Ostatnia msza/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Łada
Tytuł Ostatnia msza
Data wydania 1916
Wydawnictwo Tłocznia „Polaka-Katolika“
Druk Tłocznia „Polaka-Katolika“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
JAN ŁADA.


Ostatnia Msza
Łada Ostatnia Msza ornament.png
WARSZAWA ==================================== 1916.
TŁOCZNIA „POLAKA-KATOLIKA“, KRAK.-PRZEDM. 71.

Geprüft und freigege ben
Presseverwaltung Warschau, 16 VI 1916.





I.

Na Najświętszą Pannę Szkaplerzną, siostra Domicella wezwała mnie do furty.
— Jakiś pan nieznajomy pragnie widzieć się z matką.
— Nie powiedział, skąd jest? Jak się nazywa?
— Nie. Samej matce chce to powiedzieć.
Zrobiło mi się trochę przykro. W tych czasach, takich ciężkich, byle drobnostka niepokoi. Ile razy widziałyśmy, jak z tych drobnostek rosło nieszczęście! Odwiedziny jakiegoś nieznajomego? Może prośba, może i pułapka. Kto wie?
Poprosiłam siostry Serafiny, aby mi towarzyszyła do kraty. Jest najmłodszą z nas, najwięcej ma przytomności umysłu i odwagi; kierujemy się też zazwyczaj zdaniem jej w ważniejszych sprawach.
Choć po niej najmłodszą jestem w naszej klasztornej rodzinie, i dlatego też zrobiono mnie, najniegodniejszą ze wszystkich, przełożoną, po śmierci, nieodżałowanej matki Klary, zostało mi drżenie nóg i wielkie osłabienie od czasu ostatniej rewizyi przed trzema laty. Było to wtedy, kiedy wskutek donosu, że ułatwiamy „uporczywym“ przyjmowanie Sakramentów świętych, chciano klasztor skasować, co Pan Jezus odwrócił. Otóż, szłyśmy, powoli przez wirydarz, w środku klasztoru. Siostra Serafina podtrzymywała mnie.
Wieczór się zbliżał. Po szarych, okopconych murach słońce kładło blaski swe gorące, złociste. W naszym ogródku wszystko zieleniło się i pachniało. Dokoła posągu Matki Bożej róże kwitły gąszczem całym. Pomiędzy bluszczem, oplatającym kolumny krużganku, przelatywały gołębie klasztorne i całe stada wróbli.
Wśród murów grubych, omszonych, cicho było i chłodno. Zdaleka, przez gotycką arkadę świat Boży przeglądał, oko ogarniało dolinę całą, łąki zielone, zboże dojrzewające, strzechy słomiane i sady dwóch wiosek, klasztornych niegdyś. Ludzie kręcili się po polu, daleko, w płótniankach, podobni do białego mrowia. Czasem, na chwilę, wiatr przyniósł echo pieśni wesołej, nawoływanie parobków, śmiechy dziewcząt. I znowu cichło wszystko.
Zatrzymałyśmy się na jedno Zdrowaś przed posągiem Bogarodzicy. Po chwili podniosłyśmy razem głowy, rzucając okiem na wirydarz i pole.
— Czterdzieści lat — szepnęła siostra Serafina bardzo cicho.
— Czterdzieści lat tylko — odparłam z uśmiechem. Siostra jest tu tak krótko! Ja, Bogu dzięki, czterdzieści sześć, a Matka Koleta, wiadomo siostrze przecie, ni mniej ni więcej tylko sześćdziesiąt i osiem.
Uśmiechnęłyśmy się obie.
— Tak; życie całe, długie, w pracy, modlitwie i ciszy. Wielka łaska Boża!
— A tak już źle było z nami, — wtrąciła siostra. Pamięta matka, jakeśmy węzełki już pakowały przed trzema laty i nowennę zaczęły do św. Rafała, patrona wędrowców?
— Bóg się zmiłował!
Stałyśmy w milczeniu przez chwilę. Tyle lat, tyle lat! Wiedziałam, co myśli siostra Serafina. Przed oczyma jej, jak przed mojemi, wirydarz taki pusty i cichy, zaroił się tłumem dziewczątek w szarych sukienkach, uganiających tu o tym czasie, podczas wieczornych rekreacyi. Jakie to były wesołe i poczciwe twarzyczki, jak im dobrze było z nami, a nam ile z niemi Bóg przynosił pociechy i wesela! I naraz... wicher przyszedł północny, zimowy, zmiótł, zniszczył wszystko, wszystko... I konwikt, i ochronka, i szpitalik... Nic nie zostało... Tylko nas kilka starych, opuszczonych, ostatnich.
— Wiele to lat była matka prefektą konwiktu? — szepnęła siostra Serafina, odwracając się odemnie i chowając starannie twarz przy różach, które zaczęła oczyszczać zawzięcie.
— Dwadzieścia lat. Pamięta siostra przecie? Od tego roku, kiedy składałyście ostatnie śluby.
— Prawda. A ja matce pomagałam całych piętnaście lat. Tylko tych parę lat nie, co mnie przeznaczono do infirmeryi. A i wtedy z dziećmi byłam. Mój Boże! Co za życie tu wtedy miałyśmy, ile robiło się dobrego w tych czystych, ślicznych duszyczkach...
— I teraz Pan Jezus nam pozwala pracować dla nich i dla siebie, modlitwą, pokutą.
— Prawda, prawda. Wiem, że grzeszę. żal. A potem strach...
— Bóg mocny.
— Gdybyż choć tu głowę złożyć, byle nie patrzeć jak po nas...
Przerwałam jej. Nie dawałam nigdy rozmowie schodzić na te tory. W klasztorze spokój i pogoda ducha jest najpierwszym z obowiązków po modlitwie, a jakże zachować spokój, myśląc i mówiąc o losie tych murów, od czterystu lat poświęconych chwale Bożej, o skarbie najdroższym, o kościele, którego istnienie związane było z naszem życiem.
Najlepiej było myśli z duszy oddalać, słów nie dopuszczać do ust.
— Nie każmy tak długo czekać naszemu gościowi, moja siostro.
Gość był nieznany, ale mu jakoś dobrze z oczu patrzyło. Zalękniony był widocznie i podrażniony cały. Szpiegowie bywają śmielsi. Gdyśmy weszły do parlatoryum, przedzielonego kratą, wstał, i pokłoniwszy się nam, otworzył drzwi sąsiedniej izby, aby się przekonać, że nikt nie podsłuchuje.
— Czy mam zaszczyt mówić z matką przełożoną? — spytał, wracając.
— Tak jest — odrzekłam.
— Z matką Rozalią, w świecie Joanną Błocką?
— Tak jest, — odparłam — od śmierci ostatniej przełożonej, dwanaście lat sprawuję ten urząd.
— A nikt nas słyszeć nie może?
— Niech pan dobrodziej będzie spokojny zupełnie.
— Bo widzi matka, w takich dziś czasach żyjemy. Nikomu ufać nie można, nigdy być pewnym... A ja z ważnemi sprawami przyjeżdżam. Umyślnie tu przyjeżdżam. Tak, tak, dziesięć mil drogi nałożyłem. A strach!... Ale naprzód przyrzec mi matka musi solennie, że nigdy nikomu nie powie o mnie i moich odwiedzinach.
