Ostatnia z Xiążąt Słuckich/Tom III/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ostatnia z Xiążąt Słuckich
Podtytuł Kronika z czasów Zygmunta trzeciego
Data wydania 1841
Wydawnictwo Józef Zawadzki
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom III jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom III jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

IX.
Łoże śmierci.

A w drugim rogu zamkowym, na wielkiéj sali, wesoła uczta. Tam zebrali się przyjaciele Xięcia Janusza, jego słudzy, slachta powinna mu i familji; tam stół nakryty, zastawny misami i puhary, wrzawa rozmowy wesołéj; śmiéchy i wykrzyki.
Już się kończy wieczerza, już beczka srébrem kuta stojąca w kominie, wypróżniona prawie i kurzą się łysiny i czérwienieją policzki i języki latają chyżéj i vivat po vivacie zmyślają, na cześć i chwałę Xiążęcia.
A Xiąże uśmiéchając się, pogardliwym wzrokiem mierzy pijanych, szydzi z nich w duszy, choć kłania im się i braci slachtę serdecznie ściska.
Slachta nie widzi szyderstwa na oczach Xiąięcia, nie pojmuje pogardy jaką na nich z ust rzuca, pijana slachta pójdzie w ogień za niego, bo ją nakarmił, spoił, naściskał i braćmi swemi nazywał.
— Rozkazuj Xiąże slachcie, woła Sędzia Lidzki, rozkazuj, a Chodkiewiczowskich Deputatów posiekamy na kapustę w czasie Sejmiku! Dla Xięcia Pana damy się pozarzynać!
— Dziękuję braciom slachcie, woła Xiąże Janusz, héj puhara, zdrowie braci slachty! Podawajcie wina.
I Xiąże wypił ich zdrowie, a oni uklękli i klęcząc pili Xiążęce, podrzucali czapki do góry, wrzeszczeli na całe gardło.
— Vivat Kasztellan! vivat!
Xiąże dziękował.
— M. Xiąże, zawołał na głos slachcie z Nowogródzkiego — Wszyscyśmy Twoi, gdzie rozkażesz pójdziemy. Każesz drugi rokosz zrobić zrobim, każesz iść z sobą, pójdziém choćby na Araby, każesz rąbać na Sejmikach, porąbiemy, sądzić, osądziemy, slachta Twoja.
I znowu puhary i znowu vivaty — Radziwiłłowskiego domu!! Braci slachty! Pod oknami stoją moździerze, bij w moździerze i kotły — Vivat!
Wystrzelono.
Chora Xiężna porwała się z łoża, na którém usypiać zaczynała —
— Co to jest zawołała — co to jest, strzelają, biją się! — Chodkiewiczów obiegli — Krew się leje, wojna między braćmi! Na Boga, jam przyczyną! o mnie się biją!
— Xiężno, przerwała Teressa — co za sen okropny — nikt się nie bije —
— Słyszałam strzelanie!
W téj chwili drugi wystrzał dał się słyszéć.
— Co to jest, bitwa? drżąc i załamując ręce, cicho, przerywanym głosem pytała znowu Zofja — Co to jest?
— Strzelają z moździerzy na vivat! odpowiedziała Teressa — Uczta u Xięcia, sproszono slachtę, Sejmiki blizkie.
Xiężna upadła na łoże.
— Strzelają i weselą się! powtórzyła jakby do siebie mówiąc — On tam weseli się, gdy tu ja umiéram! O gdyby umrzéć prędzéj! Gdyby tego nie słyszéć, nie wiedziéć, nie widziéć.
Wśród ciszy nocnéj, wykrzyki pijanéj slachty, dochodziły okien Xiężnéj i biły w nie wrzawą stłumioną.
— Weselą się! weselą, wołała — cieszą! Xiąże Pan z niémi — Nie mógł przyjść do łoża żony, bo tam go czekała slachta, tam była uczta — Wolał zostać za puharem i stołem, niż u łoża umiérającéj.
Założyła ręce, powiodła obłąkanemi oczyma po komnacie, spuściła głowę na piersi.
Teressa siedziała w nogach i płakała tajemnie łzy ociérając.
— Cóż mój ród zawinił Bogu, że Bóg tak srodze, ostatnią za wszystkich ukarał, szeptała, takiém życiem, taką śmiercią? O! dziadowie moi nie mogliżeście lżejszego życia i łatwiejszéj śmierci, dziécku waszemu w niebiesiech wyprosić. — I te godziny nocy, w których sen rzadki na oczy Bóg zsyła, przerywa odgłos uczty wesołéj Janusza! Któżby był odgadł przed kilką laty, że teraz taki koniec mój będzie — Dobrze mówił stryj, nad głowy naszemi niebłogosławieństwo Boże!!
