O Arnoldzie Boecklinie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz
Przerwa-Tetmajer
Tytuł O Arnoldzie Boecklinie
Pochodzenie W czas wojny
Data wydania 1915
Wydawnictwo Księgarnia Wydawnicza J. Czerneckiego
Drukarz E. i Dr. K. Koziańscy
Miejsce wyd. Kraków
Źródło skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron
O ARNOLDZIE BOECKLINIE.


Trwa przed nami ona wielka, naga, odwieczna. Trwa przed nami w całym swoim majestacie i w całej grozie, olbrzymia, tajemnicza, urocza i straszna. Podobna do ogromnej bogini, która łuk i strzały śmiercionośne w jednej, kwiaty i puhar wina w drugiej trzyma dłoni; podobne do ogromnej bogini o brwiach z błyskawicy i ustach dziecinnych, trwa przed nami.

Szły bogi i w proch padały,

Czas idzie i zmieniają się wiary,
Ona trwa wieczna, jak strach, głód i zawiść
Pierwotna tak, jak one,
Jak one tryumfalna,
Nad wszystko wyniesiona, niepokonana
Niczem i nigdy, tak, jak one,
Pierwotna, dzika potęga

Natury!

Z pomiędzy dzikich, szalonych, okrzesanych skał wylewa się strumień, zdrój cichy i świetlisty, z pomiędzy turni spiętrzonych pod niebo, z pomiędzy chmurami omroczonych skał, wylewa się strumień cichy i świetlisty, jak słowiczy śpiew.
Oto tam w lesie czarnym, w przepastnym borze, wśród wykrotów potwornych, wśród tumanu gałęzi, wśród kurniawy oplątanych korzeni, wśród chaosu i burzy skłębionych pniów: biały kwiat, biały kwiat konwalii, modre niezapominajki, tajemnicza, zielona paproć nad omszonem, przejrzystem jeziorkiem.
Tajne i zaciszne, idyliczne groty w wesołych, puszystych, rozkołysanych wzgórzach, omajone bluszczem, otwierają się w głąb w zawrotne, obłędne, orkanom błądzącym podobne otchłanie, podobne straszliwym dziwom morskim o ośmiu ramionach, z których każde niesie zagładę i śmierć. Strach, śmierć i zguba czyha w tej otchłani. Strach, śmierć i zguba podobna ośmioramiennej poczwarze, złemu dziwowi mórz. A na listeczkach bluszczu, który umaja wejście, słoneczne blaski siadają jak złote motyle...
Mętem powodzi wzbiera rzeka błękitna, na starych gruzach wyrasta soczysta jabłoń, na pożarem wyniszczonym stepie krzewią się zboża, trzęsienie ziemi wywraca grody, a wulkany wygasłe rodzą wino i łagodne oliwki. Do ogromnej bogini, w jednej ręce łuk i strzały, w drugiej wina puhar dzierżącej: podobną jest przedziwna, cudotwórcza, niezbadana, zdumiewająca Matka-Natura.

∗             ∗

W sitowiu zagrał Pan. Bożek Pan. Lubi świstać, gdzie trzody się pasą, bożek o koźlich nogach, o koźlich różkach na głowie. Rozkochane w miłości być muszą istoty, co nigdy gajów różowych, ni szumu fal egejskiego morza nie rzucą, nigdy grot leśnych nie odbiegną, błąkają się wśród zacisz lesistych, w zamrocznych alejach krzewów, pod baldachimem bluszczów i powojów. Gdy gra w sitowiu bożek Pan, bożek o koźlich nogach i koźlich rożkach na głowie, fauny i nimfy, satyry i najady słuchają i tańczą. Tam zaś centaury olbrzymie tętnią po lesie, cyklopy mury stawiają poczwarne, giganty i tytany, jak zionące z kraterów wulkanicznych gwałty, przeciw niebu podnoszą pięść, przeciw bogu, co niebem włada, przeciw bogom morza i podziemia, przeciw bóstwom piękności i pogody. Ziemia i niebo, morza i chmury zabóstwiają się, żyją, przyoblekają kształt ludzkiemu kształtowi podobny. I oto przedziwny świat — źródła mają swą postać cichych, białych zadumanych dziewic; każdy gaj jest kościołem zamieszkałym przez bóstwo, każda grota dzwoni pieśnią „nimf podziemnych“, w każdym wichrze leci bóg, słońce — bóg wozi po niebie — wszędzie bóstwo! I oto przedziwny świat, świat, gdzie wszystko jest cudem, najpiękniejszy o Naturze sen. Ogromna bogini uśmiechnęła się raz tylko tak słonecznie, tak złociście, raz tylko wieki miały tak złoty, tak słoneczny uśmiech — jak echo fletni pastuszej w górach, jak echo od skały do skały: od tysiąca lat do lat tysiąca — poszło wspomnienie tego uśmiechu, trwa jego czar.
Mistyczna poezya natury raz tylko wcieliła się w pieśń tak wielką i wspaniałą. Uśmiech Piękna, uśmiech raz tylko z nieba zesłanej Piękności, owiał raz tylko na ziemi urodzony lud Greków; owiał im życie całe. Piękno owiało ich radość i ból, smutek i wesele; piękno owiało tragedyę i komedyę życia ludzkiego, wyobraźnię ludzką i odczucie. Wszystko poczęło przyjmować kształt niezrównany. Piękno stało się duszą człowieczą, już on ani cierpieć, ani cieszyć się nie mógł w innej formie. Piękno wrodziło mu się w pierś. Powstała baśń najstraszliwsza, tragedye otaczająca czarem, jak noc księżycowa osrebrzą pole bitwy; wesołym, słonecznym południom, kiedy żeńcy śpiewają w polu, dająca urok, jaki paw o tęczowych piórach daje różanym klombom, kiedy się po nich w krasie barw swoich przechadza. Zło i dobro jest legendą, którą sobie ludzie opowiadają, legendą, która po ich śmierci zawisła nad nimi, jak zawisa obłok dymu nad wygasłem ogniskiem; baśnią, która poszła od nich w świat, jak idzie woń lasu poniesiona na wietrze; jak na dalekie wysokie przyłęcze tatrzańskie idzie kędyś w dolinie zawiedziony przez juhaskę śpiew. Na świecie pozostał grecki boski myt.
I przyszedł człowiek, któremu Natura, owa Natura tryumfalna, przedziwna, cudotwórcza, niepojęta, któremu grecka legenda stanęła widomie przed duszą w całej swojej prawdzie, w całym prawdy swojej majestacie; stanęły widomie, jak dwie boginie: olbrzymia Matka, która morza przerzuca i góry obala, i najpiękniejsza jej Córa.
Arnold Boecklin. — Będą o nim mówili, jak o cudownym pielgrzymie, przybłędzie jakimś z zaziemskiego świata, który przed lat trzema tysiącami leśnego Pana podsłuchiwał pieśni, któremu morze odkrywało widomie przez poetów śnione tylko zjawiska, człowiek jakiś, który wszystko widział, wszystko znał, dla którego nic nie było sennem marzeniem, ale wszystko najdziwniejsze, najcudowniejsze, najbajeczniejsze, jawą, realną rzeczywistością, ciałem. Nie jest to poeta-malarz, który tworzy — to jest wizyoner, który ma widzenia; to nie są obrazy, dzieła sztuki — to są objawienia. W tem jest siła, w tem jest potęga Boecklina. Jego rozhukana moc twórcza, jest jak rozhukana moc podzwrotnikowego słońca, jego obrazy nie są malowane, lecz wybuchają z płócien, jego pendzel nie kładzie barw, lecz trzaska światłem, jak bicz ognisty; jego dusza nie komponuje, lecz rozstrzela się, jak granat pękający. Michał Anioł, czy Rubens, Beethoven czy Wagner, Mickiewicz czy Byron, nie są więcej potężni w napięciu siły twórczej, więcej w tworzeniu silni, gwałtowni, bohaterscy i boscy.
Wyobraźcie sobie olbrzymi, południowy ogród pełen drzew pod niebo, kaskad o szumie morza kwiatów nad głową, kolorów, które grzmią, woni, które są powodzią, kształtów, które odurzają, jak pożar; ogród, ponad którym unosi się zadumany, mistyczny, dziwny, kamienny Sfinks...
Jego pendzel jest jako język Słowackiego i od najdelikatniejszych tonów wznosi się do grzmotu, kolosalne wizye, wściekłe walki, potworny chaos odtwarza równie genialnie, jak wiosnę w kwiatach, milczenie pustki, czar rozmarzenia. Pióro, które potrafiło napisać „W Szwajcaryi“, „Anhellego“, „Króla Ducha“, „Balladynę“, „Beatrix Cenci“, „Hymn o zachodzie słońca“: oto pendzel Boecklina. Dodajcie do tego, że ten człowiek zdolny jest tragicznej głębi Ajschylosa, pogody i humoru Odysei, przy mistycyzmie i allegoryi mnichów średniowiecznych: a będziecie mieli jedyny w swoim rodzaju fenomen, jakim jest Arnold Boecklin, jeden z największych malarzów, jakich świat wydał.

