Pamiętnik Wacławy/W trzy lata później/XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „W trzy lata później”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako ePub Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako PDF Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako MOBI
Indeks stron

XXIII.

Czas upływał, i od przybycia mego do W. niejedna już kwitnąca wiosna zastąpiła białą zimę, niejedna jesień szarą i dżdżystą osłonę zarzuciła na stare mury i wysokie wieżyce świątyń miejskich. W położeniu naszém nie zaszła żadna zmiana, tylko wygładziły się w niém z czasem pierwotne bruzdy; przyzwyczajenie, ten wielki regulator spraw ludzkich, przesunęło się po powierzchni naszéj exystencyi i starło z niéj wszelkie początkowe nierówności. Czy w głębi téj exystencyi, również jak na powierzchni, jednostajnie było gładko i cicho?... wątpię. A nawet, gdy bacznie sięgnę pamięcią w owę epokę, przypominam sobie wyraźnie chwile trudne boju i mocowania się, w których trzeba było, abym wywoływała z siebie wszystkich sił moich zastęp i stawiła go w odpornéj postaci przeciwko zewnętrznemu światu — niekiedy, przeciwko sobie saméj — najczęściéj.
Ubóztwo i praca posiadają w sobie dziwne tajemnice wielkich radości i wielkich cierpień. Ten, na czyich barkach spoczęły te dwa ciężary, wiele posiadł, ale téż wiele wyrzec się musi.
Wyrzeczenie się nie przychodzi nigdy bez trudu, wtedy szczególniéj, gdy człowiek mniema, że się wyrzeka nazawsze.
Nazawsze brzmiało w mym umyśle, ile razy marzenie o miłości i szczęściu, jakie ona daje, pukało do mego serca.
Nazawsze zrzekłam się tego marzenia, i choć go całkiem odepchnąć od siebie nie mogłam, zdawało mi się, że nic już ono nie znaczy w mém życiu. Byłam pewną, że nigdy nie zamieni się ono w rzeczywistość, uważałam je za gościa natrętnego, który, gdy postarzeję nieco, za rok, za drugi, opuści mnie. I pragnęłam, aby opuścił mnie coprędzéj, bo czasami bolało mnie serce... trochę. O każdéj wiośnie szczególniéj, gdy świat cały pokrywał się szatą młodości i wesela, i gdy na przechadzkach spotykałam młode kobiety, oparte na ramionach swych ukochanych, z twarzami tak promiennemi, jak niebo, które nad niemi błyszczało, szłam niekiedy do źwierciadła i pytałam go, czym już nie postarzała dosyć, aby gość mój dokuczliwy zechciał sobie uleciéć ode mnie w młodszą pierś jaką... Niestety! źwierciadło nie dawało mi téj obietnicy. Twarz moja rumieniła się zdrowiem i świeżością, oczy nie straciły ani jednego młodego połysku, a przez suknią przezroczystą dojrzéć mogłam, jak serce uderzało mocno, zdawało-by się, doprawdy, że coraz mocniéj. Mówiono mi, że wyglądałam na lat ośmnaście. W salonie Zeni widziałam często, jak oczy młodych mężczyzn zatrzymywały się na mojéj twarzy i długo już potém na żadną inną twarz nie patrzyły. Co więcéj, oprócz młodego artysty, który, po otrzymaniu ode mnie odmowy, wyjechał za granicę, aby, jak mówił, uleczyć się widokiem obcych krajów i sztuką, dwaj jeszcze inni ludzie ofiarowali mi serce swe i rękę. Obaj byli młodzi, zacni i bogaci. Odmówiłam jednemu i drugiemu. Jeden był z naszego świata, drugi ze świata Zeni. Odmówiłam, bo nie mogłam uczynić inaczéj. Marzenie serca mego było gdzieindziéj! Nikt o tém nie wiedział, gdzie było ono, nikt, ani nawet matka moja. Gdyby o tém wiedziano, nazwano-by mnie pewno niedorzeczną. A jednak ja nie miałam siebie za taką, bo czułam, że pozostaję tylko wierną prawdzie mego serca. Promienie wzroku mego zawisły na szczycie wysokim, niedosięgłym dla mnie, jak się zdawało, i nie mogłam go już opuścić. Myślałam sobie: nie zajdę tam nigdy, ale téż i gdzieindziéj nie pójdę. I byłam spokojna, i w zgodzie z sobą, i byłam nawet szczęśliwa na drodze mojéj, po któréj coraz pewniejszą stąpałam stopą; tylko niekiedy serce zabolało... trochę; tylko niekiedy, śród ciszy i tajemnicy nocnéj, zapłakałam... chwilę; tylko niekiedy przed oczyma mojéj wyobraźni zjawiła się smętna postać babki Ludgardy i zwiędłemi usty szeptała do mnie: „nikt mnie nigdy nie kochał” i zgasłemi oczyma chwytała promienie niebieskie, na których zawisła dusza jéj, pełna jeszcze nieprzepłakanéj tęsknoty. Wtedy zamykałam oczy i mówiłam sobie: i ze mną tak będzie kiedyś!
Im więcéj upływało miesięcy, lat, tém częściéj obraz babki Ludgardy zjawiał się przede mną pośród nocnéj ciszy i ciemności, tém częściéj powtarzałam sobie: i ze mną tak będzie kiedyś! Aż oswoiłam się zupełnie z tém widzeniem mojém i patrzyłam na nie suchém, spokojném okiem, jakiém się patrzy na przyszłość nieuchronną.
Nakoniec miłość przestała całkiem wchodzić w rachunek mego życia. Nie pozostał mi już ani cień nadziei, a jednak... marzenie pozostało. Przenosiłam je cierpliwie i czekałam starości, która mnie z niém rozłączyć miała na zawsze.
Niekiedy z przykrością myślałam, że długo mi jeszcze czekać przyjdzie... a potém pocieszałam się myślą, że wszystko przecie na tym świecie koniec swój miéć musi.
Tymczasem uczennice moje dorastały. Jeszcze rok, jeszcze kilka miesięcy, a z pod opieki mojéj wyjdą już kobietami. Nie mogłam patrzéć na nie bez wielkiéj pociechy. W świecie, do którego należały majątkiem i urodzeniem, miały one przedstawić niepospolite zjawisko umysłów kobiecych, sięgających szerzéj, niż ciasne kółko, w jakiém obracają się zwykle pojęcia ich rówiennic, przyozdobionych czémś więcéj, niż machinalną grą na fortepianie i wprawném mówieniem obcemi językami. Z niewymowną radością widziałam inteligencyą ich pięknie i szeroko rozwiniętą, serca ich przygotowane do przyjęcia w siebie gruntownych i wielkich uczuć.
Piérwsza zasługa w tém ich niepospolitém wykształceniu moralném i umysłowém należała się matce rozumnéj i kochającéj, która pragnęła, aby córki jéj stały się takiemi, jakiemi były; ale nie mogłam téż nie czuć, że i ja dołożyłam się wiele do dzieła tego, i im więcéj młode panny dorastały, im więcéj dzieło to nabierało rozwoju, tém więcéj wlewało ono we mnie tego nieporównanego spokoju i zadowolenia, jakie dać może tylko poczucie dopełnionéj sumiennie powinności.
Przychodził jednak czas, w którym miałyśmy się rozstać, z boleścią zapewne, bośmy się wzajem przywiązały bardzo do siebie. Zarazem przyszło mi myśléć o otrzymaniu nowego zajęcia. Obawiałam się, że tak dobrze odpowiadającego moim dążeniom i zdolnościom nie otrzymam już więcéj, a nie przewidywałam, jak blizkim był koniec téj epoki mego życia, o któréj sądziłam, że trwać już będzie zawsze.
Nim jednak okiem pamięci sięgnę ku ostatniemu aktowi téj części mego życia, zatrzymam się jeszcze chwilę przy wypadkach, które go poprzedziły, a które, lubo nie miały bezpośredniego związku z moim losem, to jednak, jak wzbudzały we mnie wtedy żywe zajęcie, tak teraz wyraźnie przedstawiają się méj pamięci.
Było to w początku lata, tego lata, w którém uczennice moje przywdziać miały długie suknie, i jako panny już dorosłe, po skończeniu edukacyi, odjechać z matką na wieś. Zenia przez całą minioną zimę czuła się mocno cierpiącą na zdrowiu, co jednak wcale jéj nie przeszkadzało oddawać się zwykłym rozrywkom, przeplatanym godzinami migreny, poziewania i napowietrznych marzeń. Organizm jéj zużywał się szybko w téj niezdrowéj atmosferze; bywały dnie, w których stawała się bezsilną i płaczliwą, jak dziecię. Zbuntowane jéj nerwy nabawiały ją mnóztwa urojeń, chorobliwych zachceń, wymarzonych zmartwień.
Płakała nad tém, że śnieg pada, a zasuwała szczelnie firanki u wszystkich okien, gdy słońce świeciło. Krzyczała z przestrachu przy najlżejszém stuknięciu, lub niespodzianym szeleście, a dostawała serdecznego śmiechu, słuchając muzyki. Wzywała lekarzy, lecz ci jednogłośnie powtarzali, że tylko zupełna przemiana sposobu życia, spokój, sen regularny, zajęcie jakie ręczne lub umysłowe uzdrowić ją mogą. Kilka dni bywała im posłuszną, lecz gdy tylko poczuła się cokolwiek wzmocnioną na siłach, rzucała się znowu w świat, jak motyl w płomień świecy. Niekiedy obejmowała moję szyję i długo płakała na mojéj piersi. — Odkryj mi — szeptała błagalnie — odkryj mi, Wacławo, tajemnicę tego spokoju, jakiego używasz sama!
A gdym jéj mówiła, aby wyjechała na wieś, odpoczęła po tych ciężkich trudach, które na wielkim świecie nazywają się zabawami, i znalazła sobie jakie zajęcie, co-by ją wybawiło od okropnego znudzenia, którego była ofiarą; rozmyślała długo, robiła najpiękniejsze postanowienia, poczém szła znowu do lustra, stroiła się w najpiękniejsze suknie i jechała na wieczór lub na wizyty. Na wiosnę w końcu udała się do jakichś wód zagranicznych z jedną ze swych światowych przyjaciółek, Michał zaś odjechał na wieś, dokąd wzywały go ważne majątkowe sprawy.
Wróciła na początku lata, prędzéj niż zamierzała. Michał na wieść jéj przyjazdu pospieszył naturalnie, aby ją powitać. Byłam świadkiem spotkania dwojga małżonków i uderzyło mnie pewne zmieszanie i jakby cień niechęci, połączonéj z nieśmiałością, z jakiemi Zenia powitała męża. Dotąd, jeżeli nie okazywała mu nigdy żywéj miłości, to jednak w obejściu się z mężem zachowywała zupełną swobodę i zaufanie, a nawet odbijały się w niém nieraz oznaki przywiązania i pewnéj czułéj przyjaźni. Tym razem Zenia na widok męża zarumieniła się, potém zbladła, a potém jeszcze podała mu rękę z gestem, który chciała uczynić serdecznym, ale który był sztywnym i urzędowym. Michał musiał to spostrzedz, bo przystanął nagle, długie spojrzenie utopił w twarzy Zeni, i zamiast uścisnąć ją, jak zwykł był to czynić przy powitaniu, ucałował tylko jéj ręce. Gdy podniósł twarz, spostrzegłam, że był bardzo blady, ale uśmiechał się i rozmawiał potém po swojemu z żoną, czule i z tysiącem względów, z obecnymi zaś uprzejmie i wesoło. Nazajutrz, i przez wiele dni późniejszych, spostrzegłam tę samę różnicę, jaka zaszła we wzajemném obejściu się z sobą małżonków. Zenia nie odzyskała wcale sił i zdrowia, była tak samo rozstrojona i osłabiona, jak przed wyjazdem; ale zdawała się być zarazem ożywioną jakąś wyłączną myślą, która ją tak pochłaniała, że aż popadała chwilami w roztargnienie i zamyślenie, nie dające jéj spostrzegać tego, co się koło niéj działo. Przytém znajdowałam ją często z gorączkowym rumieńcem na twarzy i niezwykłym blaskiem w oczach; zmienność humoru jéj zdwoiła się: z nadzwyczajnéj wesołości popadła nagle w głęboką melanholią, z któréj znowu wynikał nerwowy śmiech i nienaturalne ożywienie w rozmowie i ruchach. Widocznie niezwykły jakiś wypadek zaszedł w jéj życiu, a raczéj niezwykły jakiś miraż przesunąć się musiał przed jéj oczyma, bo, jak się zdaje, złudne te obrazy, tworzone przez ognistą wyobraźnią i niezapełniony umysł młodéj kobiety, były jedynemi wypadkami, jakie wstrząsać mogły, tak zresztą łatwą i prostą, jéj exystencyą. Lubo zaniepokojona o nią, nie pytałam jéj naturalnie, wiedząc zresztą, że niedługo pozostanę w nieświadomości. Zenia nie posiadała dumnego i skrytego charakteru Zofii, która, rozdrażniona do najwyższego stopnia przeciwko światu, nie dopuszczała do wnętrza swego żadnego ludzkiego oka. Czuła i wylana dla tych, których kochała, wielomówna i z natury skłonna do zwierzań się, Zenia, jeśli nie znajdowała przed kim opowiedziéć swych myśli i uczuć, wylać je musiała choćby na papiér. Zamknąć się w saméj sobie, cierpiéć, marzyć w tajemnicy serca, było niepodobieństwem dla téj istoty o umyśle rozpierzchłym w gwarze światowym, sercu miękkiém jak wosk, duszy nie zajętéj i szukającéj wszystkiego na zewnątrz siebie. Byłam pewna, że jakąkolwiek była owa tajemnica, którą w niéj dostrzegałam, wkrótce sama właścicielka jéj odkryje ją przede mną. Tak się i stało.
