Strona:Jan Łada - Ostatnia msza.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

darł się przez tłum i dopadł drugiego konfesyonału, koło którego ludzie cisnęli się murem.
— Ojcze, prędzej ze Mszą wychodźcie, inaczej awantura! zawołał głośno, zadychując się i chwytając powietrze.
Staruszek powoli głowę białą, jak mleko, odwrócił od penitenta.
— Konieczneż to, tak prędko? — szepnął cichym, bezdźwięcznym głosem. Ci biedacy tak proszą, płaczą oto... Toż ostatni raz!...
— Ależ zlituj się, ojcze! Pułkownik wścieka się. Grozi, że kościół opieczętuje z Przenajświętszym Sakramentem! Tak przecie zrobili w Bujsku i aż w rok wyrobił biskup pozwolenie zabrania Sanctissimum.
Staruszek podniósł się szybko i zaczął, trzęsąc się, przeciskać do dziekana przez tłum, zatrzymujący go z płaczem i jękiem.
— Mnie jednego jeszcze, ja o 10 mil przyszedłem.
— A ja się tu chrzciłem, do Komunii pierwszej przystępowałem.
— My tu ślub brali, na tym cmentarzu chcieliśmy kości złożyć.
Wszystko płakało. Ręce staruszka okrywano pocałunkami i łzami. Inni schylając się, całowali brzeg jego sutanny.
On szedł jak senny, słaniając się, nie widząc. Oczy mu zasłaniały łzy.
Dziekan zbliżył się i podał mu ramię.
— Odwagi, ojcze, odwagi — szepnął. Wola Boża.
— Uznaję ją i czczę, — jęknął stary — ale ciężko. Wiecie przecież... całe życie tu zeszło. Pókim był z braćmi, przysyłali mnie tu wciąż, potem osiadłem jako spowiednik, a gdy nasz klasztor zamknęli, zostałem tu sam jeden, i już myślałem, że nie dożyję... A wszakże to czterdzieści pięć lat, jak tu jestem.
Wszystko to później sam dziekan nam opowiadał, gdy nas odwiedzał na wygnaniu naszem. I zdawało nam się, że widzimy przed sobą drogą, świętą postać ojca Wincentego. Ale on już wówczas odszedł w górę.