„Żyjesz-że jeszcze, żyjesz święta Naturo!...

Ongi rzek brzegi, barwnym słane puchem,
Były czystych dziedziną
Nimf...

Pasterz, co w niepewnych
Cieniach południa nad kwietny brzeg rzeki
Spragniony pędził trzody

Poić: uczonej głos słyszał daleki
Pieśni leśnego fauna

I truchlał, drżące widząc kręgi wodne.
By nie ujrzały źrenice niegodne
Olimpijskiej łowczyni,
Jak chiton zzuwszy, schodzi w pole chłodne
Zmyć, kurzem łowów krwawych oprószona,
Dziewicze piersi i śnieżne ramiona,
Żyły zioła i kwiaty,
I żyły niegdyś bory. O ludzkości
Istnieniu wiedział mięki wiatr i chmury,

I zapalona wysoko nad światy Lampa Tytana.

Tak „wieść prastara niosła“ wielkiemu poecie Włoch (Leopardiemu), budząc mu „dawnych odgłosy wierzeń“. Ale dla Boecklina to wczoraj jest dziś, ta „wieść“ jest świeżą, bieżącą historyą: on niemal, zda się, wierzy, że „brzegi rzek słane puchem są czystych nimf dziedziną“, że pasterz „słyszy głos dalekiej pieśni leśnego Fauna“, że „przepaście górskie pełne są jęków człowieczych i skarg“.
Twórczość Boecklina obejmuje w swoich przeszło trzystu obrazach najróżniejsze światy malarstwa i pod względem rozmaitości, różnorodności tematów, nie wiem, czy jest drugi malarz, któryby z Boecklinem współzawodnictwo wytrzymał. Jak Szekspir stworzył cały świat, tak, iż jak on brał wzór ze świata przez Boga stworzonego, tak bóstwo jakieś mogłoby świat stworzyć podług Szekspira: tak i Boecklin.
Poganizm i chrystyanizm, romantyzm i klasycyzm, idealizm i realizm, mitologia, sagi germańskie, symbolistyka, świat starożytny, średniowieczny, współczesny, prawda i zmyślenie — wszystko objął. Leonardo da Vinci w swoich rozlicznych umiejętnościach był nie więcej różnorodny, niż geniusz Boecklina w malarstwie.
Największym, najdziwniejszym i najwięcej godnym podziwu, najsłynniejszym i najbardziej znanym, jest Boecklin — malarz bajeczny, malarz legend, jest ten Boecklin, który iście słuchał pieśni leśnego fauna, dla którego „żyła jeszcze święta natura“, który przedziwną władzą widział co niewidzialne, znał co mityczne, któremu moc jakaś niepojęta otwierała na ściężaj bramę tajemnic Natury, Natury tryumfalnej, kiedy wydaje się dzieckiem uśmiechniętem i bóstwem grozy, kiedy podobna jest do bogini, dzierżącej w jednej dłoni łuk i śmierć noszące strzały, w drugiej kwiaty i puhar winny.
Stary centaur, któremu się kopyto zdarło, przybył do wiejskiego kowala z prośbą o poradę. Co za wyraz tego potwora! Musiał to być pomiędzy swymi „chłop na schwał“ i zapewne „pierwszy raz w życiu zachorował“. Jak on mógł zachorować i że mógł, taki chłop?! Ma w twarzy i troskę i niepokój i zdziwienie i smutek i obawę. Państwo duńskie się psuje, lęk ogarnia mieszkańców! Przed centaurem stoi kowal pod kuźnią i z miną znawcy patrzy na kopyto. Trochę opodal, z boku, trzy figury ludowe włoskie: matka z dzieckiem na ręku, chłop i dziewka.
Opowiadał mi nieboszczyk stary Wala z Zakopanego, że za jego młodych lat był góral Gałajda, zbójnik, tego wzrostu, że mu wysocy ludzie głowami pod pachę sięgali. Słowem: olbrzym.
Otóż wyobraźcie sobie, że taki Gałajda wyłazi z góry i zjawił się na rynku w Nowym Targu, gdzie musiały podówczas krążyć cudowne powieści o bandytach z Podhala, a gdzie wydawać się oni musieli czemś bardzo ciekawem i zdumiewającem, strasznem trochę, a niezmiernie osobliwem, ale cokolwiek bądź — dosyć blizkiem, znajomym, a nawet pokrewnem. Każdy, coby koło takiego olbrzyma Gałajdy przechodził, zatrzymałby się, co drugi otwarłby gębę, tak, jak to robi środkowa figura na obrazie, ale niktby nie uciekał, jak uciekanoby przed Gałajdą w Łowiczu, lub Nowomińsku, lub jakby przed centuarem uciekali dzisiejsi Włosi, albo Grecy. Wyobraźcie sobie twarze Nowotarżan, do których lat temu sześćdzieciąt przybył olbrzymi zbójnik podhalański kupić na przykład prochu, lub skóry na kierpce, a będziecie mieli wyrazy twarzy wieśniaków, przechodzących mimo kuźni.
Obraz ten ma wszystkie cechy Boecklina: jest fantastyczny, jest realny, jest grą imaginacyi opartą na prawdzie, jest bogaty w plastyczną psychologię figur, ma fabułę, która u Boecklina jest zawsze — (mimo to jego obrazy nie są „literackie“, czego się tak boją zwolennicy bezmyślnego kopiowania natury) — jest kompozycyą i jest przykładem genialnego wczuwania się, wżycia w swoje dzieło. Bo istotnie ten obraz, jak wszystkie zresztą Boecklina, robi wrażenie, że on musiał widzieć i obserwować to, co namalował, tego centaura, tego kowala pod kuźnią i tych wieśniaków z boku, i on ich istotnie widział i obserwował w swojej wyobraźni, „oczyma duszy“. On ich zna: ci ludzie, ten centaur, to jest on sam, Boecklin, to są cząstki jego ducha, którego on przecież zna. I tylko ten artysta jest wielki, który nam ducha swego w odtworzeniu daje. Goethe był równie Faustem, jak Wagnerem, Małgosią, Mefistofelem i Froschem; Mickiewicz równie Konradem, jak Skulubą.