Pewnego popołudnia, gdy, wolna na parę godzin od lekcyi, siedziałam w pokoju Zeni sam na sam z nią, spostrzegłam, że miała wielką chęć mówić mi o czémś, co ją bardzo zajmowało, a tylko wstrzymywała się i poglądała na mnie co chwila, rumieniąc się z nieśmiałością. Nagle ujęła jednę z książek w aksamitnéj oprawie, leżących na biurku, i zaczęła machinalnie niby przewracać w niéj kartki. Widziałam, że była to księga marzeń i że Zenia oczekiwała niecierpliwie, abym powiedziała do niéj:
— Pokaż mi tę książkę; czy nie przybyło tam co nowego?
Alem postanowiła sobie nie wyzywać niczém jéj zwierzenia, i ciągnęłam daléj rozmowę, o obojętnych prowadzoną przedmiotach.
Rzuciła na mnie kilka ukradkowych spojrzeń, położyła księgę marzeń na biurku, znowu wzięła ją do rąk, i znowu spojrzała na mnie, oczekując niby pytania mego, czy wezwania; nakoniec zerwała się z krzesła i rzuciła mi książkę na kolana. — Przejrzyj to — zawołała, rumieniąc się silnie — a zobaczysz tu może kogoś z dawna sobie znajomego!
Potém wybiegła z pokoju.
Przerzuciłam kartki znanéj mi dobrze książki, a gdy spojrzenie moje na jednę z nich upadło, zdrętwiałam cała pod wpływem zdziwienia i przykrego uczucia.
Pośród wieńca, uplecionego z cierni i głogu, zobaczyłam naprędce naszkicowany, ale zadziwiająco podobny, portret — pana Lubomira!
— Więc znowu ten deklamator! — rzekłam do siebie — i długo siedziałam zamyślona, machinalnie poglądając na ów symboliczny wieniec, otaczający długowłosą, o kobiecych rysach twarz głośnego a pustego dzwonu.
Zaprawdę, salonowy romantyk ten, o pozach pasterskich i rycerskich, komedyant, wygłaszający na scenie światowéj rolę swą, ułożoną z brzmiących, czułostkowych i kwiecistych frazesów, wielce mógł być niebezpiecznym dla młodéj kobiety, posiadającéj więcéj wyobraźni, niż zdrowego sądu, rozmarzonéj, łatwowiernéj, pędzącéj życie na ubieganiu się za wrażeniami.
Cała moja przedkilkoletnia historya z panem Lubomirem, ze wszelką wyrazistością szczegółów, przesunęła się przed moją pamięcią. Miałam-że ją opowiedziéć Zeni? Myślałam nad tém chwilę i postanowiłam, że opowiem ją, gdy nadejdzie stosowna po temu pora. Wiedziałam dobrze, jak nieraz bywa upartém marzenie kobiety wtedy, gdy ona przebudzić się zeń nie chce.
Tego dnia nie odeszłam do domu, jak zwykle, zaraz po skończeniu lekcyi, ale zostałam u Zeni na cały wieczór, w nadziei, że odkryję może sposobność stania się jéj użyteczną, usunięcia z przed jéj oczu tego nowego, a niebezpieczniejszego od wszystkich, jakie były, mirażu.
Wieczorem siedziałyśmy obie w nieoświetlonym pokoju przy otwartém oknie, wychodzącém na ogród. Księżyc świecił w pełni i białe światło jego rzucało się prosto na twarz Zeni, podniesioną w górę i oblaną wyrazem rozmarzenia. Przypatrywałam się jéj z zajęciem. Pomimo nieregularności rysów, była prawdziwie ponętną, a nawet piękną, z bladém swém czołém, otoczoném bujnemi splotami włosów, z rzewnym uśmiechem na bladych ustach, z oczyma zapadłemi nieco i połyskującemi pośród ciemnawych obwódek, utworzonych bezsennością i pełną wrażeń exystencyą. Ale wdzięk ten młodéj kobiety, lubo ponętny i wzbudzający zajęcie, był jakiś chorobliwy, smętny, przerażający niemal oko, baczne i z przywiązaniem na nią patrzące.
Dotknęła méj ręki gorącą dłonią i pocichu opowiedziała mi, jak zagranicą u wód spotkała pana Lubomira, jak przywiązał się on do jéj kroków, jak wszędzie i zawsze spotykała się z jego spojrzeniem, w nią utkwioném, jak bladł i mizerniał pod wpływem wrażenia, jakie na niego wywierała i t. d., i t. d.
Nie powiedziała mi tego wyraźnie, ale mogłam wybornie domyślić się z jéj mowy, iż wyobrażała sobie, że pan Lubomir rozkochany był w niéj, tak, jak dotąd żaden śmiertelnik w nikim rozkochany nie był, że miłość jego dla niéj była właśnie tą miłością wzniosłą, namiętną, do tragicznych wiodącą końców, taką, o jakiéj-to piszą w romansach, a jakiéj pragnęło zawsze jéj niezrozumiane, stęsknione serce.
Powtórzyła mi nawet mnóztwo słów, jakie wyrzekł do niéj, a w których poznałam wyraźnie, dobrze mi niegdyś znanego, manekina, wypchanego frazesami; i nakoniec z dwiema łzami, które zawisły na jéj rzęsach, odbijając w sobie srebrny promyk księżyca, powiedziała mi, że jest najnieszczęśliwszą kobietą, bo teraz dopiéro poznała, jak bardzo mogła-by kochać i być kochaną, teraz, gdy wszystko już dla niéj stracone, gdy sumienie rozkazuje jéj odepchnąć od siebie to, w czém szczęście swoje widzi, i szukać pociechy tylko w myśli o... mogile.
Słuchając tych zwierzeń Zeni, dziwnego doświadczałam wrażenia.
Chciało mi się i płakać, i śmiać zarazem. Żal mnie zdejmował wielki, na widok smutnego stanu duszy mojéj poczciwéj przyjaciółki, a mimowoli obraz deklamatora zjawiał się wciąż przed memi oczyma i do śmiechu pobudzał.
Gdy jednak Zenia przestała mówić, poczułam się w wielkim kłopocie. I cóż jéj w zamian za to zwierzenie się powiedziéć miałam? Nigdy nie sądziłam, aby morały stanowiły, w podobnych wypadkach, skuteczne lekarstwo. Służą one tylko zwykle za sposób do ostudzenia przyjaźni i do zamknięcia ust osoby, któréj zdaje się, iż zamiast współczucia, znajduje surowy wyrok, wydany na nią i na to, co w danéj chwili jest dla niéj drogiém i uroczém. Człowiekowi, uniesionemu porywem namiętności lub wyobraźni, możesz od deski do deski wypowiedziéć katechizm religijny i obyczajowy, nie osiągnąwszy przez to innego skutku, jak ten, że odwróci się od ciebie i, nie przestając myśléć i czynić po swojemu, pozbawi cię tylko możności podania mu właściwéj pomocy i pociechy.
Nie obracając tedy przeciwko Zeni i jéj złudzeniom ostrych końców religijnego i obyczajowego katechizmu, rzekłam do niéj po chwili namysłu:
— Dziwi mnie tylko trochę, kochana Zeniu, że pan Lubomir, przez kilka lat bywając w domu twéj matki, gdyś była jeszcze wolną od wszelkich związków i węzłów, ani trochę nie zajmował się tobą, a dopiéro teraz, spotkawszy cię już mężatką, tak nagle powziął dla ciebie uczucie...
Zenia zwróciła na mnie oczy pełne zdziwienia. Uwaga ta po raz piérwszy widocznie uderzyła jéj umysł. Myślała przez chwilę, łamiąc się może z zagadnieniem, jakie jéj dałam do rozwiązania, a nie mogąc sobie z niém poradzić, nieśmiało szepnęła:
— A dlaczegoż-by to tak było? jak ty o tém sądzisz, Wacławo?
— Może dlatego — odpowiedziałam — że miłość, a raczéj gra w miłość z mężatką, przynosi wrażenia, za jakiemi gonią tacy ludzie, jak pan Lubomir, a przytém nie zobowiązuje do niczego, wtedy, gdy podobne uczucie, okazywane pannie, prowadzi koniecznie do ołtarza i obrączki ślubnéj.
Zenia żywo wysunęła swę rękę z mojéj dłoni.
— O! jakżeś ty prozaiczna, Wacławo! jakaś ty przytém podejrzliwa! Jakto, on miałby się bawić w miłość? on, człowiek wypróbowany w szkole nieszczęść?
Uśmiechnęłam się mimowoli. Na szczęście, twarz moja pokryta była cieniem, padającym od firanki, i Zenia uśmiechu mego dojrzéć nie mogła.
— Kochana Zeniu — rzekłam — czy ci powiedział kiedy, jakie to były nieszczęścia, których szkołę przebył w swém życiu?
Spojrzała na mnie znowu oczyma pełnemi zdziwienia. Znowu nasunęłam jéj na myśl uwagę, któréj nigdy nie uczyniła sobie dotąd. Po chwili odpowiedziała z odcieniem niechęci w głosie:
— Nie wiem, jakie były te nieszczęścia jego, ale wiem, iż mówił mi wiele o cierpieniach, jakie poniósł, i ciosach, jakie go dotknęły. A jestem przekonaną, że mówił prawdę, bo taki szlachetny człowiek, jak on, kłamać nie umié.
Na wyrazie szlachetny położyła szczególny nacisk.
— Droga Zeniu — ozwałam się znowu — choćbym cię miała znudzić memi pytaniami, poproszę cię, abyś mi powiedziała, jakie przypisujesz znaczenie wyrazowi: szlachetność, i czém, według ciebie, człowiek dowieść może, iż jest szlachetny?
— Dziwne doprawdy pytanie zadałaś mi, Wacławo — odparła Zenia, którą niecierpliwił trzeźwy zwrot, jaki nadawałam rozmowie. — Zdaje się, iż każdy przez wyraz szlachetność rozumiéć musi wielką prawość charakteru, piękne czyny, wzniosłe i bezinteresowne uczucia.
— Niezawodnie — odpowiedziałam. — Otóż twierdząc o panu Lubomirze, iż jest szlachetnym, czy opierasz to swoje zdanie na świadomości o spełnionych przez niego pięknych jakich czynach, albo o dowodach prawości jego charakteru?
Zenia z niecierpliwości brwi zsunęła, ale po chwili czoło jéj rozpogodziło się.
— Naturalnie — zawołała z tryumfem — słyszałam go nieraz mówiącego o miłości bliźniego, o równości pomiędzy sobą wszystkich na świecie ludzi, o męztwie w cierpieniu, o świętym ogniu stałéj i bezinteresownéj miłości.
— Słyszałaś go mówiącego o tém wszystkiém... — wyrzekłam zwolna.
— O! nieraz — zawołała Zenia — a jak mówi! z jakim zapałem, jak płynnie, jak kwiecisto!
— Otóż to — przerwałam — a czy nie słyszałaś czasem, jak na scenie artyści dramatyczni odgrywają role bohaterskich kochanków, lub wspaniałomyślnych dobroczyńców ludzkości, i czy byłaś zawsze pewną, że ci artyści, zszedłszy z teatralnych desek, zostawali, jako ludzie, takimi samymi rycerskimi kochankami i dobroczyńcami rodu ludzkiego?
Zenia usunęła się żywo ode mnie i oczy jéj cisnęły błyskawicami gniewu.
— Jak to! — zawołała — więc ty go masz za aktora?
Wzięłam jéj ręce, których mi pomimo gniewu nie wzbraniała, i rzekłam po chwili, jak tylko mogłam, najłagodniejszym tonem:
— Droga moja, szranki salonów, na których pędzisz twe życie, to deski teatralne, a ludzie, którzy jak pan Lubomir, nic nie robią, tylko ślizgają się po nich, to aktorowie, mniéj lub więcéj zręcznie odegrywający obrane przez się role.
Zenia wpatrywała się we mnie szeroko otwartemi oczyma, w których i łza żalu migotała, i płonęły iskry zniecierpliwienia. Nagle, jakby sobie coś przypomniała, uderzyła się ręką w czoło i zawołała:
— Wszak on się starał o ciebie kiedyś! nie prawdaż?
Powiedziałam jéj, że tak było w istocie. Pochwyciła mnie za ręce i z całéj siły ściskała je w swoich.
— Dlaczego mu odmówiłaś? powiedz mi — mówiła śpiesznie i utopiła w méj twarzy błyszczące, przenikliwe spojrzenia.
Przyszedł tedy moment, w którym powinnam była powiedziéć Zeni wszystko, co wiedziałam o człowieku, który uwiódł, nie wiedziałam dobrze, serce jéj, czy wyobraźnią.
— Czy znasz historyą nieszczęśliwéj Zofii? — spytałam ją. — Czy wiész, jakim sposobem została doprowadzoną do zawarcia nieszczęśliwego małżeństwa z twoim bratem? Czy wiész, jak postępował z nią pan Lubomir?
Słabym głosem powiedziała mi, że nic a nic nie zna téj całéj historyi, że tylko słyszała nieraz, jak pan Lubomir wyrażał się o siostrze swéj z nadzwyczajną miłością i z najgłębszym żalem, co jednak nie przeszkadzało mu stanowczo i najenergiczniéj w świecie potępiać postępków Zofii i gorzkiemi słowy ubolewać nad upadkiem moralności i obyczajów, którego ona smutnym była przykładem.
— Od pewnego nawet czasu — mówiła Zenia — przestał całkiem wspominać o Zofii, a gdy ktokolwiek wspomina o niéj wobec niego, z ponurą rozpaczą, lecz zarazem ze świętém oburzeniem, powtarza: nie mam siostry! Przy tych wyrazach dwie łzy pojawiają się zwykle w jego źrenicach.
— Proszę — wymówiłam, nie mogąc opanować przykrego wzruszenia, jakiego doznawałam — ze świętém więc oburzeniem wspomina on o błędzie, popełnionym przez jego siostrę, a jednak nie przeszkadza mu to najgorętszą miłość objawiać względem ciebie, która przecie także jesteś mężatką!
Zenia wydawała się nadzwyczajnie pomieszaną tém nowém zagadnieniem mojém.
— A! — szepnęła po chwili — jeden wyraz usprawiedliwić go może: on kocha, Wacławo!
