Najemnica (Szewczenko, tł. Sowiński, 1882)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Taras Szewczenko
Tytuł Najemnica
Pochodzenie Antologia poetów obcych
Data wydania 1882
Wydawnictwo H. Altenberg
Drukarz F. A. Brockhaus
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Leonard Sowiński
Tytuł orygin. Наймичка
Źródło skany na Commons
Inne Cała antologia
Pobierz jako: Pobierz Cała antologia jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała antologia jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała antologia jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
NAJEMNICA.
(Z TARASA SZEWCZENKI.)
I.

Był sobie dziad i baba.
Od dawien dawna w gaju po nad stawem,
Ustronnie w futorku mieszkali,
Jak dziatek dwoje,
Wszędzie oboje.
W dzieciństwie razem jagnięta pasali,
A potem pobrali się,
Dobytku doczekali się,
Kupili futor, staw i młyn,
Ogródek w gaju założyli,
Pasiekę sporą zgromadzili, —
Wszystkiego mieli w bród.
Lecz Bóg nie obdarzył dziatkami,
A tutaj śmierć za plecami.

Któż na starość ich przygarnie
Pocieszy, usłuży?
Kto zapłacze, kto pochowa,
Kto wspomni o duszy?
Kto poczciwie odziedziczy
Dobro przysporzone?
Kto ich wspomni słowem wdzięcznem,
Jak dziecko rodzone?
Ciężko dzieci pielęgnować
W ubożuchnych chatach,
Ale stokroć gorzej starzeć
W bogatych komnatach;
Starzeć, starzeć i umierać,
I porzucić mienie
Ludziom obcym, obcym dzieciom,
Na śmiech i strwonienie.

II.

I dziad i baba raz w niedzielę,
W koszulach bialutkich, aż miło
Na przyźbie oboje siedzieli.
Słoneczko na niebie świeciło,
I ani jednej chmurki, — cicho
I lubo, jak w raju.
Schowało się w sercu gdzieś licho,
Jak zwierz w ciemnym gaju.

W raju takim, czemuż starym
Serce posmutniało?
Czy się dawne jakie licho
W chacie odezwało?
Czy wczorajsze, zadławione,
Znów się poruszyło?
Czy zaledwie wykluwa się —
I raj zachmurzyło?

Nie wiem ja o czem dumają
Starzy, chyląc sędziwe skronie.
Może się już wybierają
Do pana Boga,
I myślą: daleka droga?
Kto to im dobre zaprząże konie?
„Kto nam Naściu, zamknie oczy?
Kto to nas pochowa?“ —
„I ja niewiem... Dawno to już
Waży moja głowa,
Aż im smutno; sami jedni,
Co dzień starzejemy,
A nie wiemy jeszcze, komu
Dobro przekażemy.“ —
„Posłuchajno!.. czekaj!.. słyszysz?..
Coś tam za wrotami

Jak dzieciątko płacze!.. słyszysz?
Biegnijmy!..“ —
„Bóg z nami!“ —
„Wszak mówiłem, że coś będzie“.
Razem się zerwali,
Biegną do wrót i w milczeniu
Nagle postawali.
Patrzą: tuż koło przełazu
Leciutko spowite
Dziecko leży, nowiuteńką
Świteczką okryte.
Ach! to matka spowijała,
I matka okryła
Na dzień letni, świtką lnianą!..
Patrząc się, modliła
Para siwa. A dzieciątko,
Jak gdyby błagało,
Z upowicia ku obojgu
Rączki wyciągało
Drobniuteńkie... i zamilkło,
I już tylko kwili,
A nie płacze.
— „A co Naściu,
Cośmy to mówili?
Ot i szczęście, ot i dola!
Widzisz, Bóg łaskawy!...

Bierz go prędzej, bierz, spowijaj,
Widzisz, jaki żwawy!
Nieś do chaty, ja zaś na koń,
Zwinę się z kumami
W Horodyszczach...“ —
Dziwnie jakoś
Dzieje się tu z nami!
Jeden syna rodzonego
Wypędza, przeklina;
Inny świeczkę za grosz krwawy
Kupuje, chudzina,
I stawia ją przed obrazem
Z modlitwą i łzami —
Nie ma dziatek!.. Dziwnie jakoś
Dzieje się tu z nami?

III.