Artysta musi być swojem własnem dziełem: szczerość jest pierwszym warunkiem porządnego człowieka i porządnego artysty, prawda pierwszą pod wahną cnoty i sztuki. Ale dla Byrona sferyczne geniusze Alp są prawdziwsze, niż dla pierwszego z brzegu powieściopisarza jego ludzie, bo prawda i szczerość w sztuce nie zależą od tematu, tylko od zdolności wczucia się we własną wyobraźnię, ta zaś zależy od stopnia władzy twórczej.
Geniuszem może być tylko geniusz, zaś szkoły sztuk pięknych, akademie muzyczne i uniwersytety znajdują się po znaczniejszyoh miastach Europy.
We Włoszech rozkwita geniusz Boecklina. Błękitne morze mu gra, bijąc falami w brzeg o tę ziemię, na którą przelało się całą falą morze artystycznego geniuszu Grecyi, po której, zda się, nocami stąpa jeszcze w tajni omrocznej srebrnostrzały Foibos Apollo, pan muz dziewięciu, niosąc echa rzeźbiarskiego dłuta i rytmu liryki greckiej; o ziemię, której wiecznie świeża, wiecznie młoda, wiecznie żyjąca, jak słońce do dnia świeże i młode: świeci sztuka odrodzenia. Pogańska, grecka dusza Boecklina, tego jedynego człowieka XIX wieku, który pogańską, starożytną pogodę, pojęcia życia posiada i ujawnia, otwarła skrzydła. Zda się, jak orzeł urodzony i wychowany w klatce w nizinach, gdy się wyrwał i w góry wyleciał: tu poczuł, że jego ojczyzna.
Boecklin się uczy. Staje się fantastycznym, jak pasterz attycki, — kolorystą, jak Tycyan.
Wyobraźnia Boecklina nie żywi się samą, odrodzoną w sobie przedziwnie i cudownie, tradycyą poprzedzających kultur, jak wyobraźnia Goethego; wyrzuca on z siebie rzeczy zupełnie nowe, jeżeli zaś z jednej strony widziane we Włoszech obrazy i rzeźby pozwoliły mu stworzyć swój odrębny świat mitologiczny, to z drugiej — zrobiły z niego tego kolorystę, o którym Witkiewicz powiada, iż jest tak nadzwyczajnym, że z trudnością możnaby znaleźć w całej dawnej i nowej sztuce równego mu, że jest „może największym kolorystą, jaki istniał“.
W nowej Pinakotece monachijskiej na ogromnej ścianie, wśród mnóstwa obrazów, wisi sławne „Im Spiel der Wellen“; spróbujcie się od tej ściany cofać. Jeden po drugim, w miarę oddalenia się, obrazy będą gasły, ale „Im Spiel der Wellen“ jeszcze do trzeciej sali z ukosa świeci granatem swego morza i rozmaitą barwą ciał w niem płynących.
Kolor jest główną i decydującą wagą wartości malarstwa, jak plastyka rzeźby, a „wszystkie zalety genialnego malarza kolorysty cechują obrazy Boecklina. Transponuje on kolor natury na najwyższy dostępny malarstwu ton; harmonizuje go w sposób bezprzykładny: przetapia farby na powietrze, skały i wodę — tak, że obraz jego robi zupełne wrażenie natury, — i, dzięki temu — jest jednym z największych artystów, nie tylko dziewiętnastoletniego stulecia“ — mówi Witkiewicz.
Starałem się, ile potrafiłem, zupełny dyletant, dać wyobrażenie ogólne o malarzu, wyobrażenie, które chcę zillustrować przykładami z jego dzieł, powołałem się na Witkiewicza, aby temu, co pisze, dodać wagę.
Mówić o wszystkich obrazach Boecklina jest niepodobieństwem; jest ich cała galerya, przeszło trzysta, będę się więc starał wybrać ze znanych mi te, które mi się wydają najcharakterystyczniejsze i najlepiej illustrujące jego twórczość.
Jak Natura, która ma dziewczęce spojrzenia i lwi cios ręki: tak Boecklin w swojej fenomenalnej, nadludzkiej prawie zdolności koncepcyi, uśmiecha się naprzemian i uderza młotem o tarczę spiżową, rwie kwiaty i stacza głazy ze zrębu w przepaście. Oto olbrzymim Prometeuszem zawalił górę całą. O górę bije morze, mieniące się od purpury do czarności prawie morze. Porosłe zbocza góry, drzewa oliwne o srebrzystych liściach gnie wicher. Nad Tytanem szaleje burza, straszna, ponura, której dziką grozę w dziwny i nadzwyczajny sposób potęgują blaski słoneczne, przedzierające się przez chmury. Pejzaż fantastyczny: Szekspir malarstwa jest sobie wierny — stworzył górę, jak stworzył Prometeusza. Kolosalność tej kreacyi dorównywa kolosalności Makbeta, a żaden z poetów, ani Ajschylos, ani Byron, ani Goethe, ani Shelley nie pomyśleli wspanialej tego, który się w obronie ludzkich praw porwał przeciw woli Zeusa. Obraz huczy i wyje burzą, a zarazem grzmi tak niebywałą potęgą geniuszu, że zdaje mi się, iż nie większe natchnienie miał Michał Anioł, kiedy ujrzał przed sobą Mojżesza.