Teresso mów modlitwy, ja się z tobą modlić będę.
Zapukano do drzwi.
— To pewnie Frizjus — rzekła Xiężna.
Był to Frizjus w istocie. Przychodził zobaczyć co się działo z chorą i jak zawsze powtórzył —
— Xiężna Pani, ma się lepiéj — spała już trochę!
— Ledwie oczy zmrużyłam, odpowiedziała, zbudziłam się przelękła na odgłos wystrzałów.
— Ha! ha! to Xiąże Pan ucztuje! rzekł lekarz. Daj mu Boże zdrowie, dobremu Panu! weseli się ze slachtą.
I przystąpił do łoża, wziął pulsu, spójrzał w twarz Xiężnéj, potrząsł głową, nie rzekł więcéj — że ma się lepiéj, zalecił pić tyzannę i wyszedł.
Zawarłszy drzwi komnaty, pokiwał głową, stanął, myślał, patrzał; i szybko posunął się przez szereg komnat, ganki i dziedzińce, do sali, w któréj Xiąże Janusz ze slachtą ucztował.
Wśliznął się w tłum nieznacznie i przybliżył do Xięcia, któremu nizko się pokłonił.
— Frizjus chciałby mieć szczęście, mówić z Xięciem Jego Mością dwa słowa?
— Cóż tam? mów Frizjus!
— Xiężna Pani, szepnął lekarz, ma się źle bardzo, bardzo źle — nie wiém czy tyzanna i pigułki pomogą co — Choroba wzmaga się coraz bardziéj.
— Umiéra! zakrzyknął Janusz porywając się —
— Nie jeszcze, nie — prędko z nizkim ukłonem, rzekł Niemiec — ale nie mogę ręczyć, nie mogę ręczyć. Xiężna Pani bardzo źle, Frizjus w rospaczy! Zasnęła była chwilkę, strzelanie ją przebudziło, przestraszyło — porwała się ze snu i gorzéj jest co chwila. Frizjus miał sobie za smutny obowiązek donieść o tém W. X. Mości —
Xiąże zamyślił się — Potém skinął ręką na któregoś z swych poufałych —
— Zostań tu gospodarzem, Panie Pietkiewicz, rzekł, ja muszę odejść —
I wyszedł niepostrzeżony, zwoławszy dwóch z biesiadniczéj sali.
Weszli do pokoju Xięcia.
— Jesteśmy na rozkazy!
— Siadaj i pisz, Panie Ostromecki rzekł Xiąże, siadaj i pisz natychmiast donacją, od Xiężnéj Jéj Mości Xięztw Kopylskiego i Słuckiego na mnie — przelanie jéj praw, tytułu — rozumiész?
— Rozumiém Jaśnie Oświecony Panie, rzekł suchy i chudy Ostromecki, zaraz pisać?
— Natychmiast. Naradź się Wasze o formę z znajdującemi się tu urzędnikami i wygotuj akt jak należy do rana.
— Prosiłbym W. X. Mości o potrzebne papiéry.
— Do Archiwum! zawołał Xiąże Janusz, niech ci wydadzą —
— WMość, rzekł do drugiego, jedź po Xiędza Prokopa —
— Natychmiast?
— Téj chwili.
Skinął, odprawił, a sam usiadł pisać. Po krótkiéj chwili, miotany widoczną niespokojnością, wyrwał się z komnaty i przebiegłszy Zamkowe sale, udał się pod drzwi pokoju żony.
Nadstawił ucha i słychać było głos Teressy odmawiającéj modlitwy, za którym Xiężna osłabionym, stłumionym głosem, powtarzała je powolnie.
— Módlmy się za nieprzyjaciół naszych czytała Teressa.
— I za tych co nas obrazili.
— I za tych, powtórzyła Xiężna, którzy nas zdradzili i uwiedli — Przebacz im Panie. Przebacz jemu!
Umilkła.
— Dość Teresso, dość, słabo mi, mówić nie mogę, zasnę może.
Xiąże rozkazał pokojowcowi wywołać P. Teressę.
— Xiężna Pani gorzéj? zapytał jéj surowo.