Przyrzekłam mu najuroczyściej i wcale nawet nie uśmiechałam się z niego. Tyle ludzi widziałam, których zgubiło jedno marne, nieostrożne słowo! Trudnoż było brać za złe trochę ostrożności.
— Czy hrabia Mikołaj C. i ksiądz Ignacy N. w A., siostrom są znani?
— Oczywiście, że tak, Hrabia przecie to był, który nas wpływem swoim uratował przed trzema laty. Do B. jeździł za nami wstawiać się i wygrał. A ksiądz Ignacy? Jakżebyśmy go nie znały! Toż był nasz dobrodziej, opiekun, pośrednik. On nam zjednywał stosunkami poparcie, on wynajdywał jałmużny, któremi żyłyśmy, odkąd zabrano nam wszystko.
— Przysyła mnie tu właśnie ksiądz Ignacy w porozumieniu z hrabią. Mam tu list od niego.
List był treści obojętnej, z wyjątkiem ostatniego frazesu:
„Resztę dopowie ustnie oddawca, któremu proszę zaufać, jak mnie samemu“.
Przeczytawszy, podniosłyśmy oczy na naszego gościa, z milczącem, niespokojnem pytaniem.
Zrozumiał je i schylił głowę z wyrazem bolesnego zakłopotania.
— Tak jest, — zaczął wreszcie — niewesołe wieści przynoszę, a niestety pewne. Przysłano mnie, aby ostrzedz, uprzedzić...
— Boże mój! Klasztor nasz...
— Zniesiony. Tak. Ale rzecz trzymają w sekrecie. Za tydzień zjeżdża komisya.
— A kościół, kościół?
Spuścił głowę jeszcze niżej.
— Zniesiony także — szepnął. Dziekan ma być wezwany przez policyę do zabrania Przenajświętszego sakramentu i aparatów kościelnych.
— I to już ostatecznie, nieodwołalnie, bez ratunku?
Nie odpowiedział, wzrok schylając ku ziemi. Po co było pytać? Gdyby był ratunek, nie przysłanoby go tutaj.
Przez chwilę siedziałyśmy w milczeniu, martwe. Nie jeden raz przeciągały chmury nad naszym domem zakonnym. Czasem, zdawało się, już za chwilę padnie piorun... I mijało jakoś. Bóg łaskaw, ratował. A teraz...
— Za grzechy nasze — szepnęła siostra Serafina.
— Bogu dzięki i chwała za wszystko, — odrzekłam, ale słowa więzły mi w gardle.
— Ksiądz Ignacy przysyła mnie głównie dlatego — rzekł nasz gość — abyście siostry co możecie z kościelnych i klasztornych rzeczy, umieściły zawczasu w bezpiecznem miejscu, a same odrazu wybrały wyjazdy zagranicę, jeśli wybór zostawią.
Mówił jeszcze dalej, dając instrukcye, jak mamy postępować. Aleśmy nie słyszały nic prawie. Co nas to obchodziło, co z nami będzie? Kilka staruszek niedołężnych, rok wcześniej, czy rok później pójdzie na tamten świat, tu czy gdzieindziej, co na tem zależało? Ale nasz kościół, nasze świętości, nasze groby!
Trzeba było jednak serce krzepić, znaleść dobre słowo dla nieznanego gościa, który dla nas trudził się i narażał, ugościć go, o ile na to stać było nasze ubóstwo, a wreszcie podzielić się nieszczęściem wspólnem z siostrami.
Gdyśmy odeszły od furty, dzwonek się odezwał właśnie, wzywający do chóru, po którym następował wieczorny posiłek.
Siostra Serafina uchwyciła mnie za rękę.
— Nie dziś, matko, — szepnęła — nie dziś jeszcze... prawda?
Skinęłam w milczeniu głową. Niechże jeszcze jedna noc spokojnie upłynie pod tym dachem dla biednych, starych siostrzyczek...
Ostatnia!
Do chóru schodziła już tylko połowa sióstr. Było nas dość wiele, i to dawało nadzieję, że klasztoru nie zamkną tak prędko — ale wszystkie były takie stare... I zbiedzone także, i chore. Siostra Eustachia od trzech lat nie ruszała się z łóżka, siostra Salezya i Ignacya nie mogły nigdy prawie z celi wychodzić, siostra Koleta i siostra Józefa żadnych funkcyi nie spełniały dla podeszłego wieku, młodsza od nich o kilka lat siostra Agnieszka zdziecinniała od jakiegoś czasu całkiem. Wciąż bełkotała i śmiała się, lub płakała jak dziecko. Inne siostry zapadały też nieustannie. Tej oczy dolegały, tamtej reumatyzmy, a trzeciej nogi puchły — i tak ciągle. Nic dziwnego. Klasztor był od lat dwudziestu nie odnawiany, wszystkie dachy zaciekały, wilgoć, zimno, bo palić nie było czem, chyba ktoś z obywateli sąsiednich przysłał furę chrustu. Ale i oni sami nieraz potrzebowali pomocy. Przytem doktór, apteka... Poczciwy Krościelski leczył, prawda, za darmo, a Steiner za lekarstwa nie brał, ale wiadomo, w takich warunkach trudno lekarza i lekarstw nadużywać. Więc tylko w koniecznej potrzebie...
Nazajutrz był właśnie dzień Komunii świętej. Po Mszy wezwałam siostry do kapitularza.
Nie schodziłyśmy się tam teraz, bo całe to skrzydło klasztoru najbardziej było uszkodzone. Okna powybijał grad i wicher, mury zieleniły się od pleśni, na mozaikowej posadzce stały całe jeziora od ostatniej ulewy. Rzeźbione stalle przeniesiono w połowie do suchszej części gmachu, aby je od zniszczenia uchronić. Tylko wielki Chrystus na środkowej ścianie, pysznie rzeźbiony przez włoskiego mistrza z czasów Odrodzenia, wisiał nietknięty, czarny od pyłów i pajęczyny, patrząc posępnie na otaczające go zniszczenie.
Biedne siostrzyczki zaniepokoiły się wezwaniem do kapitularza. Zrozumiały, że chodziło o rzecz ważną, a dla nas ważna nowina nie mogła być dobrą.
Śpieszyły też, drepcąc i wlokąc schorzałemi nogami. Siostrę Urszulę, rekonwalescentkę, podtrzymywała siostra Serafina. Nawet siostra Koleta przywlokła się, prowadzona pod ręce.
W stallach zbutwiałych, poczerniałych, wilgotnych, jedenaście nas zajęło miejsca.
Nie kazałam im czekać długo.
— Pan Jezus krzyż swój na nas wkłada. Za tydzień mamy dom ten opuścić.
Nikt głosu nie podniósł, nie westchnął. Oczy pozostały spuszczone, tylko głowy trzęsące się od starości i wzruszenia, pochyliły się trochę niżej. W sercach czytał Bóg.
I za chwilę krótką z jedenastu ust wyszedł, obijając się głuchym szmerem o krzyżowe sklepienie, jeden wyraz:
Deo gratias! (Bogu dzięki.)
W krótkich słowach wtajemniczyłam siostry w treść rozmowy z wysłańcem ks. Ignacego. Wezwałam je do narady. Po godzinie wszystko było już obmyślone i ułożone.
— A teraz pójdźmy do kaplicy, Panu Jezusowi podziękować za ten krzyżyk.