— Bądź logiczną, kochana Zeniu — rzekłam — jeżeli pan Lubomir wyrazem tym, a raczéj uczuciem, jakie wyraz ten przedstawia, usprawiedliwia się przed samym sobą, dlaczegoż równie nie znajduje w nim usprawiedliwienia swéj siostry?
Zenia obu dłońmi pochwyciła się za głowę.
— Okropność, Wacławo! — zawołała — jaki ty masz szczególny dar wikłania wszystkiego w sprzeczności i zagadki!
— Być może — rzekłam — ale zarazem podejmuję się wyjaśnić ci te sprzeczności i rozwiązać zagadki.
To rzekłszy, przysunęłam się bliżéj do niéj, i ze wszelkiemi szczegółami, które bardzo wyraźnie uwydatnione miałam w pamięci, opowiedziałam jéj historyą Zofii i pana Władysława, w któréj tak ważną, a zgubną rolę odegrał pan Lubomir.
Gdy skończyłam opowiadać, Zenia spazmatycznie płakała, nie mogąc wymówić do mnie ani słowa.
Śród łez powtarzała tylko ciągle: — biedna Zosia! biedna Zosia! — Wkrótce jednak łzy oschły na jéj oczach i, tryumfująco patrząc na mnie, zawołała:
— I cóż ztąd? Wszakże to było przed kilku laty. Ludzie zmieniają się i on się zmienił; teraz-by pewno inaczéj, wcale inaczéj postąpił, ponieważ teraz jest on bardzo, bardzo szlachetny!
Podziwiałam upór, z jakim pewne istoty trzymają się widma swéj wyobraźni. — Zdaje mi się — rzekłam — iż nie powiedziałam ci jeszcze, dlaczego odmówiłam panu Lubomirowi, kiedy się starał o moję rękę.
— Nie chcę, nie chcę słuchać niczego! — zawołała Zenia prawie ze łzami i obie ręce przykładając do oczu. — Wiem o tém, kochana Wacławo, że jesteś chodzącym rozsądkiem, ale zarazem przebacz mi, gdy powiem, że bywasz niekiedy okropną prozą. Szczególniejszym sposobem lubisz nad wszystkiém zastanawiać się, we wszystko się zaciekać; każdą myśl, każdy postępek, każdą osobę rozbierasz na drobne cząstki, i na wzór dzieci, układających łamigłówki, spajasz je potém, aby przekonać się, czy dobrze do siebie przystają. Otóż wybacz mi, ale powiem ci otwarcie, iż pomimo, że cię kocham i uwielbiam twoje przymioty, nie czuję się zdolną do naśladowania cię w układaniu łamigłówek. Moje życie składa się całe z tęsknoty i wrażeń, marzenie jest mojém życiem; nie odbieraj mi ich, nie budź mnie... nie wydzieraj mi téj wiary mojéj, jaką mam, że znalazłam przecie choć raz człowieka, zdolnego do wielkiéj, wzniosłéj, szlachetnéj miłości, zdolnego umrzéć dla mnie, albo wraz ze mną... O! nie odbieraj mi téj wiary i tego marzenia swojém chłodném rozumowaniem... Ty masz jeszcze wszystko przed sobą, wolno ci wszystkiego spodziewać się i pragnąć... ja mam tylko marzenia moje, a gdy skończą się one, skończy się zarazem i moje życie, i chłodna mogiła przyjmie mnie na łono swoje, wiecznie spokojne i już wiecznie ciche..... O! Wacławo, zapłacz choć raz na grobie moim, gdy nie będzie mnie już na tym ziemskim padole płaczu!
Śmierć, mogiła, były to zwrotki, zjawiające się na ustach Zeni zawsze, ilekroć była zmartwioną, rozdrażnioną lub znudzoną. Wyznaję jednak, że o ile te wybryki uniesienia młodéj kobiety rozśmieszały mnie wtedy, gdy widziałam ją zdrową, hożą i rumianą, o tyle przykre czyniły na mnie wrażenie teraz, gdy kibić jéj stała się chorobliwie szczupłą i bezsilną, a twarz przybrała tę bladość niezdrową, z-za jakiéj przeglądają nieuniknione choroby, nie tylko już ducha, ale i ciała.
Tymczasem, patrząc na nią, można było z łatwością uwierzyć, iż znajdowała się na padole płaczu. Rzęsiste łzy płynęły z jéj oczu i przeciekały przez białe palce, któremi starała się twarz swą okrywać, pierś jéj głośném podnosiła się łkaniem.
Uspokoić ją niebyło rzeczą łatwą, tém bardziéj, że dostała po chwili nerwowego ataku, spazmatycznego śmiechu i t. d. Doprawdy nie wyobrażam sobie smutniejszego i bardziéj pożałowania godnego stanu, jak ten, w którym zostawała ta młoda kobieta, tak dobra jednak z natury, tak pełna wdzięku, bogata, kochana.
Służące jéj, które pomagały mi trzeźwić ją i rozbierać, młode, hoże i zupełnie zadowolone ze swego losu, wyglądały przy niéj, jak królewne, panujące w krainie szczęśliwości. Nakoniec uspokoiła się nieco i z bladym uśmiechem wyciągnęła do mnie rękę. Ale zaledwie chciałam przemówić do niéj, przerwała mi z błagalnym prawie wyrazem w oczach:
— O! proszę cię, nie mów mi tylko nic złego o nim!
W milczeniu więc pocałowałam ją w czoło i przyrzekłam, że nazajutrz przyjdę do niéj znowu po skończonych lekcyach. Miałam już właśnie w towarzystwie służącego udać się do domu, gdy u wejścia do przedpokoju spotkałam Michała, który powracał z miasta.
Jedna tylko lampa słabo oświetlała obszerną salę jadalną, wśród zmroku więc nie od razu zostałam spostrzeżoną przez wchodzącego. Uderzył mnie posępny wyraz, jaki miał na twarzy, gdy sądził, że nie jest przez nikogo widzianym. Oczy trzymał utkwione w ziemię, postępował wolnym i ciężkim krokiem i co moment przesuwał dłoń po zachmurzoném czole.
Spostrzegłszy moję osobistość, przystąpił do mnie z żywością, i powitawszy mnie, jak zwykle, pocałowaniem w rękę, wymówił:
— Jakżeś pani znalazła dzisiaj moję biedną żonę?
Głos jego był miękki i łagodny, jak zwykle, tylko nieco zniżony i ochrypły, jak u człowieka, który budzi się nagle ze snu lub długiego milczenia i zadumy.
Trudno wyrazić głębokość i rzewność dźwięku, z jakim wymówił wyraz biedna. Uścisnęłam mu rękę z prawdziwém współczuciem.
— Żona pana — rzekłam — potrzebuje teraz więcéj, niż kiedy, pańskich starań i pobłażliwości.
— Tak, tak! — wymówił — wiem o tém! Dziękuję pani.
Przy ostatnim wyrazie pocałował mnie znowu w rękę i odszedł. Za cóż mi podziękował? Czy za współczucie dla siebie, jakie mógł wyczytać w moich oczach? Czy za to, żem go prosiła o pobłażliwość dla jego żony?
Gotowam była sądzić, że dziękował mi za to, iż sama byłam dla niéj pobłażliwą. W istocie, człowiek ten zdawał się wcale nie myśléć o sobie.
Stojąc na progu, widziałam, jak przeszedł długą amfiladę nieśmiałym krokiem, zbliżył się do zamkniętych drzwi pokoju Zeni i zapukał. I widziałam, jak wyszła panna służąca Zeni i coś mu powiedziała, zapewne, że pani jéj usnęła już, albo jest zmęczoną i z nikim rozmawiać nie może, bo skinął parę razy głową, jak człowiek, który zgadza się na to, co mu powiedziano, i wolnym znowu krokiem zmierzał w inną stronę mieszkania.
Widocznie więc rzeczy przybierały bardzo poważny charakter; przesilenie, mające prędzéj czy późniéj zajść w życiu młodéj kobiety, zbliżało się. Miałaż z niego dla niéj wyniknąć śmierć moralna lub odrodzenie.
Drżałam cała, wspominając Zenię. I z przerażeniem zakrywałam sobie oczy na myśl o losach okropnych, jakie gotuje kobietom fatalny kierunek, nadawany przez świat i wychowanie ich sercom i umysłom. Jakże miłym, spokojnym wydał mi się dnia tego mój kątek domowy! I kiedy matka moja, z niecierpliwością oczekująca na mój spóźniony dnia tego powrót, otworzyła mi swe ramiona, i kiedy usiadłam obok niéj i drogą jéj głowę oparłam na mojém ramieniu, i kiedy naprzeciw nas usiadła Emilka ze swą pogodną, dobrą twarzą i książką w ręku, którą nam głośno czytała, i Madzia w koronie z kruczych warkoczów nad czołem, i Franuś ze swym wesołym wzrokiem, niekiedy tylko ciskającym iskry na piękną głowę Madzi, i stara piastunka moja ze swą nieodstępną pończochą w ręku, i gdy na to całe nasze domowe gronko spłynął biały blask lampy poczciwéj, staréj, która już nam od kilku lat przyświecała co wieczór, a przez otwarte okna gdy wionęła słodka woń kwitnących w ogródku kwiatów, i szelest listków, poruszanych nocnym wietrzykiem, zaszumiał, i parę gwiazd niebieskich wyjrzało z za zieleni wazonów, i gdy orzuciłam wzrokiem te wszystkie drogie mi twarze, jakie miałam przed sobą, i wsłuchałam się w spokój, który nas wszystkich otaczał; jako bolesna sprzeczność stanął mi przed wyobraźnią pokój Zeni, napełniony wonią narkotyków, służących do uspokojenia zbuntowanych nerwów, blada twarz jéj z nabrzękłemi od płaczu oczyma, śmiech serdeczny, płacz spazmatyczny, westchnienia, pierś jéj podnoszące, wszystkie, słowem, tortury, zadawane młodéj kobiecie rozognioną wyobraźnią i nie zajętém życiem. Gdy wyobraziłam sobie to wszystko i raz jeszcze obejrzałam się wkoło siebie, byłam pewną, że z gałązką oliwną w ręku siedzę na tronie królestwa szczęśliwości.
Nazajutrz nie zobaczyłam Zeni przez cały ranek, bo przyjmowała licznych gości, którym ja znowu ukazać się nie miałam chęci.
W ciągu dnia weszłam do jéj budoaru, aby zabrać potrzebne mi książki, które tam zostawiłam była przez zapomnienie, i w przyległym pokoju usłyszałam żywą, prowadzoną przez kilka osób rozmowę. Stanęłam jak wryta na środku pokoju, bo pomiędzy wszystkiemi innemi głosami poznałam jeden głos, dobrze mi znany, głos, który podnosił się ze świętym zapałem, słabnął i rozwiewał się w miękiém rozrzewnieniu, dźwięczał, jak struny arfy, tkliwemi tonami, powlekał się tragiczną posępnością, jak głos piérwszego kochanka w komedyi, przybierał słowem wszystkie tony, wszystkie modulacye, oprócz jednego tonu prostoty, oprócz jednéj modulacyi, w któréj-by brzmiała uczciwość.
— Tak, panowie! — brzmiał za drzwiami pokoju, w którym stałam, głos pana Lubomira, tym razem świętym zdjęty zapałem. — Tak, panowie, upadliśmy bardzo, bardzo, skarłowacieliśmy, panowie. (O! jakaż to była prawda, jeśli stosował ją do siebie i sobie podobnych!) — Skarłowacieliśmy, panowie, przestaliśmy doświadczać uczuć silnych, wzruszeń nadzwyczajnych, oddaliliśmy się od pierwotnéj prostoty natury (o! jakąż-by mówił prawdę, gdyby ją był stosował do siebie!), przesiąkliśmy nawskróś płochą lekkością światową, nie znamy, co to praca, nie umiemy cenić zasługi...
Nie mogłam słuchać daléj, taka mnie zdjęła odraza, a zarazem tak gwałtowną czułam ochotę głośnym wybuchnąć śmiechem. Pochwyciwszy więc moje książki, wychodziłam z pokoju. Na progu tylko posłyszałam jeszcze, jak gwar głosów pokrył na chwilę głos pana Lubomira, i jak po chwili głos ten wydobył się znowu, niby z odmętu fal szemrzących, i innemi już zabrzmiał dźwiękami. Zamiast świętego zapału, który grzmiał przed chwilą, dźwięczały w nim drżące tony serca, „wyprobowanego w szkole nieszczęść i umierającego z tęsknoty za wszystkiemi ideałami, możebnemi i niemożebnemi”.
— Ideał, panowie, to kwiat przeczysty, który rozwija kielich swój pod promieniami ożywczego słońca! Ideał, panowie, jest jeden, wiekuisty, nieśmiertelny, niezmożony, błogosławiony, anielski, święty!
Przeskoczyłam próg jednym skokiem, aby nie słyszéć dalszego ciągu tych przymiotników, które byłyby wszystkie bardzo piękne, gdyby w połączeniu swojém przedstawiały choć kroplę zdrowego sensu.
O! wieczni komedyanci tego świata, który sam wiecznie odegrywa komedyą! o manekiny, napchane frazesami, pozytywki, grające za pokręceniem korby, dzwony głośne a puste, gdybyście za czasów Mojżeszowych znani byli na świecie, prawodawca izraelski, zamiast chmury niewinnéj szarańczy, rzucił-by garść was pomiędzy nienawistnych Egipcyan, a tym sposobem oszczędził-by sobie trudu urządzania drugiéj jeszcze plagi, bo gęsta mgła, wychodząca z głów waszych, zaciemniła-by tak horyzont Egiptu, że plaga ciemności wcale-by się już tam niepotrzebną stała!
Z tą myślą oddalałam się od bawialnego salonu Zeni, w którym gwarnie rozmawiało zgromadzone towarzystwo, nie tak jednak gwarnie, aby głos pana Lubomira długo jeszcze nie obijał się o moje uszy.