— Coraz gorzéj, odpowiedziała z westchnieniem. Dziś gorzéj niż kiedykolwiek, przeraziło ją strzelanie z moździerzy — Zasypia i zrywa się, krzycząc przez sen z gorączki.
— Myślicie że nie wytrzyma nocy? spytał zimno Xiąże.
— Niech Bóg uchowa nas od tego nieszczęścia! twarz zakrywając rękoma zawołała sługa. Alboż wiém! I zaczęła płakać.
Xiąże spójrzał, wzruszył ramionami i odszedł; a idąc przez puste komnaty mówił do siebie.
— Gdyby umarła, umarła bez zapisu, bez ostatniéj woli! Na cóż bo było spuszczać się i do ostatniéj chwili odkładać, sam winienem, sam winienem. Potrzeba było wcześniéj o tém pomyśléć.
Wrócił i słuchał u drzwi — Nic słychać nie było, tylko trzask palących się drewek na kominku i chód powolny zégaru. Xiąże poszedł niespokojny do siebie; nim ranek nadszedł, posyłał kilkakroć dowiadywać się, czy Akt wieczystéj donacji gotowy, czy Xiądz Prokop przyjechał, czy Xiężna zdrówsza i co robi.
Tak oka nie zmrużył noc całą i nad świtaniem usnął dopiéro, rzucany przez sen niespokojnemi myślami.
Gdy się przebudził, już oddawna P. Ostromecki czekał w przedpokoju z pliką papiérów, a Xiądz Prokop paciérze odmawiając poranne.
— Jak się ma Xiężna? spytał niespokojnie.
— Jak wczoraj!
— Zawołać Frizjusa!
— Frizjus czatował już między zebranemi w przedpokojach i wysunął się jak mógł najprędzéj do Xięcia.
— Byłeś tam dziś?
— Byłem — byłem! Frizjus płacze! odpowiedział, sztuka nic już nie nada! życie się wyczerpało! Źle, źle! Nie mam co kryć przed Waszą Xiążęcią Mością — Czyniłem co mogłem!
— Wiele jeszcze pożyć może? spytał Xiąże.
— Może — kiwając głową odpowiedział lekarz, practer, propter — do wieczora!
— Ręczysz za to!
Bóg tylko wié, Frizjus nie śmié ręczyć!
— Zawołać Ostromeckiego!
I Xiąże tyłem się do doktora odwrócił, a on wyszedł.
— Akt donacji?
— Gotowy. Radziłem się ad formam Pana Sędziego Nowogródzkiego i Pana Deputata Czerwiakowicza; approbowali moją jakom podał. Zapis obejmuje generaliter cały wniosek Xiężnéj Jéj Mości, Xięztwa Słuckie i Kopylskie cum attinentiis, wszelakie ochędóstwo, ruchomość etc. etc. nic nie wyjmując i nie odłączając.
— Zapis ten nie może być zaprzeczony, skassowany? spytał Xiąże — Wiém, że PP. Chodkiewicze, protest przeciw niemu zapiszą i pieniać mię będą. Potrzeba się formą obwarować, aby walor miał.
— Forma jak tylko być może najbardziéj prawna — rzekł Ostromecki, Wasza Xiążęca Mość, może być spokojną zupełnie.
— Xiędza Prokopa!
Uchyliły się drzwi, któremi razem wyszedł Pan Ostromecki zaciérając ręce i wsunął się Mnich Zakonu Ś. Bazylego z nizkim ukłonem. Niemłody już, pochylony trochę, choć i tak jeszcze wysokiego wzrostu, Ojciec Prokop, miał postawę mnicha rycerza. Czoło wyniosłe, usta dumne, nos orli, oczy wielkie i pałające, choć zmarszczkami otoczone. Było mu w téj sukni duchownéj, zawadno, nie do charakteru, jakby się w nią dla igraszki tylko przebrał.
Na nizki dość pokłon Ojca Prokopa, skinieniem tylko głowy odpowiedział Xiąże.
— Xiężna Pani, małżonka nasza miła, źle się ma bardzo, rzekł zaraz. Chciéjcie uwiadomiwszy ją wprzód o Waszém przybyciu, udać się tam zaraz. Starajcie się ją przygotować do uczynienia rozporządzenia które na wszelki przypadek, będąc potrzebne z porządku rzeczy, nikogo nie umarza i jest tylko ostróżnością konieczną.
— Rozumiém i uczynię, odpowiedział Xiądz Prokop.
— A jeśli miarkować będziecie, że się nakłania Xiężna Pani, dacie tu znać.