Aż trzy pary kumów, starzy
Z radości zwołali,
I ochrzcili, nie zwlekając,
I Markiem nazwali.
Rośnie Marko. Ci nie wiedzą,
Jak i gdzie go sadzać;
Co z nim robić, gdzie położyć
I jak mu dogadzać.
Rośnie Marko. Rok już mija...
W roskoszy opływa

Krówka dojna, karmicielka.
W tem, raz, czarnobréwa
Białolica, młoda, hoża,
Przyszła mołodyca
Na futorek ten szczęśliwy,
Jako najemnica.
— „Cóż? weźmiemy, Naściu?.. dobrze?“
Pyta starowina.
— „A weźmiemy... starzyśmy już,
Słabi, — a dziecina,
Choć to ono i podrosło,
Ale zawsze trzeba
Tuptać jeszcze koło niego.“ —
„I ja wiem, że trzeba,
Bo ja także część roboty
Miałem, chwała Bogu...
Poddeptałem się. Więc dobrze:
Cóż weźmiesz, niebogo,
Na rok, czy jak?
— „Tak, co dacie.“
— „Nie! ty licz gdy płacą;
Trzeba, doniu, liczyć pieniądz
Zarobiony pracą,
Bo jak ludzie powiadają:
Nie licząc, nie mamy,

A więc może tak, niebogo:
My ciebie nie znamy,
Ani ty nas. A pomieskasz,
Rozpatrzysz się w chacie,
Rozpoznamy i my ciebie; —
Wtedy o zapłacie
Pomówimy, czy tak?“
— „Dobrze.“
— „Więc rozgość się w chacie.“

Zgodzili się. Mołodyca
Rada i wesoła,
Jakby pana poślubiła,
Zakupiła sioła...
Czy to w chacie, czy na dworze,
Czy koło bydlątka —
I wieczorem i do świtu,
A koło dzieciątka
Tak i ślęczy, niby matka,
I zawsze jej mało:
To go czesze, myje, niańczy,
To koszulkę białą
Co dzień boży chłopcu wkłada;
Śpiewa mu, swywoli,
Wózki robi, a w niedzielę
Z rąk wziąć nie pozwoli.

Dziwują nie staruszkowie,
Błogosławią Boga,
A bezsenna najemnica
Co wieczór, nieboga,
Dolę ciężką swą przeklina.
Gorżko, gorżko płacze;
Lecz nikt tego nie posłyszy,
Nikt łez nie zobaczy,
Oprócz Marka maleńkiego;
Lecz on nie wie tego,
Dla czego to najemnica
Łzami zlewa jego;
Nie wie, za co go tak Hanna
Pieści w każdej chwili, —
Sama nie zje, nie wypije,
A jego posili.
Nie wie Marko, jak w kołysce,
Nie raz o północy,
Gdy on ocknie się, poruszy, —
Ta zaraz, jak z procy,
Przyskoczyła, przeżegnała,
Okrywa, kołysze;
Z drugiej izby słyszy ona,
Jak dzieciątko dysze.
Zrana Marko do swej niani
Rączkami się zrywa,

Niestrudzoną najemnicę
Mamą już nazywa...
Nie wie Marko... Rośnie sobie,
Dziecina szczęśliwa!

∗                    ∗

Nie mało wody upłynęło,
Nie mało i lat już minęło.
.............
Idzie Marko z czumakami,
Idąc wyspiewuje;
Nie pospiesza do gospody,
Wolików żałuje.
Idzie Marko, nie dba o nic.
Przyszedł; — „Sława Bogu!“
I otwiera butnie wrota,
I modli się Bogu.
— „A cóż Hanna?“ Marko spyta,
Gdzież to moja głowa?
Czy nie żyje?“...
— „Żyje jeszcze,
Lecz bardzo niezdrowa.“

Wchodzi Marko mój do chaty
I stanął u progu...
Aż się przeląkł. Hanna szepcze:
„Chwała, chwała Bogu!

Chodź no bliżej, nie lękaj się.“
Marko się nachyla
U wezgłowia najemnicy.
Chora się wysila:
„Spojrzyj na mnie... Widzisz Marku
Jakem ja zmarniała?
Ja nie Hanna, najemnica,
Ja...“
I oniemiała.

Marko płacze... Zwolna oczy
Znów się otworzyły;
Pilnie, pilnie popatrzyła,
Łzy się potoczyły...
„Przebacz Marku! W cudzej chacie
Cała służba moja —
To pokuta... Przebacz synu,
Ja — ja — matka twoja!“
I zamilkła.
Padł mój Marko
Aż ziemia zadrżała —
Zemdlał. Ocknął się do matki:
Lecz matka już spała!
Leonard Sowiński.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Taras Szewczenko i tłumacza: Leonard Sowiński.