Wieczorem dnia tego zobaczyłam Zenię. Była więcéj jeszcze, niż wczoraj, rozmarzona nowym swoim mirażem. Widziałam ją głęboko zamyślającą się chwilami, poczém śmiała się i rozmawiała z gorączkowém ożywieniem.
W dwa dni potém przyszła koléj na wyrzuty sumienia.
— Niegodziwa jestem — wołała, zalewając się łzami — Michał taki dobry dla mnie, tak kocha mnie... przysięgałam mu być wierną i kochającą żoną, a jednak myślę o innym, zajmuję się innym...
Położyła rękę na sercu i byłam pewna, że chciała powiedziéć: kocham innego! lecz tylko powstrzymała się nagle.
— Co ty myślisz o mnie? — pytała z gorączkowym niepokojem, zarzucając mi ręce na szyję. — Stracisz dla mnie szacunek, przestaniesz mnie kochać! O! będziesz miała najzupełniejszą słuszność! Jam nie warta twego szacunku, ani twojéj przyjaźni! Jam nie warta niczyjego szacunku. Mam najlepszego w świecie męża, a nie umiem go cenić!
Biegała po pokoju wzdłuż i wszerz i targała sobie warkocze, które w nieładzie opadały na jéj ramiona. Stanęła nagle, załamując ręce, i zawołała:
— On dobry, najlepszy, kocha mię! ale cóż? on mnie nie rozumié!
Temu, kto piérwszy poddał ten wyraz, najczęściéj niemający żadnego sensu, młodym, rozmarzonym kobietom, życzyła-bym w téj chwili, aby na wieki-wieczne pochłonięty został przez najgłębsze czeluście piekielne.
— Zeniu! — mówiłam, biorąc za rękę moję zrozpaczoną przyjaciółkę i usiłując ją choć trochę przyprowadzić do rozsądku, — powiedz mi choć raz jeszcze, co jest w tobie takiego, czego twój mąż nie rozumié? Odkryj to przed nim, sprobuj, może zrozumié!
Za całą odpowiedź Zenia westchnęła i szepnęła:
— O! to życie, życie! Jak widzę, szczęścia i spokoju szukać mi wypada tylko... w mogile.
To rzekłszy, usiadła przed biurkiem z twarzą natchnioną, otworzyła księgę marzeń i wyrysowała w niéj mogiłę, na mogile grobowiec, nad grobowcem dwa cyprysy, czy dwie wierzby, a u dołu napisała okrągło, wyraźnie: Zenona.
Potém przymierzyła nową suknią, którą jéj przyniosła panna służąca, potém jeszcze wydała służbie rozkazy co do jutrzejszego obiadu, na który zaprosiła wiele gości, potém rzuciła się na sofkę, wydając się cała na łup najczarniejszym i zupełnie szczerym zgryzotom sumienia, nakoniec otworzyła okno i patrzyła na księżyc. Przy tém to zajęciu zostawiłam ją, odchodząc do domu.
Nie pamiętam już, ile dni taki stan rzeczy trwał w domu Zeni, wiem tylko, że położenie moje stawało się coraz trudniejszém. Byłam jedyną jéj powiernicą, widziałam, że z zawiązanemi oczyma biegła ku przepaści i nie miałam sposobu, aby ją uratować.
Wszystkie moje przedstawienia i uwagi, otwarte nawet wypowiedzenie zdania, jakie miałam o panu Lubomirze, rozwijanie nareszcie najpiękniejszych teoryi moralnych i społecznych, jakie pochwyciłam, jako broń ostateczną, wszystko to nakoniec taki miało skutek, że wytrzeźwiało Zenię na moment, wprawiało ją w wątpliwości, oddawało na łup zgryzotom, pogrążało w rozpaczy; aż nakoniec, wobec piérwszego dojrzanego księżycowego promienia, wobec piérwszego usłyszanego przez nią dźwięku muzyki, wobec, słowem, czegokolwiek, co podrażnić mogło nerwy, lub rozbudzić wyobraźnią, znikało, ulatniało się i z tém większą siłą rzucało Zenię na pełne morze złudzeń, rojeń, łez, westchnień, jedném słowem, całéj téj gorączki, któréj była, najnieszczęśliwszą ofiarą.
Komiczną stronę tego wszystkiego dostrzegam dopiéro teraz, ale naówczas widziałam tylko tragiczną, która zaiste przeważała nad piérwszą, dla kogoś mianowicie, kto patrzył na udręczoną, a raczéj dręczącą się kobietę okiem kochającém, poważném, bardziéj usposobioném do współcierpienia, niż do śmiechu, a nadewszystko trwożnie dopatrującém końca jéj historyi, która, jakkolwiek miała ustępy, podobne do krotochwili, rozwiązać się mogła w sposób wcale dramatyczny.
Na domiar nieszczęścia, z Michałem nie mogłam się spotkać bez pewnego poczucia wstydu i wewnętrznego zmieszania.
Szanowałam tego człowieka dla istotnych zalet, jakie w nim dojrzałam; obudzał on we mnie współczucie siłą i pobłażliwością uczucia, jakie miał dla Zeni, a obok tego zdawało mi się, że przyjmując u żony jego rolę powiernicy i nie znajdując w sobie nic, czém-bym mogła oddalić nieszczęście, dotykające ich obojga, stawałam się winną przeciwko niemu. Zdawało mi się, że oczy Michała przestały być w owéj porze blade i mętne, a nabrały dziwnéj przenikliwości, która jednak nie umniejszała dobroci, tkwiącéj w ich głębi.
Wmawiałam w siebie, że ta przenikliwość, z jaką, zdawało mi się, że patrzył teraz na otaczające go osoby, istniała tylko w mojéj rozbudzonéj wyobraźni i była tylko przywidzeniem. Potém przekonałam się, że widziałam dobrze, i że oczy Michała w istocie przestały być naówczas blade, omglone i dobroduszne. Parę razy dojrzałam w nich blask niemal ponury; innym razem zdawało mi się, że miał na twarzy wyraz pełen dziwnéj jakiéjś stanowczości, sprzeczającéj się widocznie ze zwykłą miękkością jego charakteru.
Nigdy jednak nie mogłam być pewną trafności moich spostrzeżeń, bo nie śmiałam patrzéć prosto w twarz Michała, i przed spojrzeniem jego, które częściéj zwracało się na twarz moję, niby szukając na niéj nadziei jakichś, lub jakichś wieści pożądanych, czy strasznych, spuszczałam oczy, rumieniłam się po uszy, jak dziecko, złapane na gorącym uczynku.
Położenie to do najwyższego stopnia wstrętne było memu poczuciu prawości i bolesne dla serca, które nie mogło obojętnie patrzéć na cierpienia cudze, jakiebykolwiek było ich źródło. Parę razy postanowiałam sobie, pod jakimkolwiek pozorem, przestać widywać się z Zenią na czas jakiś; ale powstrzymywał mnie zawsze skrupuł opuszczania przyjaciółki w najniebezpieczniejszéj dla niéj chwili. Poczuwałam gniew głuchy, myśląc, że cała ta plątanina i wszystkie te nieszczęścia były sprawą jednego głupca, udającego mądrość, obłudnika, pozującego na bohatera, próżniaka, pracującego językiem i oczyma, któremi udawał uczucia, jakich nie miał, i dziwiłam się łatwowierności kobiet, które dają się łapać na podobnie pospolite wędki, a zarazem doskonale pojmowałam przyczyny téj łatwowierności, boć i sama ulegałam jéj kiedyś.
Bądź co bądź, nie mogłam wytrwać dłużéj w tak krzywém położeniu, w jakiém postawiła mnie świadomość o smutnym stanie serca i umysłu Zeni, i postanowiłam zasięgnąć w téj mierze rady mojéj matki, choć i tu, zdradzając czyjąś tajemnicę, nie miałam być zupełnie w zgodzie z samą sobą.
Najniespodzianiéj w świecie sprawa, tak bardzo obchodząca mnie i kłopocąca, wcale inną przybrała postać. Pewnego dnia weszłam do bawialnego salonu Zeni, gdzie znalazłam zebrane dość liczne towarzystwo, i z rozmowy, jaką prowadzono, dowiedziałam się, że pan Lubomir miał za parę dni opuścić W. i udać się do swoich, majątków o kilkadziesiąt mil odległych. Na wieść tę odetchnęłam swobodniéj i zapytałam, czy Lubomir na długo odjeżdżał? Powiedziano mi, że na parę tygodni. Spojrzałam na Zenię i zobaczyłam taki wyraz przejmującego cierpienia, który mimo wysiłków, jakie czyniła, aby go ukryć przed gośćmi, twarz jéj okrywał, że aż mi się na płacz zebrało i musiałam prędko opuścić towarzystwo.
Tego dnia odeszłam do domu wcześnie i z Zenią nie widziałam się wcale sam na sam. Nazajutrz około południa, gdy tylko skończyłam poranne lekcye, udałam się do jéj pokojów. W budoarze nie znalazłam nikogo, za to w przyległym salonie rozmawiano. Poznałam głos Zeni i Lubomira. Nie sądziłam, aby byli sami, i nie widziałam potrzeby oddalić się: machinalnie więc przerzucałam księgę marzeń, rozmyślając nad tém, czy mam wejść do salonu, czy tu czekać, dopóki Zenia nie opuści swych gości. Nagle usłyszałam głos Lubomira, uposażony tym razem wszystkiemi właściwemi mu odcieniami brzmień ponurych i sentymentalnych.
— Odjeżdżam! — mówił — żelazna ręka okrutnéj konieczności oddala mnie od jedynego miejsca, na którém zbolałe serce moje znaléźć może pociechę... gorzką, rozpaczną pociechę — tak, rozpaczną! (tu głos Lubomira przybrał dźwięki nieprawdopodobnie ponure), niemniéj jednak pociechę, za jaką nie oddał-bym wszystkich skarbów téj ziemi, gdyby one były w mém posiadaniu... wszystkich rozkoszy rajskich...
Daléj nie mogłam dosłyszéć, bo głos rozpłynął się miękką falą roztkliwionego szeptu.
— Pani! — rozpoczął znowu głos po krótkiéj chwili przestanku. — O, pani! czyliż na te ciężkie dni, tęsknoty i rozpaczy nie dasz mi ani jednego słowa nadziei, pociechy, które-by było dla mnie gwiazdą, rozświetlającą grube ciemności nocy, w jaką zapadnę!
Prawdziwie, nie zważając na to, że był moim bliźnim, że zatém winna mu byłam chrześcijańską miłość i przebaczenie, życzyłam mu z całego serca, aby zapadł w najgrubsze ciemności i więcéj już z nich nie wyszedł na światłość dzienną.
Nastała chwila milczenia. Z najżywszą niespokojnością oczekiwałam odpowiedzi Zeni.
— Nigdy nie przestanę życzyć panu szczęścia — wymówiła głosem tak słabym, że ledwie dosłyszéć ją mogłam.
Śmiech szyderczy wyrwał się na te słowa z rozdartéj ponurą rozpaczą piersi Lubomira.
— Szczęścia! — śmiał się z goryczą — szczęścia! — powtórzył głosem człowieka, którego żywcem zakopują do ziemi — o pani! straciłem wszelką jego nadzieję. Dusza moja chora... jedna tylko na świecie jest ręka, która uzdrowić ją zdolna; niestety! ręka ta należéć do mnie nie może...
Tu nastąpiło kolosalne westchnienie piersi, w któréj chora dusza obrała swe siedlisko; potém była znowu chwila milczenia, i znowu ozwał się głos złamany boleścią, przechodzącą niemal siły nietylko pojedynczego człowieka, ale nawet całéj ludzkości, zebranéj do jednego miejsca.
— Tak, pani! fale życia unosiły mnie po szerokim oceanie świata i byłem, jako łódka bez kierowniczego wiosła, jako okręt, pozbawiony masztów swych i busoli. Podobny do wędrowca, zbłąkanego na piaszczystych wydmach pustyni, spragniony wszystkiego, co piękne i dobre, spragniony miłości prawdziwéj, wielkiéj, namiętnéj, szukałem niespokojnym wzrokiem oazy, na któréj-by spocząć mogły oczy moje i serce...
Zerwałam się z krzesła na równe nogi. — Wielki Boże! — zawołałam w duchu — a toż słowo w słowo to samo, co prawił mi przed kilku laty: ani jeden wyraz nie został wyrzucony, ani jeden dodany! Apostrofa zachowała się w pamięci tego człowieka tak cała i nienaruszona, jak owoc na zimę zachowany w occie!
I gdyby tam za ścianą nie siedziała biedna przyjaciółka moja, blada, znękana, oszukiwana, najbezczelniéj uwodzona, i gdyby mnie serce nie bolało bardzo nad jéj upokorzeniem, jakiego sama nie czuła, nad smutną rolą, jaką bezwiednie odegrywała, parsknęła-bym w owéj chwili głośnym, niepohamowanym śmiechem!
Lubomir mówił daléj:
— Ale przyszła chwila, w któréj oczom moim ukazał się kwiat czarownéj piękności, serce moje ujrzało i odgadło upragnioną oazę... — Było to znowu wierne powtórzenie słów, wyrzeczonych do mnie przed kilku laty. Po tym nowym popisie zadziwiającéj pamięci, jaką posiadał, Lubomir milczał chwilę, jakby zbierał wszystkie swe siły na wyrzeczenie jakiegoś wielkiego, czy ostatecznego słowa, aż w końcu wymówił z wybuchem przerażającéj rozpaczy w głosie:
— Biada mi! na oazie téj osiadł kto inny; dla mnie zostały drogi cierniste, wiodące do blizkiéj... mogiły!
Był to koniec apostrofy, ułagodzonéj według okoliczności. Nastało parę minut milczenia.
— Panie! — ozwał się po chwili cichy i drżący głos Zeni — ludzie, którzy się rozumieją, ludzie, którzy posiadają bratnie duchy, mogą oderwać się od ziemi i więzów ziemskich, a szukać pociechy w wyższych sferach marzeń i lepszego życia.
Po tych wyrazach Zeni odetchnęłam swobodniéj. Była to bowiem jeszcze historya serca, zawieszonego na promieniu księżyca.