— Idę spełnić rozkaz! I Ojciec Prokop się wysunął.
Pacholik Xiążęcy przeprowadził go do oddalonych komnat Xiężnéj Pani. Ale tu nie zaraz wszedł, oznajmiwszy się wprzód poufałéj Pannie Teressie, która przygotować miała Zofją.
— Xiądz Prokop przyjechał? rzekła zcicha Teressa siadając u łoża Pani, jest w Zamku —
— Posyłano za nim? spytała Xiężna.
— Nie — nie wiém — odpowiedziała Teressa.
— Ja wiém że posyłano. On tu jest niedaleko; Powiedzcie mu niechaj wejdzie.
Teressa wyszła, skinęła i wwiodła Ojca Prokopa.
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, rzekł wchodząc.
— Na wieki, szepnęła Xiężna pocichu, siadajcie, Ojcze. Dzięki Wam, żeście przybyli tutaj, właśniem miała prosić, aby po Was posłano. Wybiéram się w długą drogę, potrzebne mi Wasze błogosławieństwo i uspokojenie duszy.
— Błogosławieństwo, spowiedź, zawsze się zdadzą, rzekł Xiądz, chociażby nie na drogę wieczności. Wasza Xiążęca Mość nie powinnaś myśléć o śmierci — Bóg daje zdrowie w chwilach najmniéj spodziéwanych, gdy łaska Jego Najświętsza zstąpi. W. X. Mość, przy swéj młodości, możesz się jeszcze spodziéwać długiego da Bóg życia —
— Ach! nie chcę go Ojcze! odpowiedziała Xiężna, nie pragnę wcale! Sprobowałam dosyć — Śmierć mi nie straszna.
— Żadnemu Cbrześcjaninowi dobremu straszną być nie może, rzekł Ojciec Prokop. Kto w życiu nie miał zgryzot sumienia, ten przy śmierci, nie lęka się wieczności.
Mówił tak dłużéj jeszcze Ojciec, a Xiężna milczała. Po chwili kazała się usunąć Teressie i odbyła spowiedź.
— Ojcze, rzekła potém spokojnie, dajcie mi pomazanie ostatnie!
— Lecz może —
— Dajcie mi je — powtórzyła, ja czuję śmierć moją, a tak spokojniéj umrę.
Obrzęd ten odbył się w przytomności kilku sług tylko. Xiężna spokojnie i pobożnie go spełniła, na jéj twarzy nie widać było tego strachu, jaki gdzieindziéj rodzi myśl śmierci i obrzędy przypominające ją; owszem, modląc się przyjęła Oleje Święte, jak gdyby pragnęła i wyglądała końca życia i cierpienia. I modliła się potém jeszcze ze łzami, modliła długo, serdecznie.
— Teraz, rzekł Ojciec Prokop, gdy wszystko się spełniło; jako Kapłan dla spokojności sumienia W. X. Mości przypomnieć Jéj muszę, iż naprzód pomyślawszy o duszy nieśmiertelnéj, powinien także Chrześcjanin, zostawując na ziemi krewnych, przyjaciół, niechętnych, majętność, uczynić stosowne rozporządzenie własności, aby ona potém przyczyną zajść, sporów i zgorszenia nie była; powinien tak zostawić wszystko, aby umiérał spokojny na sumieniu i na duszy. Nie mówię ja tego, dla tego żebym się lękał o życie W. X. Mości, które spodziéwam się będzie jeszcze najdłuższe i najszczęśliwsze; ale że taki powszechny porządek i że jako stróż sumienia obowiązany jestem —
Xiężna słuchała, lekki szyderski uśmiéch błąkał się po jéj ustach.
— Uczynię co potrzeba — odpowiedziała, i o Waszym Słuckim Monastérze nie zapomnę. Módlcie się za duszę moją i rodziców i dziadów moich!
Xiądz Prokop dopełniwszy swego przy choréj obowiązku, wychodzić miał.
— Będziecie u Xięcia małżonka mego? spytała Zofja —
— Idę do niego — rzekł Prokop.
— Proście go odemnie, aby się ze mną zobaczył, powiedzcie mu że jestem źle i czuję się coraz gorzéj. Życie ucieka, niech przyjdzie do łoża konającéj — niech przyjdzie. Powiedzcie mu żem go prosiła.
— Śpieszę spełnić wolę W. X. Mości — odpowiedział Ojciec Prokop i wyszedł z poselstwem do Xięcia Janusza.
Xiąże oczekiwał go niespokojny.