W niezwykłej porze dźwięk hymnu pochwalnego, Te Deum, rozległ się po pustym i cichym kościele. Głosy były bardzo drżące. W tym kościele najmłodsza z nas od lat czterdziestu co dzień Boga chwaliła. Tu był nasz skarb, serce nasze, nasze życie...
A teraz...



II.

Jak ten dzień minął? Nie wiedziałyśmy same.
Na szczęście nasze było tyle zajęcia!
Od lat dwudziestu kilku, patrząc, co działo się w koło nas, nabrałyśmy doświadczenia. Zabrano nam wszystko, co było majątkiem doczesnym, dającym się spieniężyć. Zostały pamiątki, relikwie, które obca ręka mogła sprofanować. Te trzeba było w pewnem miejscu od profanacyi zabezpieczyć.
Robiły się więc dniami całemi pakunki: stare ornaty, relikwie, krucyfiksy, kielich dany przez Maryę Ludwikę i pacyfikał z czasów pierwszych Jagiellonów, rodzinna relikwia jednego z Radziwiłłowskich domów, od dwustu lat ozdoba naszego skarbca. Siostra Salomea, zakrystyanka, przynosiła po jednym te skarby nasze, — z rąk puścić nie chciała, całowała je, płacząc, po kolei.
— Ten krzyż pamiątka po naszych fundatorach, kniaziach Mirskich... Te ampułki srebrne, przy celebrze biskupiej używane, ukrywane tak starannie przed chciwem okiem rewidujących urzędników... A oto srebrna monstrancya, najświeższa, za naszej już pamięci sprawiona, ale za lepszych czasów, na pamiątkę czterechsetnego jubileuszu klasztoru.
I na to wszystko nie będą się już patrzeć nasze oczy!...
Po cichu, w nocy, jak złodzieje, dwaj zaufani ludzie wynieśli tych kilka pakunków do przygotowanej kryjówki. Dostaną się stamtąd w pewne ręce i dalej służyć będą chwale Bożej.
Teraz wszystko gotowe na przyjęcie obcych gości.
Trochę gratów starych w zakrystyi i klasztorze. I my... stare graty także, gotowe do wyrzucenia na śmietnisko. Ale o to mniejsza.
Prócz paru zaufanych, nikt nie został wtajemniczony, nikt o grożącem nieszczęściu nie wiedział. Wszystko w klasztorze szło niezmiennym porządkiem. Jak zwykle odprawiały się nabożeństwa, jak zwykle w oznaczonych godzinach zbierałyśmy się na pacierze w chórze. Nawet było nas więcej. Nikt nie korzystał z dyspens. Matkę Koletę przyprowadzano, matkę Ignacyę przynoszono na fotelu.
Żadna nie chciała opuścić ani jednej godziny w chórze. Były to przecie ostatnie nasze wspólne modlitwy tutaj...
Przyszedł wreszcie 25 lipca.
W wigilię już spodziewałyśmy się... Parę razy dzwonek odezwał się na gościńcu; wszystko do okien biegło z bijącem sercem. Ale ten dzień minął spokojnie. Dopiero nazajutrz...
Kończyłyśmy właśnie pacierze przedpołudniowe w chórze, gdy gwałtowne dzwonienie dało się słyszeć u bramy. Poczciwa siostra Domicella, jedyna nasza konwerska, wpadła do chóru, blada jak ściana i drżąca cała, choć przecie od tygodnia spodziewałyśmy się tego, co przyjść miało.
— Już są, już są!
Skinęłam na siostrę Serafinę, i, zostawiając siostry przy ostatnich modlitwach, pośpieszyłam na przyjęcie tych panów.
Było ich czterech: dwóch starszych w mundurach wojskowych, tamci w ubiorach niższych urzędników cywilnych. Zdawali się zniecierpliwieni.
— Ależ my do klasztoru wejść chcemy, do środka — zawołał najstarszy, w mundurze pułkownikowskim, z mnóstwem krzyżów i medalów na piersiach.
— Może nas panie nie zechcą puścić? — zapytał z ironicznym uśmiechem jego towarzysz, kapitan, naczelnik powiatu. Tego znałyśmy dobrze, aż nadto.
— Czy panowie żądacie tego stanowczo, aby im bramy otworzyć? — spytałam.
— Żądamy? Jakżebyśmy byli tak niegrzeczni! Prosimy tylko, pokornie prosimy!
— Ustawy nasze zabraniają nam za klauzurę wpuszczać osoby, nie mające do tego prawa. Ale oporu stawiać nie możemy. Tu są klucze. Jeśli panowie chcecie, możecie z nich zrobić użytek.
Ci panowie nie robili ceregieli. Za parę minut wielka brama otwarła się z łoskotem. Posłyszałyśmy na dziedzińcu brzęk pałaszów i ostróg. Na zewnątrz żołnierze z bronią stanęli na warcie.
Zebrałyśmy się wszystkie, które mogły chodzić, w refektarzu, czekając. Za chwilę pułkownik zjawił się tam ze świtą.
— Czy panie wszystkie tu jesteście? — spytał, kiwając nam głową na przywitanie.
— Oprócz trzech sióstr, nie mogących zejść dla wieku lub choroby.
— Proszę po nie posłać.
— Panie pułkowniku nie mogą się ruszyć z łóżka.
— Proszę je przynieść z łóżkami, albo poślę moich żołnierzy, żeby je znieśli.
Nie było rady. Zostawiłam pana pułkownika w refektarzu, zapalającego sobie cygaro i poszłam na górę, aby zarządzić sama przeniesienie biednych sióstr. Siostrze Eustachii oszczędzałyśmy dotąd smutnej wiadomości. Bałam się, że ją to zabije. Ku wielkiemu memu ździwieniu, znalazłam ją całkiem spokojną i przygotowaną.
— Niech matka się nie trudzi. Wiem o wszystkiem. Klasztor skasowany. Nas wypędzają. Żołnierze w dziedzińcu. W refektarzu oficerowie.
— Któż matce powiedział? Zakazywałam przecie...
Uśmiechnęła się.
— Proszę tylko do nikogo nie mieć pretensyi i nie podejrzywać niesłusznie. Nikt ust nie otworzył.
— Skądże więc?...
Uśmiechnęła się znowu, tym dziwnym, trochę zagadkowym uśmiechem, jaki miewają czasem postacie Świętych. Twarz jej żółta, zawiędła, przezroczysta, wyglądała zwykle tak, jak wyglądają umarli. Tym razem blask jakiś dziwny bił od niej.
— Czyż to koniecznie od ludzi można dowiedzieć się o wszystkiem?
Mówiła to spokojnie, jakby żartobliwie. Ale serce moje lęk wielki przeniknął. Pan był tutaj, w tej cichej celi, i jego Anioły.
Siostra Eustachia mówiła dalej ze zwykłą swą prostotą i spokojem.
— Ten oficer domaga się, abym zeszła. Prawda? Zejść nie zejdę, ale na krześle to mnie zniosą.
Pomogłam jej ubrać się; potem siostra Domicella z Maryanną, naszą jedyną posługaczką, podniosły w górę krzesełko, na którem staruszka siedziała spokojna, uśmiechnięta, jasna cała.
— Ostrożnie, na miłość Boga — zawołałam.
Skinęła lekko ręką, nie przestając się uśmiechać.