— Pani! — odpowiedział Lubomir — okrutna natura utworzyła człowieka w ten sposób, że lubo duch jego unosić się zdoła w podniebne sfery, nie dotknięte nieczystém tchnieniem téj ziemi, toć jednak nie może on oderwać się całkiem od téj pierwotnéj matki swojéj...
— Brawo! — pomyślałam — otóż bohater cnoty zmienia się w węża-kusiciela.
— Pani! — ciągnął pan Lubomir — jestem człowiekiem zupełnie duchowym, niemniéj jednak spojrzenie twoich cudownych oczu, zwrócone na mnie, dotknięcie twéj ręki śnieżnéj, a nawet choćby szelest twéj szaty, wprawia mnie we wszystkie zachwyty i rozkosze, właściwe śmiertelnikom..
Tu posłyszałam szelest jedwabnéj sukni, sprawiony jakby gwałtowném usunięciem się Zeni. Zarazem z piersi jéj wydarł się okrzyk, złożony z łez, bojaźni, gniewu i upojenia: — O, panie!
Zadrżałam. Pojęłam całą głębokość przepaści, nad jaką Zenia stanęła z nierozwagą rozpieszczonego dziecka, z zaślepieniem kobiety, czującéj dolegliwą pustkę w sercu i życiu.
Wahałam się, czy mam wejść do salonu, czy zostać, czy odejść w inną stronę. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek w życiu znajdowałam się w podobnym kłopocie.
W salonie tymczasem słyszałam kolosalne westchnienia Lubomira i cichy szept jego, który w uchu mojém brzmiał przykro, demonicznie jakoś. Nagle w dalszych pokojach dały się słyszeć powolne i głośne męzkie stąpania. Po chwili ozwał się w salonie głos Michała. Wymawiał zwyczajne powitalne słowa, ogólnikowe frazesy, od jakich zwykle rozpoczynają się rozmowy w salonach; ale sposób, jakim mówił, intonacya jego głosu była tak dziwna, że aż mi się serce mocno ścisnęło. Po sztucznych wybuchach sztucznych uczuć, jakich przed chwilą niewidzialnym byłam świadkiem, z większą jeszcze wyrazistością brzmiały mi w uszach dźwięki istotnie zranionego serca, jakie, pomimo zwyczajności rozmowy, wychodziły z piersi Michała. Lubomir oddalił się w kilka minut po wejściu gospodarza domu. Słyszałam, że Michał razem z nim opuścił salon, a w kilka sekund potém otworzyły się z trzaskiem drzwi budoaru i wbiegła przez nie Zenia z czołem bardzo bladém, dwoma szkarłatnemi rumieńcami, wyciśnionemi na policzkach, drżącemi usty i oczyma błyszczącemi od łez.
Trudno opisać stan, w jakim upadła na kanapę, zakrywając sobie oczy, drżąc, wzdychając, łkając. Było to najokropniejsze pomieszanie upojenia, wyrzutów, sobie saméj czynionych, trwogi, żalu i t. d. Uspokoiwszy się nieco, wyznała mi z drżeniem, że Lubomir w zapale miłosnych oświadczeń ukląkł był przed nią, i że w téj saméj właśnie chwili wszedł do salonu Michał, a lubo obejście się jego było takie, jak gdyby nic wcale nie spostrzegł, to jednak Zenia nie była pewną, czy w istocie tak było, czy tylko tak udawał.
Wtedy, nie mogąc powstrzymać się dłużéj, powiedziałam jéj z energią, z jaką dotąd nigdy nie przemawiałam do niéj:
— Kochana Zeniu, zdradzasz zaufanie i ranisz serce człowieka zacnego i który cię szczerze kocha, narażasz siebie i jego na najokropniejsze nieszczęścia. Ale wyjdźże teraz do twego przedpokoju i zobacz, czy człowiek, dla którego to wszystko czynisz, któréjkolwiek z pokojówek twoich nie powtarza w téj chwili tego, co przed kilku minutami mówił ci na klęczkach.
Zenia zerwała się i stanęła przede mną z rozpłomienioną twarzą i wzrokiem.
— Co? co mówisz? — krzyknęła.
Najkrócéj, jak tylko mogłam, ale nie opuszczając żadnego szczegółu, opowiedziałam jéj wszystko, co zaszło przed kilku laty pomiędzy mną a Lubomirem. Patrzyła na mnie szeroko otwartemi oczyma, a gdy skończyłam mówić, zaśmiała się z przymusem i rzekła:
— Jak widzę, Wacławo, omyliłam się na tobie. Miałam cię za osobę nieprzystępną żadnemu kłamstwu, tymczasem widzę, że dla wyleczenia mnie, jak powiadasz, z moich złudzeń, jesteś zdolną skomponować podobnie potworną historyą...
Słowa te lepiéj, niż wszystko, dały mi miarę o sile wrażenia, jakiemu ulegała. Pomimo całego współczucia, jakie miałam dla niéj, widziałam, że rola moja była zupełnie skończoną, i że nic a nic poradzić nie mogłam przeciwko złemu, które ją unosiło.
— Skoro więc mnie nie wierzysz — rzekłam — niech między nami nigdy więcéj mowy o tém nie będzie.
— Bardzo dobrze — odpowiedziała Zenia z porywczością i stanowczością kobiety, która w każdym, kto nie schlebia jéj urojeniu i pragnieniom, gotowa jest widziéć swego śmiertelnego wroga.
I w istocie mijały dnie, a Zenia nie zwierzała się już wcale przede mną. Mało zresztą ją widywałam, bo więcéj, niż kiedy, zajmowały mnie uczennice moje, które tak prędko już opuścić mnie miały.
Nie wiedziała-bym nawet o tém, czy Lubomir wrócił lub nie ze swéj wycieczki, gdyby nie Emilka, która, będąc parę razy u Zeni, słyszała o tém, że jest jeszcze nieobecny, i że nikt dotąd żadnéj nie otrzymał o nim wieści.
Zenia przez cały ten czas była blada i zamyślona, mniéj oddawała się towarzystwu, a o ile mogłam wnieść, widując ją od czasu do czasu, całe dnie trawiła, leżąc na kozetce z oczyma wlepionemi w sufit, albo w książkę romansową, a całe wieczory przesiadywała u okna, patrząc na księżyc, kiedy zaś księżyca nie było, na gwiazdy albo na chmury. Znalazłam ją parę razy nad księgą marzeń i nad księgą łez; w piérwszéj coś rysowała, a w drugiéj coś pisała, ale ponieważ nie zażądałam, aby mi pokazała na nowo tę skarbnicę swoich tajemnic, nie widziałam nowych grobowców i nie czytałam nowych ód i elegii, jakie tam przybyć musiały.
Michał wyjeżdżał na wieś, powracał, znowu odjeżdżał i wracał, a ile razy go spotykałam, całował mnie w rękę na powitanie i pożegnanie, ale ani jednego słowa, oprócz zwyczajnego dzień dobry i do zobaczenia, nie wyrzekł do mnie. Zdaje mi się, że przez cały ten czas do nikogo nie mówił, lubo obejście się jego było niezmiernie uprzejme i grzeczne, a wyraz twarzy łagodny, jak dawniéj, z dodatkiem tylko cierpienia, usilnie ukrywanego w głębi źrenic...
Nie pamiętam dobrze, ile w ten sposób minęło tygodni, zdaje mi się jednak, że nie mniéj, jak pięć lub sześć, i tylko już parę miesięcy zostawało do dnia, w którym miałam pożegnać uczennice moje, a zarazem zaprzestać codziennego uczęszczania do domu Zeni.
Pewnego ranka weszłam, jak zwykle, bocznemi wschodami do gabinetu, w którym przy okrągłym stole siedziały już moje panienki, czytając, pisząc i oczekując na mnie.
Zdjęłam okrycie, kapelusz i miałam wraz z niemi zasiąść do codziennych prac naszych, gdy otworzyły się z trzaskiem drzwi i wpadła przez nie panna służąca Zeni, ze wszelkiemi oznakami pomieszania i przestrachu na twarzy.
— Panienko! — zawołała, zwracając się do mnie — pani nasza dostała okropnego nerwowego ataku, i woła na gwałt, że chce się widziéć z panienką!
Naturalnie pobiegłam natychmiast do sypialni Zeni. Tylko co znać zerwała się z pościeli, bo leżała na kozetce, owinięta tylko fałdzistym penioarem i z rozrzuconemi włosami. Gdy ujrzała mnie wchodzącą, wybuchnęła głośnym, spazmatycznym śmiechem i płaczem, śród którego nie była zdolną ani jednego przemówić słowa. Domyślając się, że coś nadzwyczajnego wydarzyć się musiało, usunęłam służącą i sama trzeźwić ją zaczęłam, a gdy oblewałam jéj twarz rzeźwiącemi płynami i, klęcząc przy niéj, starałam się rozgrzać ręce jéj, zimne jak lód, pomimo, że twarz miała rozpaloną od łez i gorączki, spostrzegłam, że w dłoni zaciśniętéj konwulsyjnie trzymała zmięty i w kilku miejscach podarty papier.
Po upływie kwadransa dopiéro otworzyła oczy i spojrzała na mnie przytomniejszym już nieco wzrokiem. Zarazem zalała się znowu łzami i, podając papier, który spostrzegłam wprzódy w jéj ręku, łkając, zawołała:
— Weź to, weź, Wacławo! przeczytaj! ten człowiek jest potworem, niegodziwcem, obłudnikiem! Niéma szlachetnych ludzi na świecie! nie warto żyć na téj nędznéj ziemi! lepiéj, o! sto razy lepiéj umrzeć!
Wzięłam z jéj ręki papier, który mi podawała, a po chwili, gdy zmęczona i spłakana, przymknęła oczy, usiadłam przy oknie, aby go przeczytać. Był to list. Rzuciłam naprzód okiem na podpis i wyczytałam imię światowéj przyjaciółki Zeni, z którą odbyła ostatnią podróż za granicę, a o któréj wiedziałam, że będąc brzydką i posiadając majątek zadłużony, z całego serca nienawidziła Zeni za jéj wdzięki i bogactwo, co wcale nie przeszkadzało jéj omdlewać nieledwie z radości i zachwytu na widok Zeni, i nazywać się jéj kochającą i wierną do grobowéj deski przyjaciółką.
Wiedziałam także, że wierna ta do grobowéj deski przyjaciółka mieszkała w okolicy, w któréj położone były majątki Lubomira. Czytałam list od początku i coraz mocniéj się dziwiłam, coby w nim tak bardzo Zenię obejść mogło. Były tam same fraszki, narzekania na nudy wiejskie, ubolewania nad rozłączeniem z Zenią, komplementa, czułości, prowincyonalne komeraże, nakoniec podpis, ozdobiony francuzkim dodatkiem toute-à-vous. Ale po tym podpisie następowało post scriptum i zawierało następne słowa:
„O mało nie zapomniałam ci donieść, mon coeur chéri, że byłam wczoraj na weselu, ale na jakiém-że weselu! Na weselu najosobliwszém i najpocieszniejszém, na weselu najokropniéj rococo ze wszystkich wesel, które kiedykolwiek odbyły się na kuli ziemskiéj. Ażebyś jednak lepiéj rzecz zrozumiała permettez, mon coeur, que je remonte un petit peu au déluge. Czy pamiętasz owę panią Sabinę, którą spotkałyśmy u wód kilka lat temu, wdowę i jedyną spadkobierczynią po milionowym swym małżonku, owę panią Sabinę, która to raważe czasu tak artystycznie ukrywać zwykła była pod warstwami bielidła i różu, która z taką niezmordowaną walecznością walczyła przeciwko swym sześćdziesięciu wiosnom w kontredansach i polkach, i z tak niezmordowaną wytrwałością goniła figlarnego bożka hymenu po wszystkich balach i drogach tego świata? Czy pamiętasz tę panią tak rococo, o któréj powiadano, że posiada nie wiem już ile setek morgów ziemi, nie wiem już ile tysięcy rubli i brylanty takiéj prawie wartości, jak te, które mają zaszczyt przyozdabiać koronę Szacha Perskiego? Jeśli jéj dobrze nie pamiętasz, to przypomnij ją i postaw przed swoją wyobraźnią tę damę rococo z jéj różem i bielidłem, z jéj sześćdziesięciu wiosnami, z jéj olbrzymim bukietem polnych kwiatów, jaki zwykle dźwigała w swéj rączce, z jéj setkami morgów, nakoniec, tysiącami rubli i brylantami, postaw ją przed swą wyobraźnią bardzo wyraźnie, dans tous ses atours attreyants et rococo i dowiedz się, że byłam na jéj weselu! A, widzę jak prześliczne twe oczki błysną ciekawością, jak uśmiech niedowierzania otwiera twe różanne usteczka, jak twoja nóżka mignonne uderza z niecierpliwością posadzkę i pytasz: kto był pan młody? kto jest ten szczęśliwiec, co posiadł sześćdziesiąt wiosen wdowy po milionerze, setki morgów, tysiące rubli i brylanty nakształt korony Szacha Perskiego?
„Ah! mon coeur! voilà ce qui est tout-à-fait rococo. Szczęśliwcem tym jest... pan Lubomir!
„Nie wystawisz sobie, co za esklander sprawiło w okolicy naszéj to małżeństwo. Nikt uszom swoim wierzyć nie chciał, gdy zaczęto o niém mówić, ale rzecz została zupełnie wyjaśnioną, gdy kilka dni przed ślubem pan Lubomir publicznie wyrzekł w pewném towarzystwie, że po długich wędrówkach śród wydm piaszczystych i jałowych, znalazł nakoniec uroczą oazę, na któréj spocznie już na zawsze chora dusza jego i serce zmordowane w szkole nieszczęść!
„C’est sublime! n’est-ce-pas mon coeur? tém bardziéj, że „oaza” ma rozległości nie pamiętam już ile setek morgów. Le fait est, że pan Lubomir podobno nadrujnował nieco spuściznę, po pradziadach otrzymaną, a pani Sabina niczego więcéj nie pragnęła, jak brzękiem swoich rubli i połyskiem swych brylantów zwabić ku sobie figlarnego bożka hymenu.