— Wszystkom dopełnił, rzekł Kapłan, Xiężna Pani przykładnie i świętobliwie dopełniła spowiedzi, przyjęła viatyk. Powiada, że czuje się gorzéj coraz, chociaż ja od ostatniéj mojéj tutaj bytności, pogorszenia i różnicy nie widzę. Poleciła mi prosić W. X. Mości, abyś —
— Co mam uczynić?
— Abyś poszedł ku niéj i nawiedził ją.
— Będę tam! odrzekł Xiąże — Ostromecki, gdzie papiéry? zawołał.
— Oto leżą przed W. X. Mością.
— Uproście na świadków dwóch panów sąsiadów, albo i więcéj, żeby się pisali pieczętarzami do Aktu —
— Znajdziemy ich gdy będzie potrzeba.
Po tych kilku słowach, wyrzeczonych zimno, Xiąże wyszedł z swojéj komnaty i udał się do żony. Przyszedłszy do drzwi, chwilę się zastanowił, jak gdyby myśli zbiérał, potém pocichu rozwarł je i wszedł.
Na twarz bladą Zofji, wystąpił rumieniec; powstała na łożu i powitała go łagodnie, jak gdyby mu nic do wyrzucenia nie miała. Xiąże Janusz zmięszany kilką słowy ją pozdrowił. I na jego twarzy znać było poruszenie, nie umiał mówić, nie wiedział co powiedziéć; widok choréj zmięszał go widocznie. Zdawało się jak gdyby zgryzota sumienia, ozwała się po długiém milczeniu.
— Dzięki Wam, żeście chorą nawiedzili, słabo powiedziała Xiężna, właśniem żądała widziéć się z Wami. Ja mam się źle i czuję śmierć przed sobą — potrzeba było się pożegnać!
I wyciągnęła do niego rękę wyschłą, którą Janusz w milczeniu ucałował.
— Chciałam też póki czas, mówiła daléj, rozporządzić majętnością moją, którą Wam oddaję i przekazuję, zupełnie. Każcie się modlić za duszę Zofji!
Xiąże poczérwieniał i poruszył się na krześle; jemu przypomniały się może młodsze lata i uczucie młodsze, przyszło wspomnienie dziecinnych chwil z Zofją spędzonych, gdy ją miał na zawsze utracić.
— Dajcie mi ten zapis, któryście kazali sporządzić, ja go podpiszę póki mam siły — rzekła.
A Janusz porwał się z krzesła.
— Ojciec Prokop, mówił Wam o zapisie? zawołał żywo — Wiécie o nim?
— Wiém o nim ale nie od Xiędza Prokopa — odpowiedziała, czułam że być powinien uczyniony ten Akt — Dajcie mi go — Macie go przy sobie!
Zdziwiony Xiąże, dobył papiérów, Teressa na skinienie Pani, podała pióro i Zofja podpisała go. Potém upadła na łóżko i westchnęła. —
— Ustąp Teresso, rzekła i zostaw nas samych.
— Xiąże, rzekła gdy byli sami — to zapewne ostatnia chwila razem, ostatnia moja z Tobą! Ja umrę dzisiaj! W nocy ukazał mi się duch ojca i matki w białych szatach, wołali na mnie i wzywali ku sobie —
— To sen — powiedział Xiąże —
— To było widzenie z nieba! mówiła Zofja i nie myślcie żebym się lękała śmierci!
Podała mu znowu rękę.
— Jakże i teraz nawet, ciągnęła daléj, i teraz nawet, nie będziesz dla mnie, nie pożegnasz mnie, dawniejszym jak byłeś w młodych latach? Zawsześ zimny Januszu! zawsze duszą gdzie indziéj!
Na tę wymówkę piérwszę w życiu, zadrżał Janusz; już przed chwilą widok Zofji przejął go był i poruszyło teraz te kilka słów łagodnie wyrzeczonych, a tém bardziéj dotykających, doszły do głębi jego duszy. Duma, chciwość, ustąpiły na chwilę z serca jego, zapomniał z czém przyszedł, ujrzał przed sobą Zofję tylko lat dziecinnych, Zofję którą kochał braterskiém sercem, nim przyjął do niego uczucia, co wygnały precz przywiązanie; zapomniéć kazały miłości narzeczonego i brata.
On ukląkł przed nią i schwyciwszy jéj rękę, zapłakał.
Zofja ujrzała to, zajasniała radością, podniosła się — nie wierzyła oczom.