— Nie bój się, mateczko, — rzekła — nie bój się nic. Już niedługo.
Dopiero nazajutrz zrozumiałam te słowa.
Z matką Salezyą przyszło trudniej o wiele. I jej nie mówiono nic dotąd o kasacie klasztoru; teraz wierzyć jej nie chciała, o zejściu na dół nie dała sobie mówić.
— Albo wszystko nieprawda i bajka, — powtarzała uparcie — a wtedy niema po co na dół schodzić, albo ci panowie, jeśli są tu, znajdą do mnie drogę.
Staruszce biednej zaczynało powoli w głowie się kręcić, jak siostrze Agnieszce.
Nie było rady. Trzeba ją było zostawić.
Zastanawiałam się, schodząc, jak wytłómaczyć to pułkownikowi i przeszkodzić możliwym gwałtom i awanturom. Nie doszło do tego jednak. Znalazłam pana pułkownika w zmienionem usposobieniu. Stał zmieszany jakiś i niespokojny. Cygaro rzucił na ziemię, i wciąż patrzył z lękliwem zdumieniem na siostrę Eustachię, którą na środku refektarza postawiono z jej krzesełkiem, zawsze uśmiechniętą i promienną.
Gdym weszła zwrócił się ku mnie, i przez chwilę widocznie słów szukał.
Uspokoiłam go frazesem jakimś. Nie pytał już o resztę sióstr.
Wyjął z zanadrza papier z urzędową pieczęcią i pośpiesznie, myląc się i połykając wyrazy, zaczął czytać dekret rozwiązujący zgromadzenie i nakazujący nam bezzwłocznie klasztor opuścić. W szczególnej swej łasce władze pozwalały nam wybrać jedno z dwojga: albo wyjazd zagranicę, albo internowanie w innym klasztorze, w którym zakonnice różnych domów i reguł zamknięte są do wymarcia, jak w więzieniu, pod rządową, policyjną strażą.
W imieniu sióstr odpowiedziałam, że wybieramy pierwsze, i zapytałam, kiedy mamy klasztor opuścić.
— Jutro przed południem.
— Czy wolno będzie Mszę św. odprawić?
Zawahał się.
— Dobrze — rzekł. Ale jedną i cichą. Inaczej ksiądz będzie odpowiadał — wasz ksiądz. I dziekan także, któremu kazałem tu być jutro. Żadnych śpiewów więc, żadnych świateł, żadnych dzwonów i demonstracyi.
— Ależ bez światła nie można Mszy odprawiać!
— No, to zapalcie dwie świece, nie więcej.
Zastanowił się przez chwilę. Wreszcie zwrócił się do jednego z cywilnych urzędników.
— Sprowadź mi tu pan kapelana, zaraz. Muszę z nim ułożyć wszystko, żeby jakie głupstwo nie zdarzyło się. A panie o jedno proszę: — dodał patrząc na mnie — żadnych demonstracyi, żadnych scen. Bardzo proszę.
Opuściła go całkiem chwilowa nieśmiałość. Oczy błyszczały zimne i twarde jak stal.
— Niech pan pułkownik będzie spokojny, — odrzekłam — my scen nie robimy.
Chciałam jeszcze coś dodać. Przerwał mi głos matki Eustachii.
— Nie bój się, synku, mateczka ma słuszność. My scen nie robimy. Pan Bóg tylko, Pan Bóg, to co innego. On może. My nie. My w jego ręku. W jego ręku życie nasze i śmierć.
Urwała i po chwili dodała ciszej, uśmiechając się wciąż do jakichś nieuchwytnych, unoszących się przed jej duszą obrazów.
— Życie i śmierć... Tak, tak, śmierć, połączenie z Panem Jezusem... szczęście... niebo... Do jutra.



III.

Skąd się wieść o tem rozeszła po okolicy? Bo nie od nas. Dość że od świtu drogi, wiodące na górę klasztorną, pełne były ludzi. Szło tego jak mrowia. Białe i bure sukmany, rogate czapki i kapelusze słomiane, wózki jednokonne i parką zaprzężone, między nimi tu i owdzie pański ekwipaż, dziewczęta w chustach kolorowych i baby w rańtuchach. A wszystko ciche, bez pieśni, bez rozmów, z pochylonemi głowami. Na pogrzeb weselej idą.
I płynęło to, płynęło jak rzeka.
Kościół otworzono o szóstej. Już cały dziedziniec pełen był ludzi, choć żołnierze próbowali byli odpędzać z początku. Odrazu tłum zapełnił szczelnie niewielką przestrzeń. I dziwnie! Zwykle w takich razach na odpustach tłok robi się po kościołach, słychać sprzeczki, piski, narzekania, rozmowy tłumione. Teraz nic. Ścisk był większy daleko niż kiedykolwiek na największe święto, bo ludu wciąż przybywało i tłum wielki stał przed kościołem, wejść nie mogąc. A jednak nie cisnął się nikt. Nikt się nie ruszał. Nikt głosu nie podniósł. Tylko cichy szept modlitw unosił się w powietrzu, jak brzęczenie niewidzialnych owadów. Tylko w ciszy wielkiej tłumione, zduszone zaraz łkanie odzywało się na mgnienie oka.
Ks. dziekan i nasz staruszek kapelan, O. Wincenty, siedzieli w konfesyonale od nocy. Każdy się cisnął; każdy chciał raz ostatni Ciało i Krew Pańską przyjąć w tym kościołku, pod którego skrzydłami tuliły się jego dziecinne modlitwy, modlitwy jego ojców i dziadów. A jednak i tam, przy konfesyonałach, nie było ścisku. Tylko kiedy dziekan zrywał się i O. Wincentemu znaki dawał, że czas ze Mszą wychodzić, chwytano go za komżę, za poły sutanny i jęk wielki rozlegał się dokoła.
— Czekajcie, ojcze drogi, najlepszy; dajcie nam jeszcze wysłuchać się... Toć już ostatni raz.
Ksiądz wysyłał posłańca do pułkownika z prośbą o cierpliwość. Potem siadał i głowę schylał ku penitentom. Łkania cichły, i słychać było tylko szept pacierzy.
Było już blisko południa, kiedy pułkownik z kapitanem i cywilnym urzędnikiem zbliżyli się do konfesyonału dziekana. Sześciu żołnierzy szło naprzód, rozpędzając lud.
Ks. dziekan bardzo blady, wyskoczył z konfesyonału i podbiegł naprzeciw tym panom.
Pułkownik nerwowym ruchem wyjął zegarek i podsunął mu go pod oczy.
— Msza była naznaczona na dziewiątą — rzekł ostrym głosem. Czynię pana odpowiedzialnym za spóźnienie. I za zbiegowisko także. A prosiłem pokornie, nie uprzedzać, nie rozgłaszać.
Poczciwy ks. dziekan odwagą nie grzeszył. Stał jak na żarzących węglach.
— Ależ, najłaskawszy panie pułkowniku, jam nic nie winien, nie mówiłem żywej duszy. Ale cóż, ludzi tyle do spowiedzi... Puścić nie chcą...
— Puścić nie chcą? Opór, bunt? Ja tu zaraz moich żołnierzy...
— Ależ nie, gdzie tam, niechże Bóg uchowa, — przerwał ksiądz jeszcze bardziej przerażony — ot nic, tylko wyspowiadać się chcą, a księży niema... Pan pułkownik nie pozwolił, choć prosiłem...