„Podziwiam niestałość i lekkomyślność mężczyzn. On, pan Lubomir, który dwa miesiące temu tak gorącą pałał admiracyą dla twych nieporównanych wdzięków (wybacz, że ci to mówię, mais entre amies point des façons) on, w kilka tygodni po oddaleniu się od ciebie, osiadł na oazie morgów, rubli, brylantów i uróżowanych sześćdziesięciu wiosen pani Sabiny. Voilà le monde tel qu’il est. Mogę cię zapewnić jednak, że w czasie ślubu trzydziestokilkoletni pan Lubomir obok sześćdziesięciokilkoletniéj swéj oblubienicy miał minę on ne peut plus pitoyable, a cała para wyglądała on ne peut plus rococo. Na weselu ze śmiechu i ze złości zgryzłam moję batystową chusteczkę do połowy.”
Na tém kończył się dopisek.
Ktoś kiedyś powiedział, że w listach kobiecych cały interes mieści się zwykle w post-scriptum. Uwaga ta zupełnie zastosować się mogła do pisma, które trzymałam w ręku. List ten napisany był widocznie dla możności umieszczenia post-scriptum. Kochająca i wierna do grobowéj deski przyjaciółka dopięła swego celu. Zenia leżała na kanapce bez ruchu i mowy, przybita, zgnębiona, chora.
Pół godziny upłynęło, zanim zdołała podnieść ręce ciężkie, gorące i powiodła niemi po twarzy, jak osoba, która się budzi.
— I jakąż to ja okropną odegrałam rolę! — szepnęła — za kogóż on mnie miał? jak ośmielił się wziąć mnie za cel żartów swych, czy rozrywki?
Milczała, trzymała oczy upornie w jeden punkt utkwione, a potém wyrzekła zcicha i z załamanemi rękoma: — Niéma szlachetnych ludzi na ziemi! niéma prawdziwéj miłości na świecie!
Jeszcze w pół godziny potém wstała z ciężkością, ubrała się niedbale i w milczeniu, a gdy po odejściu służących zostałyśmy znowu sam na sam, podniosła na mnie wzrok z nieśmiałością i spytała, czy przebaczę jéj kiedy za to zaślepienie, z jakiém odtrącała moje rady i posądziła mnie nawet o kłamstwo? Naturalnie z uśmiechu mego i słów, które do niéj wymówiłam, poznała, że nigdy nawet obrażoną się nie czułam.
— A on czy mi przebaczy? — szepnęła drżącemi wargami i przezroczysty rumieniec pokrył jéj blade czało. Potém, nie czekając mojéj odpowiedzi, pociągnęła za dzwonek i powiedziała służącéj, aby oznajmiła panu, że chce się z nim widziéć.
Gdy mówiła to, w oczach jéj czytałam silne postanowienie wyznania wszystkiego mężowi, ale zarazem ręce jéj drżały i przezroczysty rumieniec coraz głębszego nabierał szkarłatu. Służąca wyszła na moment; a potém wróciła, niosąc w ręku bilecik, w którym Michał oznajmił żonie, że na kilka dni wyjeżdża na wieś, a sprawy, powołujące go tam, są tak pilne i niecierpiące zwłoki, że widzi się zmuszonym odjechać bez pożegnania.
— Pan odjechał w parę godzin po północy — dodała sługa.
Wyrazy listu były uprzejme, ale nie czułe, przy końcu pan Michał całował ręce Zeni, ale nie podpisał się jéj mężem, tylko szczerym i wiernym przyjacielem. Zenia położyła list ten przed sobą na stole, załamała ręce i siedziała, wpatrując się w pismo męża bez ruchu, strasznie blada, tylko usta jéj drżały chwilami, a z oczu od czasu do czasu spływały łzy i padały na papier. Cały dzień przepędziłam przy niéj, usiłując z całéj mocy pocieszyć ją i wzmocnić na duchu. Lecz wstrząśnienie, jakiemu uległa, było zbyt silne, aby do reszty nie zachwiało jéj organizmu, i tak już zmęczonego i rozstrojonego. Nad wieczór dostała dreszczów, bólu głowy i położyła się do łóżka. Posłałam do mojéj matki z oznajmieniem, że tego dnia nie wrócę do domu, i do Emilki, aby coprędzéj przybywała. Około północy choroba Zeni przybrała tak zastraszający charakter, że u łoża jéj stało dwóch lekarzy, a ja wysłałam do Michała sztafetę z oznajmieniem o nagłém zasłabnięciu jego żony.
Przyjechał nazajutrz, blady i drżący, i stanął nad łóżkiem Zeni, która go nie poznała. Nie poznawała nikogo, była zupełnie nieprzytomną; lekarze oznajmili silną nerwową gorączkę, zapewniając zarazem, że przy pośpiesznym i pilnym ratunku niebezpieczeństwo zostanie wkrótce usunięte.
Głucha cisza zapanowała w tém, tak ożywioném i gwarném niedawno, mieszkaniu. Promyki słońca letniego z trudnością torowały sobie drogę przez okna sypialni Zeni, szczelnie zasłonięte firankami, wązkiemi nićmi ślizgały się po kilku twarzach bladych i smutnych, które tam przesuwały się w mroku. Pomiędzy twarzami temi była jedna najbardziéj blada, ale zarazem najłagodniejsza, najwytrwalsza. Przez kilkanaście dni choroby Zeni, Michał nie oddalał się z jéj pokoju ani na godzinę. Ja z Emilką czuwałyśmy także nad nią z kolei, ale którakolwiek z nas wchodziła do mrocznego pokoju, czy to w dzień, czy to w nocy, była zawsze pewną znaléźć tam jego. I dziwny to był zaprawdę widok tego atletycznego mężczyzny, który, z trudnością utrzymując równowagę swego ciała, stąpał na palcach po kobiercu bez najmniejszego szelestu. Przy każdém głośniejszém odetchnięciu choréj pochylał się nad nią z troskliwością matki i tulił jéj rozpalone ręce w swoich grubych dłoniach tak miękko i delikatnie, jakby to mogła uczynić najczulsza kobieta. Gdy spała, temi samemi rękoma, które tak niezgrabnie wyglądały w salonach, usuwał rozrzucone włosy z jéj gorącego czoła tak lekko, że tego nie czuła, a gdy się obudziła, podawał jéj lekarstwa z punktualnością lekarza lub matki, czuwającéj nad swém najmilszém dzieckiem.
Raz przeprowadzał lekarzy do przedpokoju i słyszałam, jak mówił, ściskając ich ręce:
— Ratujcie ją panowie! nie szczędźcie niczego! sprowadzajcie lekarstwa choćby na wagę złota, choćby z drugiego końca świata! cały majątek mój jest do waszego rozporządzenia.
Okropny niepokój wstrząsał jego twarzą, gdy to mówił, ale kiedy powrócił do pokoju choréj, na ustach miał uśmiech łagodny, którym starał się uspokoić i pocieszyć nas wszystkich: ściskał ręce moje i Emilki, dziękując nam za czułość, okazywaną dla jego biednéj żony.
I dziwna rzecz! ten człowiek, tak miękkiego charakteru, tak dotkliwie i z wielu stron ugodzony w samo serce, nie zapłakał ani razu przez cały ciąg tych kilkunastu długich dni, spędzonych na ustawiczném czuwaniu nad chorą i nieprzytomną kobietą. Tylko raz, gdy w gorączce wymówiła głośno jego imię, zadrżał i widziałam, jak jedna wielka łza zakręciła się w jego oku.
Ale w dniu, w którym minęło wszelkie niebezpieczeństwo, i Zenia odzyskała przytomność, Michał wysunął się z cicha z jéj pokoju i nie wrócił, aż wezwała go sama. A i wtedy ograniczył się do ucałowania jéj ręki, usiadł przy jéj łóżku w milczeniu, i ani jednym wyrazem, ani jedną oznaką nie rzucił jéj swéj czułości, nie dał jéj poznać, że był dla niéj czémś więcéj, niż troskliwym i serdecznym przyjacielem.
Zenia prędko przychodziła do siebie; powstała z choroby bardzo zmieniona; całkiem prawie utraciła swę żywość i wielomówność. Serce, sumienie i miłość własna cierpiały w niéj jednocześnie. Milczała prawie ciągle, w długich pogrążona zadumach, i tylko niememi oznakami okazywała mnie i Emilce przywiązanie swe i wdzięczność za starania, jakie podejmowałyśmy około niéj w jéj chorobie. Michał, od chwili jéj wyzdrowienia, rzadko przychodził do jéj pokoi, zawsze wtedy tylko, gdy go wzywała, i zachowywał z nią ciągle obejście się czysto przyjacielskie, bez żadnéj domieszki żywych uczuć, w których objawieniu tak niezmordowanym był dawniéj. Zenia z pewną nieśmiałością podnosiła nań oczy, ile razy przychodził, i zaledwie miała siłę od czasu do czasu zamienić z nim kilka wyrazów. Czuła się znać bardzo winną względem niego, a przytém żywo miała w pamięci owę scenę, w któréj Lubomir klęczał przed nią, a któréj była pewną, że mąż jéj był mimowolnym świadkiem. Ja także, patrząc na Michała, podzielałam zdanie Zeni, że musiał on o wszystkiém wiedziéć, wszystko przenikać, co od lat kilku działo się w sercu i umyśle jego żony. Była pewna męzka duma i wielka delikatność w tém całkowitém zaprzestaniu okazywania miłości kobiecie, o któréj mniemał, że go nie kocha, a obok tego przyjaźń, troskliwość i pełne uszanowania względy, z jakiemi nie przestawał się z nią obchodzić, miały w sobie pewną rozrzewniającą, głęboką stronę, pewną bohaterskość nieledwie. Czuła to Zenia, bo spostrzegłam, że zapadłe, zmęczone chorobą i ciężkiemi myślami jéj oczy, spoczywały często na twarzy męża z wyrazem gorącym i pełnym trwogi jednocześnie, ale ilekroć on zwracał na nią łagodne spojrzenie, w którego głębi palił się przejmujący nawskróś smutek, spuszczała wzrok i przezroczysty rumieniec pokrywał jéj pochylone czoło. Wstydziła się i lękała zarazem; niekiedy z przyśpieszonym oddechem zdawała się oczekiwać od męża jakiéjkolwiek z tych oznak gorącéj miłości, jakiegokolwiek z tych czułych wyrazów, któremi tak hojnie osypywał ją niegdyś; ale Michał witał ją zwykle pełném szacunku pocałowaniem w rękę, rozmawiał z nią z przyjaźnią i łagodnością, ale mało i zawsze z daleka; spełniał jéj wszystkie życzenia, odgadywał i uprzedzał je nawet, jak dawniéj, ale bez dawniejszych pieszczot i uniesień. Okazywał się, słowem, niezmordowanym i wiernym w całém znaczeniu tego wyrazu przyjacielem, ale unikał wszystkiego, co-by mogło przypomniéć jéj, że był jéj mężem, że kochał ją niegdyś najgorętszą miłością kochanka. Stosunek ten jednak był tak naprężonym, że z dnia na dzień oczekiwać można było jego przesilenia się i rozwiązania. Tego rozwiązania lękałam się bardzo dla Zeni, bo sama już nie wiedziałam, co mam myśléć o usposobieniu dla niéj i zamiarach Michała, tak czułość, jaką okazywał w jéj chorobie, sprzeczną była z powagą jego teraźniejszego obejścia się z nią, taki wyraz stanowczości czytałam na jego twarzy obok cierpienia, które ciągle płonęło w głębi źrenic i twarz tę, o pospolitych rysach, lecz pobladłą teraz i pełną wyrazu, czyniło, jeżeli nie piękną, to przynajmniéj bardzo zajmującą i szlachetną.
Myślałam, że może, zraniony i obrażony tak w miłości własnéj, jak w najżywszych uczuciach, jakie miał dla żony, zechce się z nią rozstać, i z niewymowną trwogą myślałam o przyszłości, jaka-by w takim razie czekała Zenię. To samo przypuszczenie musiało nasuwać się na myśl młodéj kobiecie, bo raz, gdy Michał, pocałowawszy ją, jak zwykle, w rękę, z uszanowaniem, lecz chłodno, i zapytawszy, czy nie ma na jutro jakich życzeń, odszedł do swoich pokoi, rzuciła się mi na szyję i zawołała z płaczem:
— Wacławo! powiedz mi, co on myśli? co on czuje? O! wolała-bym sto razy, aby mi czynił najsroższe wyrzuty, niż tę jego przyjaźń chłodną, to jego uszanowanie, jakby obowiązkowe! Czyżby mnie przestał kochać? Czy mną pogardza? O! czuję, że nie przeżyła-bym tego!
Trzymając ją w mém objęciu, drżącą i rozpłakaną, gdy wymawiała te wyrazy, czułam, że piérwszy raz myśl o śmierci nasuniętą jéj została nie przez rozbujałą wyobraźnią, ale przez głęboką boleść serca, żałującego i strwożonego.
Pewnego dnia nakoniec, gdy Zenia, zupełnie już zdrowa, wyszła do bawialnego pokoju i z haftem swym w ręku usiadła pomiędzy mną a Emilką, wszedł Michał. Powitał nas, jak zwykle, ale nie mogłam nie spostrzedz, że bladość jego twarzy większą była dnia tego i zwiększył się także wyraz stanowczości, jaki od pewnego czasu spostrzegałam w jego oczach.
Usiadł naprzeciw nas i zamienił z nami kilka powszednich frazesów. Przez cały czas nie odrywał wzroku od Zeni, która trzymała oczy spuszczone na robotę.
— Jakże się dziś czujesz, droga Zenono? — ozwał się w końcu do niéj, (od czasu jéj choroby nie wymówił ani razu jéj imienia dawnym, spieszczonym sposobem).
— Zupełnie dobrze — odpowiedziała Zenia, nie podnosząc oczu.