— O! jak niesłusznie narzekałam, zawołała — o! jak dobry Bóg, który mnie taką chwilą przed śmiercią obdarzył, jak dobry Ty jesteś, żeś Zofją przypomniał, żeś mi pokazał iż nie ze wszystkiém zapomniałeś mnie jeszcze! Dzięki Ci! dzięki! Słodko mi będzie umiérać, Januszu, Ty jeszcze pamiętasz Zofję, Ty może nie zapomnisz o niéj w Twoich modlitwach!
— Nigdy! rzekł Janusz.
— Nigdy! mówiła Xiężna — Tak i dawniéj mówiłeś, tak przysięgłeś u ołtarza, a jednak! o Boże, jak się wszystko zmieniło. Na łożu śmierci, w godzinie skonania, nie chcę Ci czynić wyrzutów, lecz w cóż poszły moje nadzieje, w co poszło szczęście moje! Byłżeś Ty dla mnie jakim przyrzekłeś? Tyś wziął Zofją i porzucił na pastwę samotności, cierpieniu, bez słowa pociechy, bez uśmiéchu. Tyś o niéj zapomniał, Tyś był przyczyną żem wierzyła w niebłogosławieństwo Boże nad nami! A! niech Ci to wszystko Bóg przebaczy, jak ja daruję i zapominam w téj chwili —
— Zofjo — ty mię obwiniasz, rzekł Xiąże, coraz bardziéj poruszony —
— Nie, nie — zapomniałam wszystkiego, nie obwiniam Ciebie, przebaczam Ci moje cierpienie, i dziewięć lat łez samotnych! Tyś musiał służyć krajowi a zapomniéć żony; lecz Janie mój, tyś młody, jeśli ci Bóg da drugą Zofję, którą weźmiesz pewnie niedługo, weź ją nie kochając, weź ją nie okazując jéj przywiązania! Weź ją jak matkę Radziwiłłom, nie za żonę sobie! Ty nie możesz mieć żony! Żona to druga połowa duszy męża, to jego cień; jéj potrzeba przywiązania, jéj trzeba słońca aby żyła. Jéj słońcem mąż i Pan którego wybrała, któremu przysięgła, dla którego porzuciła i wyrzekła się rodziców, domu, zaparła się imienia swego. Ty nie możesz mieć żony; weź tylko matkę Radziwiłłom; nie obiecuj przywiązania, bo nie dotrzymasz i zabijesz ją, jak mnie —
To mówiąc zakryła twarz rękoma i zapłakała. Xiąże płakał także i milczał. Uczuł on winę swoją i nie śmiał się nawet tłumaczyć.
— Wszystko zapomniane, wszystko przebaczone i jedna chwila, jedna łza Twoja zapłaciła dziewięć lat łez moich! Ja Ciebie nie obwiniam. Tyś wprzódy był Radziwiłłem niż mężem, Ty potrzebujesz pokarmu dla duszy i sławy, bogactwa, wziętości, Ty tém żyjesz. — Weź taką któréjby do życia wystarczyło sławy, oklasków, przepychu, któréjby szczęściem mógł być tytuł i znaczenie — Będziecie szczęśliwi! To moja rada ostatnia, Januszu i pożegnanie z Tobą. Zapomnij wymówek, przebacz jak ja przebaczam, proszę Cię przebacz mi wszystko idącéj na lepszy świat grzesznicy. Każ się modlić za duszę moją, ojca i matki i dziadów! A jeśli możesz i Ty sam, zmów za mnie —
— Ty nie umrzesz Zofjo — zawołał Xiąże poruszony —
— O! umrę, umrę! czuję śmierć i nie lękam się jéj. Cienie ojca i matki wołały mnie ku sobie, czas mi do nich, bądź zdrów na zawsze i przebacz mi wszystko.
Potém zamilkła znużona długiém wysileniem, łzy jéj kręciły się na oczach, oddech spieszny, ciężki, podnosił wyschłe piersi w których odzywała się chrypka przedśmiertna.
Xiąże spojrzał na nią, była blada i oczy miała zamknięte. Chciał powstać, ona go za rękę wstrzymała —
— Pobądź przy mnie, póki nie umrę! Daruj mi chwilę jeszcze. Mówcie modlitwy, bo życie ucieka.
Teressa uklękła u łoża i głośno z płaczem odmawiała modlitwy nad konającemi. Xiężna leżała blada z oczyma zamkniętemi i nie puszczała ręki męża, któren stał obok smutny, ponury, milczący.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.