— Zapewne, zapewne, żeby jeszcze większą demonstracyę robić, jeszcze większy skandal! Tego nie dość, co jest! A wszystkiemu pan winieneś. Po co siadać do spowiedzi? Czy ja po to pana sprowadziłem? Inwentarz spisać, co wasze odebrać, kościół zapieczętować, to wasza rzecz, a nie awantury robić. Ale wam demonstracye w głowie. Ho, ho, znam ja was wszystkich!
Pułkownik gorączkował się coraz bardziej, szarpiąc i rwąc sznurek od monokla. Kapitan uśmiechał się złośliwie i z widocznem zadowoleniem kiwał głową, potakując. Urzędnik stał sztywny i znudzony.
Ksiądz dziekan stracił całkiem kontenans.
— Pobiegnę po ks. kapelana, aby wychodził ze Mszą — rzekł wreszcie, aby wyjść z kłopotliwego położenia.
— Radzę wam to zrobić bez zwłoki i dopilnować — odparł ostro pułkownik, patrząc na zegarek. Jeśli za kwadrans Msza nie zacznie się, każę kościół opróżnić przez żołnierzy i zamknę go, jak jest.
Jak jest, to znaczyło z Przenajświętszym Sakramentem.
Ksiądz dziekan nie dał sobie powtarzać. Przedarł się przez tłum i dopadł drugiego konfesyonału, koło którego ludzie cisnęli się murem.
— Ojcze, prędzej ze Mszą wychodźcie, inaczej awantura! zawołał głośno, zadychując się i chwytając powietrze.
Staruszek powoli głowę białą, jak mleko, odwrócił od penitenta.
— Konieczneż to, tak prędko? — szepnął cichym, bezdźwięcznym głosem. Ci biedacy tak proszą, płaczą oto... Toż ostatni raz!...
— Ależ zlituj się, ojcze! Pułkownik wścieka się. Grozi, że kościół opieczętuje z Przenajświętszym Sakramentem! Tak przecie zrobili w Bujsku i aż w rok wyrobił biskup pozwolenie zabrania Sanctissimum.
Staruszek podniósł się szybko i zaczął, trzęsąc się, przeciskać do dziekana przez tłum, zatrzymujący go z płaczem i jękiem.
— Mnie jednego jeszcze, ja o 10 mil przyszedłem.
— A ja się tu chrzciłem, do Komunii pierwszej przystępowałem.
— My tu ślub brali, na tym cmentarzu chcieliśmy kości złożyć.
Wszystko płakało. Ręce staruszka okrywano pocałunkami i łzami. Inni schylając się, całowali brzeg jego sutanny.
On szedł jak senny, słaniając się, nie widząc. Oczy mu zasłaniały łzy.
Dziekan zbliżył się i podał mu ramię.
— Odwagi, ojcze, odwagi — szepnął. Wola Boża.
— Uznaję ją i czczę, — jęknął stary — ale ciężko. Wiecie przecież... całe życie tu zeszło. Pókim był z braćmi, przysyłali mnie tu wciąż, potem osiadłem jako spowiednik, a gdy nasz klasztor zamknęli, zostałem tu sam jeden, i już myślałem, że nie dożyję... A wszakże to czterdzieści pięć lat, jak tu jestem.
Wszystko to później sam dziekan nam opowiadał, gdy nas odwiedzał na wygnaniu naszem. I zdawało nam się, że widzimy przed sobą drogą, świętą postać ojca Wincentego. Ale on już wówczas odszedł w górę.
My tymczasem trwałyśmy na modlitwie w chórze przy kracie, która wyjątkowo na tę ostatnią Mszę nie była zasłonięta. Inwentarz już był oddany od rana. Naszych parę węzełków leżało, gotowych do drogi, na wózku. A my zebrane u stóp Zbawiciela, w stallach naszych starych, które miałyśmy na zawsze opuścić, modliłyśmy się, modliły...
Byłyśmy wszystkie, od tylu lat po raz pierwszy — wszystkie bez wyjątku. Matka Eustachia na fotelu, obłożona poduszkami, z głową na tył odrzuconą, i zamkniętemi oczyma, wyglądała jak umarła. Z twarzy woskowej, zdawało się, uciekł ostatni promyk życia. Ręce tylko wychudłe, siecią żył sinych okryte, poruszały czasem ziarna różańca.
W krześle także zniesiono matkę Salezyę z jej sparaliżowanemi nogami. Za to matka Ignacya chciała koniecznie zająć swoją stallę obok matki Kolety, a siostra Agnieszka siedziała także na swojem miejscu, całkiem spokojna, nie śmiejąc się, nie bełkocząc; tylko wielkie znaki Krzyża świętego robiła co chwila, bez potrzeby.
W zwykłym czasie odmówiłyśmy officyum przedpołudniowe, dodając nieszpory, jako przed podróżą, podczas której mogłyśmy mieć przeszkodę w odmawianiu pacierzy. Czekałyśmy już tylko na Mszę.
Pan pułkownik zabronił organu, śpiewu, dzwonów i świateł z wyjątkiem dwóch świec. Byłyśmy posłuszne.
Paliły się więc dwie świece na wielkim ołtarzu od rana. Od górnego chóru i organów kazał sobie oddać klucze pułkownik. Dzwony milczały.
I naraz odezwał się jeden przy zakrystyi, cichutki.
Drżący, osłabły, pochylony, sunął się, chwiejąc, ku ołtarzowi ojciec Wincenty. Ksiądz dziekan w komży i stule podtrzymywał go. Kościół nasz taki mały: od zakrystyi do ołtarza trzy kroki zaledwo. Zatrzymywał się, ręce wyciągał przed siebie, jakby drogi w ciemnościach szukając, lub oparcia. Na nim stary ornat złotemi nićmi szyty, wystrzępiony ze starości jak koronka, robota pobożnej kniahini Hanny, żony naszego fundatora, kniazia Daniła Mirskiego, córki wojewody Przemka z Melsztyna. Stara relikwia, którą zostawić było trzeba, bo ją do inwentarza klasztornego zapisali przy rewizyi urzędnicy, dla kilku pereł wplecionych w złote pasma ręką hojnej pani. Starem u ciężko było w złotogłowiu zczerniałem. Uginał się, idąc.
Przed nimi dwóch starców, siwych, zgarbionych, mało co od niego młodszych. Jeden, z białą po pas brodą, niósł mszał. To najpoważniejsi i najstarsi z obywatelstwa, podkomorzy Gostowski i sędzia Raciszewski. Oni tym razem, przy Mszy ostatniej, służyć będą za ministrantów.
Ci już nie boją się kompromitacyi.
Po kościele jedno wielkie westchnienie rozległo się naraz, z tysiąca piersi wydzierające się głucho, ciężko, jak jęk.
Msza się zaczęła.
Myśmy oczy spuściły w dół na chwilę. Zasłonami przysłoniłyśmy twarze, pochyliłyśmy je ku pulpitom, tłumiąc łkanie, kryjąc łzy.
To była Msza ostatnia.
Kiedy za chwilę oczy podniosłam, zdało mi się, że śnię.
