéj młodéj dzieweczki, w balowe przybranéj szaty, serce to uderzyło żywiéj i zdawało mu się, że ujrzało w jéj oczach, usłyszało w słowach coś, co mu sprawiało rozkosz nieznaną, o czém kiedyś śniło w marzeniach, stłumionych żelazną dłonią pracy i obowiązku. Ale dzieweczka ta wydawała się płochą, jak ptaszę, lecącą ku światu, jak motyl ku światłu. I wszystko zniknęło! Serce męzkie, serce silne, wzruszone przez chwilę, utonęło znów całkiem w miłości dla wielkich spraw i wielkich obowiązków. Ale dzieweczka płocha wyrosła na kobietę, motyl, skąpany w mętnym płomieniu świata, otrząsnął skrzydła z błyszczących a niezdrowych jego pyłów, i zawisł odważnie na promieniu poświęcenia się i szlachetnych miłości. Wtedy...
— Wtedy? — spytałam ze drżeniem w głosie, nie śmiejąc oderwać oczu od purpurowego pasa na niebie i złocistych gór szczytów.
— Wtedy — kończył — serce moje patrzyło na ciebie ciągle z za mórz i lądów, i przyglądało się wzrostowi twemu, i wierzyło mocno, że, lubo upłyną miesiące i lata, ono w twojém sercu wzajemny oddźwięk znajdzie...
— Znalazło — odpowiedziały oczy moje, wpatrzone w złoto i purpurę niebios, bo usta nic mówić nie mogły.
— Tak, znalazło — wyrzekł on, rozumiejąc mowę oczu moich — usłyszało oddźwięk ten w okrzyku, co wyrwał się z piersi twojéj, i odtąd głos jego wewnętrzny mówi mu ciągle: ponieważ stanęła na jednéj z tobą drodze, ponieważ zamieszkała ten sam świat, w którym ty mieszkanie sobie obrałeś, oto jest przyszła, przeznaczona, ukochana towarzyszka życia twego! Jeśliś kiedy cokolwiek dobrego uczynił na ziemi, oto nagroda twoja! Jeśli ci jeszcze coś do uczynienia zostaje, oto twoja pomocnica! Jeśli cierpiéć będziesz, oto twoja pociecha! Jeśli się zachwiejesz kiedy, oto twe wsparcie! Jeśli radości pragniesz nieskończonych, oto twe szczęście! Oto kobieta, która na dolę i niedolę, na trudy i uciechy, na życie i na śmierć stanie u boku twego, abyście sobą sprawdzili doskonały ideał miłości i rodziny, aby z białych pomników wielkich przodków twoich spływały na was promienne błogosławieństwa tych, co legli w mogile, wam zostawiając spuściznę cnót swych i świętéj swéj ziemi!...
Ciche powiewy wietrzyków letnich, igrając z liśćmi bzów i winogradu, uniosły w przestrzeń ostatnie słowa ukochanego mego, które się w cichym dokończyły szepcie!
Pas purpurowy zsunął się z za gór, mrok zstąpił na ziemię i poważną, w gwiazdy strojną oponą, objął dwoje zakochanych, zachwyconych...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.