— Czy tylko zupełnie dobrze? — powtórzył pytanie Michał, bacznie się w nią wpatrując.
— Zupełnie — powtórzyła.
Zdaje mi się, że stłumił westchnienie, powstał, przeszedł się parę razy po pokoju, stanął naprzeciw nas i znowu odszedł, popatrzył chwilę przez otwarte okno i wrócił na swoje miejsce z zupełnie spokojną twarzą. Tylko wargi drżały mu trochę.
Usiadł i zwrócił się do żony:
— Ponieważ czujesz się już zupełnie dobrze, i zresztą lekarze wczoraj mi powiedzieli, że więcéj nie wrócą i wracać nie mają po co, trzeba, kochana Zenono... trzeba...
Tu zatrzymał się nagle i po chwili dopiéro dokończył:
— Trzeba, abym pomówił z tobą o rzeczach bardzo ważnych. — Podniosłyśmy się z Emilką jednocześnie, aby nie być natrętnymi świadkami rozmowy dwojga małżonków. Ale Michał powstrzymał nas pełnymi uprzejmości, a zarazem powagi, giestem.
— I owszem — wymówił — pozostańcie panie z nami i bądźcie obecnemi temu, co powiem mojéj żonie. Jesteście jéj siostrami, przyjaciółkami; nie sądzę więc, aby wasza obecność przy niéj w jakimkolwiek wypadku mogła jéj być natrętną. Nie prawdaż, droga Zenono?
Zenia skinęła głową potwierdzająco. Robota z rąk jéj wypadła, oczy utkwiła w ziemię; była bardzo blada i widocznie powstrzymywała z całéj siły łzy, co się jéj cisnęły do oczu. Gdyśmy usiadły, Michał znowu zwrócił się do żony i mówić zaczął:
— Naprzód, droga Zenono, proszę cię, abyś była pewną, że nie mam zamiaru czynić ci jakichkolwiek wyrzutów, bo gdybyś coś podobnego przypuszczała, mogło-by ci to przykrość sprawić. Wszak nie spodziewasz się, abym ci czynił wyrzuty, nie prawdaż?
Mówiąc to, patrzył na nią z tak błagalnym wyrazem, jakby ją o największą prosił dla siebie łaskę. Zenia w milczeniu potwierdzająco skinęła głową.
— Dziękuję ci — wyrzekł Michał. — Ponieważ więc jesteś przekonaną, że nie zamierzam mówić z tobą dlatego, aby czynić ci wyrzuty, a przez to sprawiać ci przykrość, powiem, co mam na sercu i w głowie, krótko i śmiało.
Odetchnął głęboko. W całéj twarzy jego znać było wysilenie, jakie czynił nad sobą, aby prowadzić daléj rozmowę w tym samym, spokojnym tonie, w jakim ją rozpoczął.
Zenia nie podnosiła oczu i siedziała, jak skamieniała, usiłując ukrywać łzy za spuszczonemi powiekami.
Po kilku sekundach Michał cichszym trochę, niż zwykle, ale pewnym głosem, zaczął mówić:
— Droga Zenono! małżeństwo nasze nie jest szczęśliwe. Zrozumiéj mnie tylko dobrze. Kiedy mówię o nieszczęściu, mówię o tobie, nie o sobie. Dlaczego ty nie jesteś szczęśliwą? oto pytanie, które od kilku lat zadawałem sobie codzień. Nie wiedziałaś o tém, że zadawałem sobie to pytanie. Mniejsza o to! tak jednak było. Nie mam siebie za człowieka rozumnego, i owszem, jestem pewny, że nie posiadam tego, co się nazywa rozumem; mimo to jednak, nie byłem ślepy, ani głuchy, i doskonale rozumiałem, że nie jesteś szczęśliwą, i pytałem siebie ciągle, ciągle, dlaczego nie jesteś szczęśliwą? Zdaje mi się, że pytanie to okręciło się około mego serca, jakby się naprzykład okręcił około niego wąż, gdyby się znajdował w mojéj piersi. To téż doprawdy myślałem czasem, że mam w piersi węża, który mnie kąsał. Ale mniejsza o to! nie o tém chcę mówić. Był czas, że powiedziałem sobie: ona musi być szczęśliwą! i robiłem wszystko, co mogłem, aby się tak stało. Nikt zaprzeczyć nie może, że robiłem wszystko, co mogłem, abyś była szczęśliwa, i sumienie moje nie zaprzecza temu. Ale niewiele widać mogłem. Przed kilku tygodniami, nie mam potrzeby mówić, kiedy mianowicie i z powodu jakiéj okoliczności, powiedziałem sobie piérwszy raz: ona nie może być szczęśliwą! Nie mogę powiedziéć, ażeby po tém powiedzeniu mojém wąż, który się był okręcił około mego serca, stał się mniéj zjadliwym lub mniéj ciężkim do noszenia. Owszem, zdaje mi się, że się stał daleko złośliwszym. Ale nie myślałem o nim, a myślałem już tylko o tém, że ty takiego samego węża nosisz w swéj piersi i że to ja, ja ci go tam włożyłem...
Przy ostatnich wyrazach po raz piérwszy głos mu zadrżał trochę, odetchnął znowu szeroko i znowu zaczął mówić:
— Kiedy byłaś chorą, droga Zenono, kiedy widziałem, że ten wąż, który się około twego serca owinął, może cię śmiertelnie ukąsić i że możesz od tego umrzéć, powiedziałem sobie: powinienem wyjąć tego węża z jéj piersi; to do mnie należy, bo z mego powodu ona go nosi! Siedząc przy tobie choréj długo, długo, patrząc na twoję twarz, tak okropnie zmienioną, nie wiem już, przez ile dni i nocy, bom wtedy ich nie rachował, myślałem ciągle o tém, jakby ci to tego węża z piersi wyjąć. I obmyśliłem...
Zatrzymał się. Nagle rumieńce wybiły się na jego twarz bardzo bladą, powstał i, jednę rękę opierając na poręczy krzesła, drugą przyciskając do piersi, jakby chciał tém powstrzymać bolesne wicie się tego węża, o którym mówił, dokończył:
— Nie jesteś szczęśliwą ze mną, nie możesz być szczęśliwą ze mną; trzeba zatém, abyśmy się rozstali!...
Krzyk Zeni odpowiedział mu na te wyrazy. Porwała się z miejsca, blada śmiertelnie, wyciągnęła do niego drżące ręce i zawołała:
— Michale!
Zbliżył się do niéj, spokojny i poważny, wziął jéj ręce, uścisnął je i posadził ją znowu na kanapie.
— Masz dobre serce — mówił ze smutnym uśmiechem — przeżyłaś ze mną lat kilka, przywykłaś do mnie i dlatego to piérwsza myśl o rozstaniu się naszém sprawia ci przykrość. Ale ja nie powinienem i nie mogę korzystać z tego piérwszego wrażenia twego. Wiem, co robię, i postanowienie moje nie przyszło mi z łatwością, a zatém nie jest ono lekkomyślnie powzięte. Posłuchaj daléj. Żeniąc się z tobą, kochałem cię bardzo i może dlatego, że cię tak kochałem, nie spostrzegłem, iż niestosowna z nas będzie para.
Jam człowiek z ludu. Bogactwo, które posiadał mój ojciec, z którego ja piérwszy z familii korzystać zacząłem, nie dało mi téj ogłady, jaką mają ludzie, urodzeni i wychowani na wielkim świecie. Wykształcenia téż nie mam wielkiego, bo, zaledwie szkoły skończyłem, zacząłem dopomagać ojcu w gospodarstwie i do żadnych wyższych nauk nie brałem się nigdy. Jestem przytém brzydki i czuję, że w towarzystwie wyglądam na człowieka bardzo niezgrabnego. Te wszystkie wady i niedostatki moje są zapewne przyczyną, dla któréj kochać mnie nie możesz! Moja więc wina, że nie policzyłem się z niemi przed ślubem naszym i nie powiedziałem sobie: jesteś dla niéj niestosownym mężem, nie powinieneś zatém wchodzić jéj w drogę dlatego, aby ją uczynić nieszczęśliwą! Nie powiedziałem sobie téj prawdy może dlatego, że nie znałem siebie tak, jak dziś siebie znam, a prędzéj jeszcze dlatego, że kochałem cię bardzo i miałem nadzieję, że serce moje, zupełnie tobie oddane, zastąpi wszystko, czego mi brakuje. Otóż przekonałem się, że nic ono nie zastąpiło. Byłem starszy od ciebie, byłem mężczyzną, a więc więcéj doświadczonym, zatém powinienem był to przewidziéć; a że nie przewidziałem, to już moja wina, i proszę, abyś mi ją przebaczyła i przyjęła ode mnie wynagrodzenie takie, na jakie tylko stać mnie może.
— Michale! — przerwał mu powtórny okrzyk, wyszły ze ściśnionego gardła Zeni.
Michał uśmiechnął się znowu smutnie.
— Dobra jesteś, droga Zenono, — powtórzył — masz dobre serce, ale ja z twojego dobrego serca korzystać nie powinienem. Posłuchaj mnie do końca, a niewiele mam już do powiedzenia. Jak już mówiłem, nie uważam siebie wcale za człowieka rozumnego i nie jestem bynajmniéj filozofem; niemniéj jednak, przypatrując się światu i ludziom, utworzyłem sobie pewne wyobrażenie o rodzinie i o tém, czém ona jest na świecie i czém być powinna. My składaliśmy rodzinę nie taką, jaką ona być powinna, i nie żyliśmy tak, jak powinni żyć ludzie, którzy już nie są dziećmi i mają coś do zrobienia w swém życiu. Pomimo to jednak myślę, że nikt nie ma prawa w jednéj godzinie i bez długiego namysłu rozrywać związków rodzinnych; może się mylę, ale zdaje mi się, że te związki ważne są nietylko dla pojedyńczych ludzi, ale dla wszystkich ludzi, którzy składają ogół. Z tego powodu nie nalegam na ciebie, droga Zenono, abyś dziś, zaraz, przyjęła moję propozycyą, ale zostawiam ci czas do namysłu; abyś zaś mogła namyślić się bez przeszkody i bez wpływu, jaki-by na ciebie wywierać mógł mój widok, odjeżdżam na wieś i nie pierwéj wrócę, aż po miesiącu...
W téj chwili był tak blady, iż można było obawiać się, aby nie omdlał, ale obok tego jego postawa i twarz były tak spokojne, jakby rozmawiał o rzeczach, niesprawiających mu najmniejszéj przykrości. Milczał parę minut, w ciągu których ciche łkania Zeni przygłuszone zostały turkotem powozu, zajeżdżającego przed bramę domu. Na odgłos tego turkotu lekkie drgnienie przebiegło mu po twarzy. W mgnieniu oka jednak rysy jego stały się znowu nieruchome i poważne. Wziął Zenonę za rękę i przytłumionym, uroczystym nieledwie, głosem wymówił:
— W dniach, w których namyślać się będziesz o swéj przyszłości, niech ja ci przed oczyma nie stoję. O sobie myśl tylko, ale nie o mnie. Jestem mężczyzną i potrafię przenieść swój los, jakimkolwiek on będzie, wtedy, gdy ty, słaba kobieta, mogła-byś uledz i zginąć moralnie lub umrzéć fizycznie. Za nic w świecie nie chciał-bym być twoim zabójcą, ani w jedném znaczeniu, ani w drugiém. A czuję, że cokolwiek z tego dwojga stać-by się musiało, gdybyś żyła tak, jak dotąd żyłaś. Rozmyśl się więc. Jeżeli uznasz, że pomimo wszystkiego, czego mi brakuje, możesz poprzestać na mojéj miłości, wyjechać ze mną na wieś, rozpocząć życie, które-by ci było zdrowsze pod wszelkiemi względami, napisz mi o tém, a z najwyższém szczęściem wrócę do ciebie i przycisnę cię do mego serca, jako moję najdroższą żonę i jedyną kobietę, jaką kiedy kochałem i kocham. Jeżeli zaś przeciwnie, myśli twoje i serce twoje powiedzą ci, żem ja ciebie nie wart, że nie możesz ograniczyć się do tak miernego, jak ja jestem, człowieka, że ci trzeba takiego szczęścia, takich uczuć, jakich ja ci dać nie mogę; wtedy, droga Zenono... wtedy, nie myśląc wcale o mnie, ani o tém, co się ze mną stać może... co z tego powodu czuć ja mogę, napisz mi także, a przyjadę... ale przyjadę wtedy dlatego tylko, aby wszelkiemi możebnemi usiłowaniami rozwiązać to, co sam nierozważnie i na twoje nieszczęście związałem... i gdybym miał sam pojechać do Rzymu, i gdybym miał za to oddać cały mój majątek... będziesz wolną, Zenono... będziesz miała prawo szukać sobie gdzieindziéj szczęścia, jakiego przy mnie znaléźć nie mogłaś...
Zaledwie tych słów dokończył, otworzyły się drzwi od sali jadalnéj i lokaj, przybrany w podróżne odzienie, wyrzekł w progu:
— Powóz gotowy!
Michał pochylił się, przycisnął do ust rękę Zeni i wymówił z cicha tak, aby nie być posłyszanym przez służącego:
— Bądź co bądź, niech cię nigdy nie opuszcza wiara, że jakiekolwiek będzie twe postanowienie, ja zostanę dla ciebie na zawsze szczerym, wiernym i wdzięcznym przyjacielem za te lata, jakie z tobą spędziłem.
— Michale! — zawołała raz jeszcze Zenia, gdyż nic więcéj wymówić nie była zdolną. Ale Michał nie słyszał już tego okrzyku, bo szybkiemi krokami przebywał salę jadalną, i po chwili zamknęły się za nim drzwi przedpokoju.