Kościół jaśniał światłem cały. Wszystkie pająki we wszystkich trzech nawach, kandelabry, świece u ołtarzów, co tylko było do zapalenia, gorzało jak na procesyi Bożego Ciała. Jak to się stało? Czy kto o zakazie oświetlenia wielkiego ołtarza wygadał się? Czy się umówiło kilku odważniejszych? Kto pierwszą świecę zapalił? Nikt tego nie dojdzie, bo z pewnością nikt się tem nie pochwalił. Dość, że w ciągu jednej minuty kościół cały jaśniał światłami, zapalonemi niewiadomo przez kogo.
Tylko na wielkim ołtarzu, przy którym stali oficerowie i żołnierze, paliły się dwie świece, jak przedtem, i pułkownik obrócił się twarzą ku kościołowi, zielony cały, sapiąc głośno, gryząc wąsy i rwąc w kawałki sznurek od monokla.
Nie patrzyłyśmy na niego. Oczy nasze biegły na kościół, na kościół nasz kochany, taki w tych blaskach złotych cudowny.
Nigdy mi się tak pięknym nie wydał. Dzień był jasny, gorący. Słońce wpadało błyszczącemi smugami przez górne okna, ślizgało się po murach poczerniałych, po marmurowych gzemsach, po czerwonym porfirze ołtarzy. Złocone anioły i posągi świętych biskupów zdawały się gorzeć jakimś nadziemskim ogniem. Wybladłe freski na sklepieniu i na ścianach, porysowane w zygzaki, okryte plamami od wilgoci, w świetle setek świec i w ciepłej smudze słonecznej wyglądały promienne i świeże, jakby je wczoraj malował pobożny nasz brat Hilaryon, uczeń Lexyckiego przed dwustu laty.
Żywe barwy ściennych malowideł, złocenia i marmury nagrobków i ołtarzy, złocisty blask zapalonych świec w kandelabrach i pająkach — wszystko razem zlewało się w jakiś dziwnie harmonijny obraz, przemawiający do duszy, jak muzyka. Siostry mówiły mi później, że miały takie wrażenie, jakby się znajdowały w niebie, u stóp Bożego Majestatu.
A na tle tej tęczy, złotem oblanej, tysiąc głów schylonych ku ziemi, twarzy łzami zalanych, ust wstrzymujących łkanie i jęki, a szepczących modlitwy...
Przy wielkim ołtarzu ojciec Wincenty Mszę św. odprawiał tymczasem.



IV.

Odprawiał ją bardzo powoli. Mylił się widocznie, plątał i na nowo zaczynał. Do mszału wciąż patrzyć musiał, bo go widocznie zawodziła pamięć, ale i czytać trudno było, choć oczy drżącą ręką przecierał co chwila. Ksiądz dziekan stał przy nim, karty mu odwracał, drżące dłonie podpierał, słowa liturgii podpowiadał z pamięci. Ale staruszek coraz bardziej ociągał się, coraz wolniej wymawiał święte wyrazy.
Ach, myśmy go dobrze rozumiały! Myśmy wiedziały, dlaczego tak trudno Mszę tę ostatnią skończyć, dlaczego mu tak przed końcowem Ite missa est straszno!
Oto podniesienie. Siwa głowa kapłana pochyla się nad ołtarzem, dzwonek jęczy cicho. Tłum ściśnięty w kościele porusza się przez chwilę, jak fala wiatrem kołysana, i ściele się u stóp Pana Zastępów.
Drżące, pomarszczone dłonie starca podnoszą się wysoko. W nich Hostya biała: święte Ciało Chrystusowe.
I znów z tysiąca piersi jęk się odzywa przeciągły, głuchy:
— Jezu, Jezu, Jezu!
Oto jesteś na tym ołtarzu, na który od czterystu lat schodziłeś codziennie, z którego tak długo, tylu tysiącom niosłeś łaski swe i pociechy, swe światło i zbawienie. Oto jesteś — i jesteś po raz ostatni!
Chwila jeszcze, i przestaniesz królować tutaj, i odejdziesz wygnany, i już Ci nie będzie wolno tu wrócić, tak jak i twoim sługom...
Koło mnie siedziała matka Koleta, nieruchoma, zmartwiała w powadze swych dziewiędziesięciu lat. Naraz blade jej usta poruszyły się, wymawiając słowa pieśni pobożnej, pieśni śpiewanej przez konfederatów, od jednego z nich może słyszanej w dzieciństwie przez staruszkę:

Bo nieprzyjaciel na to się usadził,
Aby twe syny z ojczyzny wygładził...

Ach! ależ to nie synów i córki ojczyzny naszej, nie synów Maryi, kraju naszego Królowej, nie ich samych tylko chce nieprzyjaciel wygładzić... Oto przecie dłoń świętokradzką podnosi na Twego Syna, o Maryo! Oto Jego wygania z Jego przybytków, oto zabrania Mu do nich wstępu... I On, Pan niebieskich pułków, na to pozwala? Pozwala siebie wygnać z kościołów, z serc słabych i ułomnych, w których gaśnie moc i wiara? I Ty Panno mocna, Tyż nie pośpieszysz się ku obronie?
Ach, w sercu starego kapłana to samo pytanie musi się powtarzać! Słowa modlitwy wychodzą z ust jego coraz wolniej, coraz trudniej. Zdaje się, jakby czegoś czekał... Może cud się stanie? Może pułki aniołów z płomiennymi mieczami w dłoniach zejdą z niebios, odpędzą najeźdźców, ocalą świątynię i ołtarz...
Ale oto przychodzi chwila Komunii.
— Panie! nie jestem godzien...
Z głuchym łoskotem dłoń starca uderza w pierś wątłą, wychudłą. Ach, gdyby Pan jego raczej ukarał, gdyby życie jego wziął jako ofiarę przebłagalną swego gniewu! A w zamian, gdyby ocalił świątynię.
A jeśli nie... to, gdyby teraz, zaraz. Ciało i Krew Pańską spożywszy, odejść z tego padołu nędzy do Pana... Nie patrzyć...
Ach! gdyby teraz umrzeć!
Komunia kapłańska skończona. Ojciec Wincenty odwraca się od ołtarza, drżącą ręką krzyż kreśli w powietrzu. A potem Hostyę poświęconą podnosi wysoko ponad korzącym się tłumem.
I znowu, jeszcze wolniej jak do ołtarza, iść poczyna do kraty.
Dziekan podtrzymuje go, prowadzi wraz z podkomorzym. Ale idą po omacku. Łzy zalały oczy im wszystkim.
W swoich płaszczach białych, powłóczystych, siostry zbliżają się powoli, jedne za drugiemi, do kraty. Jak w największe święta... Wszak to nasza ostatnia Komunia w klasztorze.
Przysuwają fotele chorych matek tuż do otwartego okienka, podnoszą je, aby kapłan mógł do ust im sięgnąć. Ojciec Wincenty drży cały, ręką z Przenajświętszym Sakramentem kierować musi dziekan.
Wreszcie wszystkie przyjęłyśmy Chleb Żywota. Z zasłoną spuszczoną na twarz siostry pochylają się w niemej adoracyi nad pulpitami swych stali. Nad ołtarzem pochyla się kapłan.
Spożywa pozostałe konsekrowane komunikanty.
Skończyło się. Pan Jezus opuścił już świątynię. Tabernaculum puste, stanęło otworem. Ksiądz dziekan schodzi ze stopni ołtarza, drżącą ręką wyjmuje lampkę wiszącą w środku prezbiteryum — i gasi w niej światło.
