Strona:Jan Łada - Ostatnia msza.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Ojciec Wincenty ręce wyciągnął, głowę podniósł i usta otworzył.
Słuchali wszyscy. On mówić zaczął.
Pułkownik rzucił się ku ołtarzowi, jak wściekły.
— Ja mówić zakazałem, — krzyknął — ja panu każę milczeć! Ja pana do odpowiedzialności pociągnę za naruszenie publicznego spokoju...
Ale darmo się rzucał. Ruchoma fala ludzka stężała naraz, zrobiła się nieruchoma i twarda jak mur. Pułkownik i towarzysz jego kapitan ujęci zostali jak w kleszcze żelazne. Nie ruszano ich, nie popychano — ale nie ustępowano. Zdawało się, że ta masa ludzi stała się ślepą i głuchą. Pułkownik krzyczał: „Puszczać! miejsce dać! ja tu w imieniu N. Pana...“ Nie słyszał go nikt. Był bezwładny.
— Ten stary klecha odpowie mi za to — zgrzytnął zębami, pieniąc się.
— Daj pan pokój — odparł dziekan łagodnie. On już ziemskich sądów nie boi się. Dziękuj lepiej Bogu, panie pułkowniku, że na tem się kończy i nie utrudniaj nam naszego zadania...
Pułkownik wypatrzył się na księdza.
— Jedno słowo więcej, bodajby nie było iskrą w beczce prochu — kończył ksiądz. Spójrz pan na twarze tych ludzi.
Pułkownik oglądnął się i naraz księdza za rękę uchwycił.
— Pan odpowiada, ja proszę... ja wszystko zrobię, jak pan chcesz... ale nie dopuść pan... istotnie... mogłoby zdarzyć się nieszczęście.
Ksiądz uśmiechnął się smutno.
— Nie będzie nieszczęścia — odparł — nie bój się pan, ja za to ręczę. Ten lud ma wiarę. Tylko do ostateczności nie trzeba go doprowadzać, bo wtedy już nie ręczę za nic.
Ojciec Wincenty mówił do nas tymczasem. Klęczałyśmy na ostatnim stopniu ołtarza, płacząc cicho. Staruszek nie płakał. Oczy mu zapadły gdzieś wgłąb, jakby mgłą krwawą zaszły, ale ogień jakiś palił się w nich dziwny. Mówił z początku cicho, niewyraźnie,