U stóp góry, w morzu, Nereidy, owa Jona i Pantea i Azya Shelleya, strwożone i stroskane. Straszliwa tragedya duszy ludzkiej, tej duszy olbrzymiej, która zawala sobą świat cały, a jednak nieruchomo, w więzach swoich leży. Odwieczna tragedya myśli ludzkiej, jej woli, jej pragnień, jej samowiedzy, jej zdolności czynu wobec władzy fatalnej. Odwieczne cierpienie, odwieczny ból, odwieczna skala Kaukazu — i odwieczne zdumienie przed tym ogromem ducha, przed tą jego potęgą, przed tą jego dumą nieugiętą, przed tym bogiem ziemskim, który się duchem ludzkim nazywa. Odwieczna tragiczna, najtragiczniejsza walka między człowiekiem i władzą fatalną, między tem, co jest bezsilne i tem, co wszechmocne, co stworzyło świat, stworzyło człowieka, wraz stworzyło śmierć, ból i niewiadomość. Odwieczny majestat bólu — odwieczne: cierpię, wiec jestem duchem.
Drobne, małe, nikłe cząstki psychicznej istoty ludzkiej strwożone i stroskane tulą się do tej skały, którą zawalił sobą nieskończony, bezwieczny, rozumny, czujący i myślący duch ludzki. Patrzą nań w podziwie i grozie. Pojąć go nie mogą — jest dla nich za wielki. Tylko łkanie ich słychać, łkanie tych Nereid, drobnych, małych i nikłych, zawodzących nad losem Tytana.
A oto, z koźlą nogą założoną na nogę, pstrzykając dla taktu w palce, odłożywszy na bok nuty i flet, wygodnie oparty o kępę trawy i kwiatów, brodaty Faun gwiżdże i uczy gwizdać kołyszącego się nad nim na badylu szpaka, czy kosa; albo gdzieindziej dzieci tańczą nad potokiem w wiosenne rano, dziewczyna bawi się kwiatkiem, czułe pary szepcą miłośnie, Pan gra na formindzie nad przejrzystą sadzawką między ruinami korynckich, w liść rzeźbionych akantu, kolumn, albo ów sławny Pan w sitowiu, w Pinakotece monachijskiej, przed którym dusza się roztapia w zadumę i przepada w uroku — — spokój, cisza, harmonia.
Ile jest „idylli“, „wiosen“, „ranków wiosennych“, „obudzeń wiosny“, „idealnych krajobrazów wiosennych“ — nie wiem, ale sądzę, że można o  Boecklinie powiedzieć to, co powiedział o Goethem Napoleon wielki: Voila un homme — oto cały człowiek, oto cała dusza ludzka, w najwyższem swojem napięciu od największej pogody do najstraszliwszego tragizmu, przez całą gamę uczuć, wrażeń i myśli, przez całe życie. A to życie jest krótkie, jak sen. Więc patrzcie:
Nad ruczajem, nad którym płynie kwiat, dwoje nagich dzieci, zajętych nim i rozbawionych, z bukietem w ręku, na prawo od nich, półnaga, a zdradzająca cały kształt, rozmarzona, „stworzona do pocałunków i uścisków, na rozkosz i miłość“ dziewica; na lewo rycerz średniowieczny w męskim wieku, z lancą i w szyszaku, jedzie konno w świat, mężny, dzielny, pewny siebie, odważny i stworzony do czynu pan świata; na górze, wprost nad dziećmi, szkielet śmierci ułamanym gdzieś sękatym kawałem drzewa uderza w kark sędziwego starca, który zgarbiony siedzi na kamieniach.
Pośrodku obrazu marmurowe wgłębienie, gdzie przez usta Sfinksowej głowy toczy się woda, tworząc później ruczaj, ponad nią zaś na marmurze napis: Vita somnium breve — życie sen krótki. Trawa, kwiaty, drzewa, marmury. Dzień na łące wiosennej; dziewica, pośród drzew idylicznych, róż i słońca; przed rycerzem otwarta przestrzeń i drzewa nad nim poważne; nad starcem chmury. Symbol życia. Coś jest tak niesłychanie wysokiego w tej kompozycyi, tak niesłychany nastrój daje ta głowa Sfinksa, z której woda ciecze: że aby to wypowiedzieć, trzebaby być Beethovenem, czy Mozartem.
Wieczność życia szeleści w tej sączącej się strudze wody z ust symbolu tajemnicy, jakim jest Sfinks, jakaś nieskończona, bez dna i brzegu, początku i kresu, pogodna melancholia.
Oto jest życie tak, jak je ogólny zdrowy, powszechny umysł klasycznego człowieka powinien i musi pojmować.
Życie, wdziane z góry, takie, jakie być powinno, klasyczne, ma w sobie tylko tajemnicę początku i melancholię śmierci. Skąd wyszło życie? dokąd dąży? jaki cel jego? Z ust Sfinksa płynie struga wiecznej wody...
Gdyby życie było takiem, jak Boecklin je myśli, byłoby szczęśliwem, byłoby szczęściem. Starzec czeka na śmierć, ale trzy generacye przed starością są szczęśliwe. Życie rzeczywiste nie jest takiem, ale o takiem powinno się marzyć i o takie starać. I oto Boecklin, ten fantastyczny, obłąkany prawie fantazyą Boecklin, staje przed nami, jak mądry i dobry nauczyciel, jak jakiś mędrzec platoński, pogodny, rozumny i wysoki mistrz życia.