Jęk jeden wielki i lament urwany zaraz rozlega się po kościele.
Żegnaj nam, żegnaj, Zbawicielu nasz, Jezu słodki!
Skończyło się...
Resztę widzę już jakby przez mgłę...
A u rogu ołtarza stoi Ojciec Wincenty, słaniający się, blady jak ściana. Dwóch ludzi podtrzymuje go, dwóch innych zdejmuje z niego ornat i albę, wkłada komżę i stułę. Jakaś miłosierna pani podaje mu sole trzeźwiące. Staruszek daje ze sobą robić, co chcą, bezwładny, zmartwiały. Ksiądz dziekan zbliża się ku kracie i roztwiera ją na oścież.
Powoli, podtrzymując się nawzajem i wlokąc za sobą długie ciężkie płaszcze, z twarzą ukrytą w zasłonie, przechodzimy tę kratę, którą ostatnia z nas przestąpiła przed czterdziestu laty.
I teraz już nie jęk urwany i nie tłumione łkanie rozlega się w kościele. Ach, ten lud poczciwy czuje dobrze, że to już ostatnia chwila, że koniec już przyszedł świątyni, w której modlił się od wieku, i sługom Bożym, co ją niegodnie obsługiwały dotąd.
Płacz, krzyk, lament rozdzierający serce wyje dokoła jak burza. Ludzie rzucają się do nas, rozdzierają nasze habity aby je całować, matki podnoszą dzieci, aby nas widziały, tysiące głosów woła nam pożegnanie i błogosławieństwa...
— Oj mateczki nasze rodzone, cóż my poczniemy bez was! Oj niedola nasza, kto za nas modlić się będzie, kto poradzi w chorobie i kłopocie, kto pocieszy w nieszczęściu!
— Oj, sieroty my bez was, sieroty!
— A pamiętajcie tam o nas, a módlcie się za nami.
— A pobłogosławcież choć nam i temu maleństwu.
— Józiek, Maciek, oczy wytrzeszczaj... patrz, jak mateczki wyglądają, abyś dzieciom kiedyś opowiedział.
— Oj, dolaż nasza nieszczęsna! Na toż nam przyszło, że na poniewierkę ołtarzy Pańskich i świętych naszych panienek patrzeć muszą nasze oczy!
Tu i owdzie zaciskają się pięści, młodszym iskry z oczu lecą. Ale wszystko znów cichnie.
— Spokój, na Boga, spokój — szepną starsi. Nie pomożemy nic, nieszczęście tylko zgotujemy im i sobie.
Pułkownik zielenieje znowu.
Podbiega do księdza dziekana i szarpie go brutalnie za rękaw od komży.
— Na pana składam odpowiedzialność za wszystko. To pan chciałeś tej Mszy, tej demonstracyi. Teraz bunt się zaczyna... Ja każę strzelać... Niech pan powstrzyma, inaczej ja za nic nie odpowiadam, a pan...
— Pan przespaceruje się w oddalone strony — kończy ze zwykłym swym uśmiechem kapitan.
Ale dziekan całkiem inny już w tej chwili, niż przed dwiema godzinami.
— Pan mnie spacerem tym nie nastraszysz, kapitanie — odpowiada spokojnie. Gdybym się go bał, dawno zrzuciłbym tę suknię. Będzie ze mną, co Bóg da, ja na wszystko gotów. Ale odpowiedzialności za to co się dzieje i dziać może, ja na siebie nie biorę. Nie ja napełniłem goryczą nie do zniesienia serca tych biednych ludzi; nie ja ich zraniłem w tem, co im najbardziej święte i drogie...
— Uważaj pan na to, co mówisz! Pan ośmielasz się poddawać krytyce rozporządzenia wysokich władz. Pan twierdzisz, że rząd tych ludzi obraża i krzywdzi...
— Twierdzę tylko jedno: kto sieje wichry, zbiera burze.
— Ja pana zaraz każę aresztować.
Ksiądz dziekan odwrócił się. A szmer tymczasem znów się zwiększał, rósł, huczał jak ryk burzy.
I naraz wszystko ucichło — ucichło zupełnie.
Słychać było syczenie wosku topiącego się w świecach ołtarzowych.
Ojciec Wincenty ręce wyciągnął, głowę podniósł i usta otworzył.
Słuchali wszyscy. On mówić zaczął.
Pułkownik rzucił się ku ołtarzowi, jak wściekły.
— Ja mówić zakazałem, — krzyknął — ja panu każę milczeć! Ja pana do odpowiedzialności pociągnę za naruszenie publicznego spokoju...
Ale darmo się rzucał. Ruchoma fala ludzka stężała naraz, zrobiła się nieruchoma i twarda jak mur. Pułkownik i towarzysz jego kapitan ujęci zostali jak w kleszcze żelazne. Nie ruszano ich, nie popychano — ale nie ustępowano. Zdawało się, że ta masa ludzi stała się ślepą i głuchą. Pułkownik krzyczał: „Puszczać! miejsce dać! ja tu w imieniu N. Pana...“ Nie słyszał go nikt. Był bezwładny.
— Ten stary klecha odpowie mi za to — zgrzytnął zębami, pieniąc się.
— Daj pan pokój — odparł dziekan łagodnie. On już ziemskich sądów nie boi się. Dziękuj lepiej Bogu, panie pułkowniku, że na tem się kończy i nie utrudniaj nam naszego zadania...
Pułkownik wypatrzył się na księdza.
— Jedno słowo więcej, bodajby nie było iskrą w beczce prochu — kończył ksiądz. Spójrz pan na twarze tych ludzi.
Pułkownik oglądnął się i naraz księdza za rękę uchwycił.
— Pan odpowiada, ja proszę... ja wszystko zrobię, jak pan chcesz... ale nie dopuść pan... istotnie... mogłoby zdarzyć się nieszczęście.
Ksiądz uśmiechnął się smutno.
— Nie będzie nieszczęścia — odparł — nie bój się pan, ja za to ręczę. Ten lud ma wiarę. Tylko do ostateczności nie trzeba go doprowadzać, bo wtedy już nie ręczę za nic.
Ojciec Wincenty mówił do nas tymczasem. Klęczałyśmy na ostatnim stopniu ołtarza, płacząc cicho. Staruszek nie płakał. Oczy mu zapadły gdzieś wgłąb, jakby mgłą krwawą zaszły, ale ogień jakiś palił się w nich dziwny. Mówił z początku cicho, niewyraźnie, urywanym bezdźwięcznym głosem, potem głośniej i śmielej. Aż wreszcie z tych piersi rozbitych głos popłynął falą srebrną, potężny i grzmiący. Ludzie oddech w piersi zaparli.