Rzuciłam się do okna i widziałam, jak, wsiadłszy do powozu i sądząc zapewne, że nikt już z nas go nie widzi, przyłożył chustkę do twarzy i pochylił głowę, jak człowiek, który nakoniec poddaje się wielkiéj, tłumionéj dotąd wolą, boleści. Kiedy odwróciłam się od okna, Zenia stała na środku pokoju z załamanemi rękoma, z pałającym wzrokiem. Ale na twarzy jéj o tyle przynajmniéj było radosnego zachwytu, o ile bolesnego wzruszenia. Wyciągnęła do mnie załamane ręce i zawołała tonem naiwnego zdziwienia:
— Patrz, Wacławo, on mnie doskonale rozumié!
A potém złożyła ręce i dodała ciszéj:
— Znalazłam, nakoniec znalazłam!...
Rzuciła się do drzwi.
— Trzeba, ażeby wrócił natychmiast! trzeba, aby koniecznie wrócił!
Pociągnęłam ją do okna i wskazałam powóz, który w téj właśnie chwili znikał z przed naszych oczu na odległym zakręcie ulicy.
W piérwszych dniach po odjeździe Michała obawiałam się o zdrowie Zeni, tak ją ostatnia rozmowa z mężem wzruszyła, tak czuła się mu wdzięczną, tak go pokochała za tę wysoką szlachetność i bezinteresowność, jaką w postępowaniu z nią okazał. Dziesięć razy na dzień brała papier i pióro, aby do niego pisać, aby zakląć go, iżby do niéj wrócił, przebaczył jéj i aby zapomniał o wszystkiém, co zaszło pomiędzy nimi. Ale powstrzymywałam ją zawsze od tego niewczesnego kroku, bo byłam pewną, że Michał przypisał-by go piérwszemu wrażeniu Zeni, brakowi rozmysłu, jéj dobremu sercu, i że przez to krok ten pozostał-by bezskutecznym, coby im obojgu nową zadało boleść.
Byłam zdania, że lepiéj będzie, jeśli termin, naznaczony Zeni przez męża, upłynie całkowicie, i jeśli po tym upływie czasu dopiéro uczyni postanowienie, z dojrzałym powzięte namysłem, i objawi je mężowi.
Zenia przystała nakoniec na to moje zdanie, ale z trudnością.
Miesiąc, jaki miała do przebycia, wydawał się jéj wiekiem, którego kresu dojrzéć nie mogła; przywiązanie i szacunek, jakie czuła zawsze dla męża, wzrosły do potęgi najwyższego uczucia miłości, wdzięczności, uwielbienia niemal. Przyczyniło się do tego wiele wspomnienie doznanego zawodu, głęboko zraniona miłość własna, niezmierne zniechęcenie do świata, w którym szukała miłych wrażeń i szczęścia, a który ją, zawiedzioną, upokorzoną, znudzoną, zmęczoną, rzucił na łoże choroby.
Powoli umysł jéj uspakajać się zaczął, cała istota jéj ulegała stopniowéj zmianie, któréj dokonanie przyśpieszała wrodzona żywość jéj charakteru. Im uderzenie, którego doświadczyła, było silniejsze, im ostrzéj ugodziło ją ono w serce, imaginacyą i miłość własną, tém reakcya stawała się prędszą i bardziéj stanowczą. Tym razem prawdziwa wdzięczność należała się od Zeni owéj przyjaciółce do grobowéj deski, która zaostrzyła cios i niespodzianie rzuciła go na głowę młodéj kobiety. Ale o ileż większa jeszcze wdzięczność należała się od niéj człowiekowi, który wielkością swego serca i bezinteresownością swego uczucia pogodził ją z sobą, dowiódł jéj, że to, co posiadała już, było stokroć lepszém, niż to, za czém tak ślepo i gorączkowo goniła po świecie.
Do tego téż człowieka zwracały się teraz nieustannie myśli i uczucia Zeni. Po raz piérwszy wchodziła ona w siebie. Zastanawiała się, zdawała sobie rachunek z dni upłynionych marnie.
Pewnego dnia mówiła do mnie:
— Zdaje mi się, że to, co Michał mówił o związkach rodzinnych, o tém, że są one ważne, nietylko dla jednostek, ale i dla ogółu, jest wielką prawdą. Nigdy dotąd nie myślałam o tém. Było tak zapewne dlatego, że myślałam zawsze tylko o sobie.
Naturalnie, że nie szczędziłam czasu i słów, aby wyłożyć Zeni teoryą, jaką wyznawałam o społeczném znaczeniu rodziny, i parę godzin zeszło nam na rozmowie o tym przedmiocie.
— Ach! gdyby dziecię moje żyło! — westchnęła Zenia i łzy błysnęły w jéj źrenicach. — Gdyby dziecię moje żyło — powtórzyła — nic podobnego nie zaszło-by pomiędzy mną i Michałem. Byłam tak szczęśliwą, gdy je miałam!
Matka moja, obecna naszéj rozmowie i uwiadomiona przez Zenię o wszystkiém, co się jéj tyczyło, uśmiechnęła się żartobliwie i powiedziała, że jest pewną, iż ujrzy Zenię za jakich lat kilka, otoczoną całym wieńcem jasnowłosych główek i rumianych, pyzatych twarzyczek. Na co Zenia zarumieniła się, zaśmiała, spuściła oczy, ale nie powiedziała wcale, że matka moja fałszywym jest prorokiem.
Przestała bywać w świecie i całkiem prawie opuściła światowe swe znajomości. Cały czas przepędzała z nami i mówiła Emilce, że teraz doskonale już ją rozumié, bo i sama, gdy tylko z mężem odjedzie na wieś, myśli oddać się zawzięcie gospodarstwu: „aby przecie coś robić i zrobić w tém życiu.”
Im więcéj zbliżał się, upragniony przez Zenię, koniec miesiąca, tém zdawała się weselszą i zdrowszą. Rumieniec odkwitał na jéj twarzy, siły wracały, rzeźwo i z ochotą gotowała się do wyjazdu z miasta, wynajdowała mnóztwo sposobów prędszego przepędzenia czasu, dzielącego ją od dnia pożądanego, ale nie spostrzegłam, aby choć raz zajrzała do księgi Marzeń lub Łez.
Pewnego dnia wyszłyśmy na przechadzkę. Słońce zachodziło za góry, otaczające miasto, i ukośnemi promieńmi padało na ściany domostw i szyby okien. Ruch wielki był na ulicach. Dążyłyśmy do samotnego, zamiejskiego miejsca, gdzie-byśmy swobodnie użyć mogły letniéj woni i ożywczego pól powietrza. Nagle zatrzymane zostałyśmy długim szeregiem powozów, zaprzężonych pocztowemi końmi, które wszystkie stanęły naprzeciw otwartych na oścież wrót kościoła. Jedna z karet pokryta była kirem i widniała zeń czarna szata kapłana, w głębi kościoła widać było wzniesiony ozdobny katafalk i mnóztwo płonących świec jarzących. Z powozów wysiadało kilkanaście osób w żałobie, a pomiędzy niemi było kilka z daleka mi znajomych. Z karety, okrytéj kirem, liczna służba, ubrana w czarne płaszcze i białe galony, z pękami różnokolorowych wstęg na ramionach, wydobyła i uniosła do kościoła bogatą trumnę, z mirtowym wieńcem, złożonym na wierzchu, i z napisem, którego z dala nie mogłyśmy wyczytać. Wszystko zapowiadało bogaty pogrzeb; mirtowy wieniec, złożony na trumnie, oznajmiał, że spoczywały w niéj zwłoki dziewicy. Zaciekawiały nas podróżne powozy, w jakich przybył orszak pogrzebowy. Widocznie przybywał z dala, z obcych krajów może, bo kapłan, towarzyszący zwłokom, miał cudzoziemskie rysy; dosłyszałyśmy, jak do kogoś z orszaku przemówił słów kilka po włosku. Wiedzione ciekawością, spróbowałyśmy wejść do kościoła, co nie przyszło z łatwością, bo w mgnieniu oka zaległ go znaczny tłum ludu. Zdołałyśmy wprawdzie docisnąć się do wnętrza, ale o wyczytaniu nazwiska, wyrytego na trumnie, nie można było ani myśléć. A jednak dziwnemu ulegałam pragnieniu wyczytania tego nazwiska. Wieniec mirtowy, złożony na trumnie, cyfra lat, którąśmy dojrzały, kapłan mówiący po włosku, i twarze znajome, dojrzane w orszaku, wszystko to ściskało mi serce bolesnym domysłem. Ten sam domysł musiała powziąć i Zenia, bo, ściskając mi rękę, ciągnęła mnie na przód i szeptała: — zobaczmy, zobaczmy, czy to nie ona! — Obie, niewiedząc jeszcze o niczém z pewnością, miałyśmy łzy w oczach. Nie było jednak sposobu przecisnąć się pomiędzy tłumem do środka kościoła. Musiałyśmy ograniczyć się miejscem niedalekiém od wejścia, i obejrzałyśmy się, czy nie zobaczymy, od kogo-by powziąć żądane objaśnienia. Tuż przy nas stała niemłoda kobieta, z roztropną i miłą twarzą. Zwróciłyśmy się do niéj z zapytaniem:
— To jakaś bardzo bogata panna — odpowiedziała — która we Włoszech umarła z suchot. Powiadają, że umierając, prosiła rodziców, aby jéj zwłoki zostały przywiezione do kraju i pochowane w rodzinném jéj miejscu. Otóż rodzice wiozą je teraz do dóbr swoich i złożono tu trumnę tylko na noc, bo tak późnym wieczorem nie chcą puszczać się w dalszą podróż. Panna miała liczną i bogatą familią, wielki posag i, powiadają, że bardzo była piękną.
— A nie wiész pani, jak się nazywała? — spytała Zenia drżącym głosem.
— Nie wiem — odrzekła kobieta. — Nie mogłam wyczytać nazwiska.
— Panna Helena X. — ozwał się tuż obok nas głos męzki, pochodzący od służącego, udekorowanego białemi galonami i różnokolorowemi wstęgami, który, stojąc blizko, posłyszał pytanie Zeni i pośpieszył dać żądane objaśnienie.
Wkoło trumny słychać było płacz stłumiony, może z piersi matki wychodzący... pod sklepienia kościelne unosiły się chóralne, żałobne śpiewy kapłanów, dymy palonych kadzideł, żółte światło świec migotało nad mirtowym wieńcem...
Przed oczyma memi stała śliczna towarzyszka méj młodości, ze swą wiotką postacią, bladą twarzą, o rysach cudownie przez naturę wyrzeźbionych, z głębokiém wejrzeniem szafirowych oczu, z zapowiedzią wczesnéj śmierci, migocącéj na dnie źrenic. Zdawało mi się, że, jak przed kilku laty, słyszałam jéj opowiadanie o swojéj „pogoni za ideałami”, w któréj życie, kropla po kropli, ustępowało z jéj piersi, i jak, pochylając w zadumie myślące swe czoło, różanemi ustami szeptała: — „a jednak zdaje mi się, żeśmy do czego innego stworzone”.
Z ciężkiemi myślami opuściłyśmy kościoł i, porzuciwszy zamiar przechadzki, smutne weszłyśmy do mieszkania Zeni. Połowa wieczoru zbiegła nam na rozmowie o biednéj Helenie, na wspominaniu różnych chwil, jakie z nią przepędziłyśmy niegdyś. Zenia była tak poważnie i rzewnie nastrojona, jak nigdy.
— Kto wié? — rzekła w zamyśleniu — żebym daléj prowadziła podobny sposób życia, jak przez te kilka lat ostatnich, może-by i mnie spotkała taka śmierć wczesna.
— Być może — odrzekłam — i zdaje mi się, że niedaleko byłaś już od tego. A jednak nie Helena to z nas najnieszczęśliwsza... — Zenia odgadła myśl moję. Obie jednocześnie pomyślałyśmy o Zofii i wymówiłyśmy jéj imię. Czyliż i tamta umarłą nie była, lecz srożéj stokroć, bo za życia, w młodości kwiecie!
— Okropność, Wacławo! — zawołała nagle Zenia, obie ręce podnosząc do czoła — gdy pomyślę że gdyby Michał nie był tak szlachetnym, nie kochał mnie tak poczciwie i nieograniczenie, może-by i mój los podobnym był do losu Zofii... o, gdy pomyślę o tém...
Zatrzymała się blada i drżąca, ale oczy jéj, obok przestrachu, jaki w niéj ta myśl wzbudzała, błyszczały niewymowném poczuciem szczęścia.
— Gdy pomyślisz o tém — spytałam zwolna, patrząc w jéj oczy, — to cóż?
— To czuję się uniesiona radością, że się już skończył ten miesiąc nieznośny, i że mam już prawo napisać do niego: „przyjedź, abym ci powiedziéć mogła, jak kocham cię i jak ci wdzięczną jestem”.
Zaledwie to wymówiła, porwała się z miejsca, pobiegła do biurka i zaczęła pisać list do męża. Pisząc, śmiała się i płakała, darła zapisane ćwiartki papieru jednę po drugiéj. W końcu rzuciła pióro.
— Jak ja mu to napiszę? — zawołała prawie z płaczem. — Nie mam wyrazów.... trzeba napisać tak, aby mi uwierzył, aby co prędzéj przyjechał.
— Napisz mu to — rzekłam — co przed chwilą powiedziałaś, co było wyrazem, prosto z twego serca wyszłym!
Zenia nakreśliła kilka słów na papierze i przeczytała głośno: „przyjedź, abym ci powiedziéć mogła, jak kocham cię, i jak ci wdzięczną jestem.”
Po zapieczętowaniu i odesłaniu listu sztafetą, Zenia rzuciła się w moje objęcia i powiedziała mi tysiąc rzeczy, które mnie przekonały, że los jéj został na zawsze rozstrzygnięty, i że serce jéj, zawieszone dotąd na promieniu księżyca, stanowczo już dostało się Michałowi. Ale ta czuła scena, zaszła pomiędzy nami i oświetlona płomieniem palących się na kominku ksiąg Marzeń i Łez, niczém była w porównaniu z tą, jaka nastąpiła nazajutrz pomiędzy małżonkami, gdy Michał w podróżném ubraniu wbiegł raczéj, niż wszedł, do budoaru Zeni i płaczącą z radości przycisnął do swéj rzewnéj, zacnéj piersi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.