Jest gdzieś na morzu, na pustem, nieskończonem, zaświatowem morzu, wiecznie milczącem i wiecznie uśpionem, wyspa, skalista, pełna cyprysów, do której jakiś geniusz wieczności wykował wchód, w skałach wykował mieszkania, i tam to przez tę milczącą, wiecznie senną wodę, na długiej łodzi czarny przewoźnik przeprawia duszę zmarłych.
Spokój zupełny, można patrzeć wieczność całą, nie ujrzy się na tem morzu żagla białego, ani łodzi wesołej. Tylko raz po raz w cichej, niemej łódce, czarny przewoźnik przywiezie tu duszę ludzką, w białe płótno owitą, która schylona, z rękami na krzyż złożonemi, pokorna i milcząca wobec milczenia śmierci, wpływa w tę przystań, aby już nigdy za mrok ten, za to morze nie wrócić. Jest coś religijnego w tym obrazie i nigdy, bez wątpienia, nigdy, — żaden malarz dając główną, przeważną wagę pejzażowi, nie wywołał tak głęboko wzruszającego duszę nastroju, nie namalował pejzażu, któryby budził tak głęboko wzruszającą duszę myśl.
Taka śmierć nie jest ani dramatem, ani tragedyą. Obraz ten jest smutny, ale ten smutek nie ma w sobie nic rozdzierającego: jest to idylla śmierci.
Wielki poganin, najbardziej helleński umysł XIX wieku, może najbardziej helleński od istnienia samych Greków, nie namalował za przykładem Michała Anioła, czy Rubensa — sądu ostatecznego, nie odtworzył za przykładem Danta trzech kontygnacyi chrześcijańskiego po śmierci: wymalował zacisze, przystań spokojną, bez kar i bez nagrody, bez szatanów i bez chórów anielskich, wieczny, milczący wypoczynek istot, które tak żyły jak musiały, jak je zmusiła „tryumfalna, nad wszystko wyniesiona pierwotna potęga Natury“...
Niema tam nawet żalu greckich cieniów elizejskich. Duch Achillesa nie tęskniłby tu do światła dziennego, choć państwem cieniów rządzący. Tu jest niepamięć, zapomnienie wszystkiego, co było życiem. Pewna cicha przystań, wiekuiste zatopienie się w bezkres, wpatrzenie się w siność morza i siność obłoków jednotonną, niewzruszoną, niezmierną. W tej tragedyi, jaką jest śmierć, jest to najpogodniejsze pojęcie jej, jakie kiedykolwiek w duszy ludzkiej powstało. Obłąkany prawie fantazyą Boecklin, jak był nauczycielem mądrym i dobrym, kiedy życie malował, tak jest wielkim i mądrym pocieszycielem, kiedy maluje śmierć. „Wyspa umarłych“ uspokaja i ucisza. Może tam jest tak, a więc jest dobrze. Ludzie odpływają, jak mgły z łąki na jezioro. Idą odpocząć.
Dwadzieścia kilka wieków zdmuchniętych jak opar, przez wiatr. Jak łoś przez gąszcz, nie czując gałęzi, idzie ku polanie, tak wielki malarz szwajcarski przez epokę chrześcijańską wraca wstecz w głąb czasów mitologii greckiej, w jej głąb najrdzenniejszą, bez wysiłku i trudu. I rozpoczyna się cały szereg arcydzieł; fauny, nimfy, trytony, centaury, najady, potwory i widziadła morskie, fantazya w tym stylu może najwyższa, jaka istniała od czasu tych, którzy te mity tworzyli.
Brodaty więc Pan, wieczne bóstwo trwogi, przeraża głupiego arkadyjskiego pastucha, który ucieka wraz z kozami na złamanie karku wąwozem górskim; inny Pan, w sitowiu grający na piszczałce powietrzu, niebu błękitnemu, trzcinom wodnym, żabom i sobie, jedno z arcydzieł Boecklina i opokowy w jego życiu obraz. Do tej chwili Boecklin był nieznany, nieuznawany, przymierał nawet głodem razem ze swoją cudowną Rzymianką. Krytyka usiłowała go zabić, krytyka ta sui generis, tak skora do zabijania, do pamfletu i paszkwilu, jak nędzne i głupie są te głowy, które ją wytwarzają. Ale Boecklin szedł dalej. „Pan w sitowiu“ otwarł mu świat. Zwyciężył, jak Wagner, jak Ibsen — i obraz szedł za obrazem.
„Cisza morska“ — na skale, wśród zupełnie, zwierciedlnie spokojnego morza, pół kobieta, pół ryba, z rozpłyniętą falą włosów; na rybim jej ogonie mewy, pod skałą zaś, w morzu, na wznak, potworny wodnik z płetwiastym i kolczastym ogonem, wystającym z wody; wokoło pusto.
Na tym obrazie da się może najlepiej widzieć, jak Boecklin stwarza swój świat. Twarz tej nereidy jest kobieca, ale nie ludzka. Tu jest właśnie dziwny geniusz Boecklina, aby nie czyniąc nic wbrew naturze, potrafić uwidocznić różnicę między światem ludzkim a nadludzkim, czy raczej pozaludzkim; ta nereida nie tylko dla tego nie jest kobietą ziemską, że ma rybi ogon, lecz oczy jej, rysy, wyraz, całe ciało od pasa, choć jest bardzo piękna, nie są kobieco-ludzkie. Zdaje mi się, że w tej mierze nikt Boecklinowi nie dorównywa. Kiedy Rafael namalował swoją Galateę ze stylizowanemi, jak do ornamentu, delfinami: namalował cudownie cudowne kobiety, które mają tę własność, że żyją w wodzie.