On mówił o dawnych, bardzo dawnych dziejach, o ludziach starych, w proch rozsypanych, o rycerzach w zbroje zakutych i pobożnych białogłowach, śpiących pod kamiennymi nagrobkami i pod zapisanemi płytami posadzki. Mówił o kniaziu Danile i kniahini Hannie, co po śmierci córki jedynej, a pięknej jak wiosna, wiano jej oddali tutaj, na chwałę Bożą i na pożytek dusz. Mówił o czasach, gdy w tych murach sto dziewic ze starych okolicznych rodów kwitło jak sto lilii w Jezusowym wirydarzu, o świątobliwej ksieni Dorocie, której ciało Kościół podniósł na ołtarze, o siostrach zakonnych, zmarłych w woni świętości i pocałunku pokoju od Pana. Mówił, czem były dla Boga, czem dla ziemi, na której żyły. Więc o szpitalach dla starców i chorych, więc o szkołach i ochronach dla dziatwy, więc o jałmużnach i lekarstwach, więc o rojach biedaków cisnących się do furty, gnieżdżących się u stóp klasztornego pagórka, więc o innych rojach, co w kościele i klasztorze znajdowały łaskę niebieską i ludzką pomoc lub pociechę; więc dalej o domach Bożych wznoszonych sumptem klasztoru, i ofiarach, składanych czasu wojennej potrzeby na ołtarzu Rzeczypospolitej: więc o napaści tatarskiej, mężnie podwakroć od murów obronnych odpartej i szwedzkiej łupieży, w której skarby klasztorne zginęły i droższe od skarbów żywoty zakonnych panienek umęczonych za wiarę i cnotę; więc krwawe inkursye kozackie i ponowny mord pięciu zakonnic, zamordowanych przez rozbestwione schyzmatyckie pospólstwo; więc zastępy niewiast chowanych dla Boga i dla ludzi, sierot wyrwanych nędzy, chorych wyrwanych śmierci, grzeszników powróconych swym Aniołom Stróżom, a wreszcie ostatnie próby, i walki, i krzyże, i gorycze...
Wszystkie blaski i chwały zgromadzenia, wszystkie zasługi sióstr lepszych od nas i szczęśliwszych, bo spoczęły już tam, skąd niema wygnania; czterysta lat naszych dziejów, dziejów Kościoła i narodu... karta za kartą zapisywał to wszystko biały starzec płomiennemi zgłoskami, na zawsze, w myślach i sercach słuchaczy. Ach! oni już teraz będą wiedzieć, będą pamiętać, czem był ten klasztor, oni pamięć o nim przekażą w pokolenia dalekie, gdy w murach jego wróg obierze siedlisko i Imię Pańskie z nich zetrze!
A teraz — zwrócił się do nas.
Niedobry, okrutny ojcze Wincenty! Niedość miałeś męki, jaką przechodziłyśmy dotąd! Trzebaż ci było rany nasze rozkrwawiać i niby żelazem gorącem wypalać, trzebaż było zedrzeć z nas sztuczną skorupę pozornego męstwa i postawić przed Bogiem i tymi wszystkimi ludźmi w całej naszej nędzy i niemocy, w całem tchórzostwie serca i złamaniu woli, w całem rozdarciu biednych, zbolałych dusz naszych!
— Do was teraz ostatnie moje słowo, ostatnie latorośle bujnego niegdyś drzewa, co tyle kwiatów niebu przyniosło, tyle cienia i owocu tej ziemi biednej, ukochanej. Do was się zwracam, siostry moje, ciężko dotknięte prawicą Bożą, zwracam się z pożegnaniem i błogosławieństwem. Błogosławię was na gorycze tułactwa wśród obcych, na tęsknoty wygnania, na nędze i opuszczenie i pogardę ludzką, na ofiarę z tego wszystkiego, czego nawet za kratą wolno pragnąć, co nawet serce Bogu poświęcone może na tej ziemi miłować. Błogosławię was za pracę całego życia, za jego modlitwy i zasługi, za obecne łzy wasze, za gorycz i ból tej godziny. Idźcie w pokoju! Oto was żegna dom ten cichy, uświęcony cnotami tylu zakonnych pokoleń, dom, co młodość waszą przygarnął, co był świadkiem Bogu oddanego żywota, co miał patrzeć na ostatnią żywota tego godzinę! Oto was żegna ta świątynia, oblubienica wasza, ukochanie serc waszych, powiernica rozmów waszych z Panem... Ach! On także wraz z wami ją opuszcza, wygnany jak i wy! Żegna was ta ziemia wasza święta, rodzona, w której spocząć chciałyście po znojach życia. Obce dłonie ziemią cudzą przesypią wasze szczątki, i nie zaszumią wam zboża pól rodzinnych nad mogiłą, nie zapłacze nad nią polska pieśń żałobna. Ale Ten, co jest Zmartwychwstaniem i Żywotem, Pasterz dobry przygarnie was jako owce wybrane, najdroższe. Łzy wasze zawiesi jako perły w swej koronie, mękę waszą, ofiarę waszą rzuci na szalę swej sprawiedliwości... Może przeważą nieprawości braci waszych, może wymodlą zmiłowanie...
Tak mówił do nas ojciec Wincenty, a serca nasze rozpływały się w boleści nadmiernej, tak straszliwej, że zdawała się graniczyć z dziwną jakąś rozkoszą. Już i łez oczom naszym zabrakło, już i sił resztka opuściła nasze ciała. Jak klęczałyśmy przed ołtarzem, tak padłyśmy na twarz na kamienne płyty, na których przed wielu laty okrywano nas całunem żałobnym przy składaniu ślubów. Padłyśmy na twarz i leżałyśmy w prochu przed Panem, wołając z głębi serc naszych:
— Panie, nie jako my chcemy, ale jako Ty chcesz. Otośmy sługi Twoje... czyń z nami wedle świętej woli swojej!
I przez chwilę cisza zaległa kościół — a potem jeden wielki jęk się podniósł i łkanie z tysiąca piersi, aż mury klasztorne, zdawało się, zadrżały w swych posadach. Jęk i łkanie i skarga bolesna, wzbijająca się w niebiosa.
Ach! gdybyśmy tak mogły leżeć zawsze u stóp ołtarza, i nie podnosić się już nigdy, nigdy...
Ale nam czas już był w drogę wyruszać.
Podniosłam się pierwsza. Za mną kolejno wstawać zaczęły siostry.
Pierwszą rzeczą, która mnie uderzyła, gdym stanęła na nogach, był przerażony, osłupiały wzrok pułkownika, utkwiony w naszą gromadkę.
Koło pułkownika stał dziekan. Ale ten nie patrzył. Rękami twarz zakrył i płakał.
Spojrzałam na siostry. Za mną w fotelu swoim siostra Eustachia spoczywała nieruchoma, uśmiechnięta łagodnie, z wyrazem niebiańskiego wesela, rozlanym na alabastrowej twarzy.
Pułkownik przyskoczył do niej w tej chwili i szarpnął ją za rękę.
Ręka opadła bezwładnie.
— Co to jest, co to znaczy? — szeptano.
Zbliżyłam się i przyklękłam przy krześle. Oczy zagasłe przysłoniłam powiekami i nachyliwszy się usta przycisnęłam do zimnej dłoni.
Jedna za drugą siostry uczyniły to samo, potem głośno zaczęłyśmy modlitwę za umarłych.
Szczęśliwa siostra Eustachia!
Już nas nie pędził nikt. Ale godzina była późna. Więc znowu jeszcze padłyśmy twarzą na ziemię, aby pocałować po raz ostatni prochy Pańskiego przybytku. Potem powoli, zasłonami zakonnemi okryte, na przyjaznych dłoniach wsparte, iść zaczęłyśmy ku drzwiom kościelnym, przy których już oddawna czekały nasze powózki. Za nami tłoczył się lud, płacząc. W opustoszałem prezbiteryum, sama jedna w swym fotelu, pozostała siostra Eustachia.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Gnatowski.