Cudowna również np. „Diane chasseresse“ Beniamina Constant’a, gdyby nie była naga i z łukiem, lecz w sukni — byłaby wspaniałą, potężną kobietą. Byłyby kobietami również wszystkie nimfy Rubensa, byłyby niemi Wenus z Melos, bogiem pozostałby Zeus z Otricoli — i nie mogłyby być ludźmi trytony i nereidy Boecklina.
Inny obraz — „Tryton i Nereida“; ona leży na wznak z ręką założoną pod głowę, bawiąc się dziko, namiętnie i lubieżnie z kolosalnym, świecącym się od barw wężem morskim, jak się bawią z kotami nerwowe, zmysłowe i podrażnione zmysłowo kobiety; tryton dmie w konchę w pomroku wieczoru.
„Idylla strasznego i tajemniczego żywiołu, jakiem jest morze, idylla, gdzie zamiast motyla jest wąż, zamiast cichej łąki, brzęczącej owadami, ponury ryk ciemnej fali“ — mówi Witkiewicz.
Jeden z najsławniejszych arcydzieł Boecklina, a zarazem najpiękniejszy z morskich obrazów, jest monachijskie „In Spiel der Wellen“. Centaur zapędził się w morze za nereidą: ta bryznęła mu w fale, stopy tylko z drobną płetewką i trochę różowego tyłu pokazując napastnikowi, cała zresztą tonąca w przezrocznej wodzie.
Centaur opasły, ogromny, bronzowy, już, już chwytał rozkoszą zdobycz — osłupiał, oczy wybałuszył, grube wargi rozwarł, ręce kosmate rozpostarł...
Na froncie nereida o nogach, przerosłych w rybie ogony, lubieżna, leniwa, z koralami we włosach, płynie z ręką na ramieniu trytona, który ją wpół objął, brodaty, w wieńcu kwiatów na głowie; śmieje się — nereida ma ciało, jak wiosna, a w oczach i ustach pragnienie... Za nimi wynurza się coś strasznego; zielona głowa o wyłupiastych, potwornych oczach, o rozdętych policzkach i wargach, łysa, z grzebieniem kolczastym, jak u niektórych ryb, na czaszce. Ta głowa, to jest to, co Sienkiewicz lubi pisać: „nagle stało się coś dziwnego...“
Tajemna, niezbadana Natura nie ma dla Boecklina tajemnic i skrytości. Morze pokazało mu swoje cuda, pokazało mu widomie, o czem poeci tylko śnili.
„Milczenie w lesie“ (Das Schweigen im Walde). Na jakiemś dziwnem zwierzęciu, które ma nogi jakby konia, ciało jakby lamy o barwie żyrafy, na głowie potwornego przeżuwacza jeden długi prosty, stożkowaty róg: jedzie kobieta zamyślona, milcząca, w koszuli, z nagiemi rękoma, założonemi na kolanie. Zwierzę jest wysokie, jak koń. Wkoło pnie leśne, pomiędzy które lśni powietrze.
Dlaczego to jest „milczenie w lesie?“ Dlaczego Bürger napisał swoją „Lenorę“, Poe „Czarnego kota“, Maeterline „Siedm księżniczek?“ Któż to wie? Taka im przyszła myśl. Skąd? dlaczego? co znaczy? co mówi? Czy jest to właściwie myśl, czy raczej pomyślenie? Kwestya jest tylko jedna: czy robi wrażenie? — mówiąc bieżącym językiem; czy wywołuje nastrój?
Nastrój ma tylko jeden obowiązek: wprawić duszę w stan niezwykły, „nastroić ją“. Dlaczego się Boecklinowi cisza leśna tak wyobraziła, a nie np. jako pusty zupełnie bór — na to nikt nie odpowie, z pewnością i on sam nie. Fakt jest tylko ten, że ten człowiek nietylko greckie mity odczuł, jak nikt drugi, lecz i swoje własne tworzy, bo taka kobieta, jadąca na swym dziwnym wierzchowcu, zupełnie jest warta centaurów, albo Pana, jako plastyczne pojęcie. Fakt jest także, że obraz rozmarza i wprawia w zadumę, czyni więc to, co las, kiedy milczy, a zatem dopina celu.
Melancholię, tęsknotę, zamyślenie przedziwnie umie Boecklin odtworzyć. Taka „Willa nad morzem“ malowana dwa razy, w szarym matowym tonie, raz podczas zachodu słońca, jest jednym z najsmętniejszych obrazów, jakie znam. Nad morzem, które się płytko rozlewa, a w nieskończoność idzie pośród cyprysów, które gnie wiatr od morza, wśród bujnej, dziko zapuszczonej roślinności, stoją ruiny willi; nad samą wodą, oparta o stary mur kobieta, w długiej szacie, z układem rąk i nóg, jak zwykle spostrzedz można u ludzi popadłych w smutną zadumę. Mewy unoszą się w powietrzu — zresztą jest absolutna pustka.
Głęboką, przygnębiającą tęsknotę tego obrazu równoważy może, jeżeli nie przewyższa — „Odysseusz u nimfy Kalipso...“
Kalipso, prawie naga, z harfą, siedzi u wejścia groty; Odyseusz na zrębie skały, plecami do widza, patrzy na morze w przestrzeń. Wysoka, podobna do słupa, postać bohatera, w długiej draperyi, na podwyższeniu i na tle nieba, jest efektem malarskim niezrównanej mocy.
Tu jednak działa i bajka, którą znamy; wszyscy wiemy, jak ogromną jest tęsknota tego człowieka.
Mówi nam o tem najpiękniejszy, najdoskonalszy poemat, jaki jest na świecie:

On siedział tam na brzegu, płacząc; jego oczy

Nie osych ły od łez; a pobyt uroczy
Truła ciągła tęsknica, bowiem do bogini
Serce stracił...
Na urwisku więc siedział w dzień osamotniony
Serce trapiąc wzdychaniem, lamentem, żałobą,

Wzrok topiąc ciągle w morzu pustynne przed sobą.

W galeryi hr. Schacka w Monachium pierwszy z Boeklinów na ścianie: jest szturm jesiennego wichru tak straszny, że liście lecą tumanem z poprzyginanych ku ziemi drzew. Wśród drzew aleja, na lewo morze, na prawo ruiny. Wszystko złotoczerwone, jesienne, w płomieniach zachodzącego słońca. Płomień bije z obrazu; jest to taka potęga koloru i jaskrawości, iż oślepia. W aleję, na karym koniu z ogonem do ziemi i olbrzymią, zwichrzoną grzywą, idącym w jakimś dziwnym, szalonym ruchu — okręcony draperyą wjeżdża — szkielet. Jest to „Ritt des Todes“ — jazda śmierci. Wśród tego huku wichru, tych liści, które się palą na powietrzu krwawem od słońca, — w tej pustyni, w tej ryczącej martwocie morza i ziemi, ten konny kościotrup: to jest szarpnięcie nerwów, jak szarpnięcie ręki olbrzyma za gardło.
Nieopodal tego obrazu wsi drugi, który opisuje Witkiewicz. Pozwolę sobie przytoczyć część tego opisu: „Nad bagnami zarosłemi oczeretem, wśród którego płynie strumień, stoją wierzby — przelatuje ciemną, porozrywaną błyskawicami chmurą burza, kołysząc gałęzie drzew i chyląc badyle trzciny. Na ziemi leży trup, którego zabójca obrabowuje — wszystko prawdziwe. Ale za strumykiem, na którym leży kładka, stoją trzy straszne, wstrętne wiedźmy — wyrzuty sumienia, czy wogóle emblematy potworności i okropności zbrodni. Jedna z nich na cieńkich, jak patyki, łydkach, z ogromną napuchłą twarzą, owiniętą wieńcem bielonych żmij, patrzy jakąś straszną, rozwartą, krwawą źrenicą; drugie miotane gniewem, szamocą się, śmigając w ręku wężowymi biczami“. Tyle Witkiewicz.
Obraz w tragizmie nie ustępuje Makbetowi; ustęp w Balladynie po zabójstwie Aliny:

„Wiatr za mną goni i o siostrę pyta;
Krzyczy: Zabita! zabita! zabita!“

jakkolwiek potężny, prawie blady jest wobec tego obrazu. Potrzeba jakiejś miary Ajschylowej, aby tak zbrodnię pojąć i przedstawić.
Jeżeli teraz przypatrzymy się takiej np. rzymskiej winiarni, takiemu obrazowi „Vinum bonum“, gdzie wśród róż i bluszczów, w pełnem słońcu i w jasnym błękicie, zataczają się, śpiewając i tańcząc, napół pijani Rzymianie; jeżeli spojrzymy na idylliczną „Skargę pasterza“ podług ody Horacego, lub na przepiękną — w wieńcu amorków, na łagodnym morskim potworze — płynącą Wenus Anadyomene, której zmysłowy kształt przypomina Tycyanowskie kobiety; jeżeli przypomnimy sobie obrazy, o których mówiłem poprzednio: zaiste zdumienie musi wywołać taka skala fantazyi u jednego człowieka.
I nie tu koniec jeszcze. Boecklin jest także malarzem religijnym.
Z prerafaelistyczną prostotą wymaluje grającego na skrzypcach eremitę w kaplicy, z aniołkami, którym da swoją odrębną, naturalistyczną, realną cechę, aby obok tego wymalować anachoretę, biczującego się na urwisku skalnem pod krzyżem, nad którym krążą czekające na trupa starca kruki; aby nakoniec sięgnąć do najwznioślejszych tematów nowożytnego malarstwa, namalować „Zdjęcie z krzyża“ i „Pietę“.
Opisywać tych obrazów nie będę; dla mnie najpiękniejszą postacią jest postać Matki Boskiej upadłej na ciało Chrystusa, której twarzy nie widać, a której boleść jest wyrażona z niezrównaną siłą w ruchu ciała i rąk. Obrazy te zresztą mogą się różnić zaletami kolorystycznemi od innych podobnych, są już jednak „na dany temat“, i jeżeli wartość ich może być nawet bardzo wielka, a istnienie nowym dokumentem wszechstronności wyobraźni Boecklina, to jednak nie one stanowić będą fundament jego nieśmiertelnej sławy.
Nie wiem, czy wymieniłem trzydziestą część obrazów, które Boecklin ogółem wymalował. Wielu rozproszonych po całym świecie, od Szwajcaryi aż do Azyi, naturalnie nie mogłem widzieć; nie o wszystkich mówię, które znam, starałem się wybrać ze znanych mi najcharakterystyczniejsze i najpiękniejsze.
Boecklin wywarł ogromny wpływ na współczesne malarstwo w Niemczech. Możnaby wymienić cały szereg malarzów — zaczynając od najzdolniejszego z nich autora „Wojny“, „Grzechu“ i „Sfinksa“, Franza Stucka — którzy wyszli z jego szkoły. Ale ta szkoła jest obosieczna, bo jeżeli ten „może największy kolorysta jaki istniał“, może, jak nikt drugi, wskazywać, do jakiego ideału dążyć i dojść powinna malarska technika, to z drugiej strony, jako twórca, jest on tak samoistny, tak oryginalny, że naśladować go niepodobna, aby go — nie naśladować, to jest, mówiąc wyraźnie, nie kopiować, lub nie przerabiać.
Wielkie talenty, zaczerpnąwszy tchu u mistrza, idą w swoją drogę; małe kręcą się w zaczarowanem przez niego kole. Nie tylko jednak w Niemczech, lecz po całej Europie rozszerzył się powoli Boecklinizm; u nas najwięcej znać go może na zmarłym nieodżałowanej pamięci Pruszkowskim.
I nietylko w malarstwie odcisnął wielki Szwajcar swoją lwią łapę; zarówno w rzeźbie (widziałem np. w Berlinie wodnika nad utopioną kobietą, żywcem w gips skopiowanego z Boecklina), jak i w poezyi (Waldschrat i Nickelmann w „Dzwonie zatopionym“ Hauptmanna) jest już, a wywrze niewątpliwe wrażenie na muzykę. Czy „Wyspy umarłych“, „Vita somnium breve“, „Willi nad morzem“, „Odysseusza u Kalipso“, „Pana w sitowiu“, idylli morskich nie mógłby doskonale illustrować muzyką jakiś Chopin, Schumann, albo Grieg, który tak cudownie zillustrował w swojej suicie fantastycznego ibsenowskiego Peer-Gynta?
Boecklin jest do dziś najpotężniejszym malarzem nowej sztuki. Jakiekolwiek, gdziekolwiek przybiera ona kierunki, chyli przed nim głowę, albowiem Boecklin nie należy do szkoły, lecz do sztuki, nie do chwili, lecz do historyi. Pozostanie na zawsze, jako fenomen, jako bezprzykładna fantazya i bezprzykładna samodzielność, pozostanie zawsze wielkim malarzem dla tych, dla których, sztuka jest wielką.
Takim jest Boecklin, takim jest ten człowiek, którego urodziła olbrzymia Matka-Natura, co morza przerzuca i góry kołysze, i najpiękniejsza jej Córa; Grecya, grecka legenda, grecka baśń, Takim jest ten człowiek, przed którym Natura stanęła wielka, naga, odwieczna, przedziwna, w całym swoim majestacie i przepychu, olbrzymia, tajemnicza, cudotwórcza i straszna, podobna do ogromnej bogini, z łukiem i kołczanem strzał śmiertelnych w jednej, z kwiatami i puharem winnym w drugiej dzierżonym dłoni. Takim jest ten człowiek, przed którym z pomiędzy dzikich, szalonych, skrzesanych skał wylał się strumień, zdrój cichy i świetlisty, przed którym otwarły się groty, tajne, zaciszne groty w wesołych, puszystych, rozkołysanych wzgórzach, omajone bluszczem, o uroczych wejściach, zawrotne, obłędne, podobne straszliwym ośmiornicom w głębi przepastnej. Takim jest człowiek, dla którego niema dziwów niepojętych, tajemnic niezbadanych, skarbów zanadto zaklętych i zanadto strzeżonych; człowiek, dla którego jak dla z przed trzech tysięcy lat attyckiego pasterza, Pan gwiżdże w sitowiu, ziemia i niebo, morza i chmury zabóstwiają się, przyoblekają kształt ludzki, dla którego rzeki, jak ongi, były czystych dziedziną Nimf, a zwierciadłem źródła tajemnicze, któremu w każdym wichrze leci bóg, w każdej fali bogi igrają.
Życie objawiło mu się, jak się objawia oczom alpejski szczyt, z którego chmury opadną. Straszliwe otchłanie przepaści lecą w dół, dyszą gdzieś w zawrotnej wyżynie turnie i iglice, fale pasu, szafiru, srebra i złota olśniewają, otumaniają oczy. Objawiło mu się życie, jak chaos w dniach stworzenia, potworne swojem bogactwem, swoim przepychem, bujnością. Kaskadą runęło mu przed oczy, lawiną barw, kształtów, myśli i czuć.
Tryumfalnym duchem ludzkim jest Boecklin.
Tryumfalny duch! Jest coś w duszach ludzkich wyższego nad ziemię, wyższego nad istnienie ziemskie; jest coś w duszach ludzkich, co się gdzieś za ziemią poczęło, nad ziemię rwie, nad nią unosi. Jak Prometeusza Zeus przykuł do skały Kaukazkiej, ale mu myśli skrępować nie zdołał; tak nad życia klęski i boleść wznosi się duch, duch za ziemią, nad ziemią zrodzony. Tam jego ojczyzna! Jest jakiś kraj, gdzie klęska i ból ziemski dojść nie mogą, jest jakaś łąka mistyczna, gdzie między zioła, między kwiaty polne

I lilie, srebrnym świecące się puchem,

Czyste i ciche chodzą dusze wolne,

Czujące rozkosz najwyższą: być duchem.

Jak bóstwo duszy ludzkiej gdzieś wysoko, wysoko, gdzieś w zawrotnej wyżynie, wśród turni i iglic przepastnych, wśród obłoków i łuków skał najwyższych... Wytężmy oczy, a potem wytężmy ramiona, wytężmy piersi nasze... Czy je widzicie? Oto kędyś, wysoko, wśród skał najwyższych, gdzieś wyżej, wyżej jeszcze, gdzieś wśród, gwiazd, gdzieś nad gwiazdami jeszcze — — czy je widzicie? W ogromnej, w nieskończonej, w bezkreśnej Przestrzeni, w wieczystej Ciszy, w wiekuistem Świetle: tam krąży to, co jest boskie w duszy ludzkiej, to, co jest w niej tryumfalne, to, co jest jak Natura nad wszystko wyniesione, niepokonane niczem i nigdy.
Boecklin urodził się w Szwajcaryi; u nas Jan Matejko.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.