Na grani

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł Na grani
Podtytuł Epilog
Pochodzenie Respha. Opowieści
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1920
Druk Jan Cotty
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
NA GRANI
Epilog.

Jeśli kto nie usnął i zdołał do tego miejsca tę książkę doczytać, radbym by mu starczyło cierpliwości do przeczytania jeszcze i tego gawęd moich i opowieści — zwłaszcza ostatniej o żonie Lewity — epilogu. Może lepiej zrozumieli byśmy się na rozstaniu. Pożegnanie mówi czasem więcej, niż powiedziała cała długa, wspólna wędrówka.

Mówiłem w biografji swojej, że do Biblji dorwałem się bardzo wcześnie. Była to biblija ks. Wujka z ilustracjami Dorego[1]. Wyznam, że do tych obrazków nie ważyłbym się dziś przykładać miary jakiejś czy skali z wymaganiami artystycznemi, gdyż nie chciałbym zetrzeć z nich puchów kultu, jaki miałem dla nich w dzieciństwie. Starłbym z puchem tym pierwsze swoje w zruszenia, łzy, biadania nad złem gdy trjumfuje, nad dobrem gdy ginie, pierwsze może próby wzlotów i zajrzenia za grań rzeczy wiecznych. Początków nigdy nie należy niszczyć, bo jakaś klamra w okręgu życia tak blizko spina je z końcem, że są one z nim jak jedno. Śmieją się z starców, że blizcy są dzieciom. Niedobrze. I te i tamci bliziuchno są Boga.
Było śród tych rycin kilka, do których wracałem nieustannie a między temi właśnie obrazek, gdy to Lewita prowadzi po wzgórzu nad Gabaa oślicę z zwłokam i swej żony. Dręczył mnie ten obrazek chyba dłużej, niż połowę mego życia.
Wikłałem się bowiem w pojęciach grzechu i kary. Grzech — mówiłem — jest to odstąpienie od Boga, a łzy, żal, pokuta to powrót do niego. Ale gdzież tu miejsce na karę? Bo pokuta choćby najostrzejsza, najcięższa nie jest karą, owszem — jako powrót do Boga, radością. Jeśli uznamy zasadę słuszności i potrzeby kar bądź boskich, bądź ludzkich, przypatrzmy się co z tego wynika. Oto żona Lewity zgrzeszyła; śmierć sromotna była jej karą[2]. Ale ta kara znów była ohydną zbrodnią, która nie mogła zostać bezkarną. Jakoż wiemy, że Lewita rozrąbał zwłoki żony na dwanaście części i rozesłał je „po wszystkich granicach izraelskich“ i powstał cały Izrael do walki bratobójczej z pokoleniem, w łonie którego dokonała się zbrodnia, w dzień zaś pomsty „poległo z Benjamina dwadzieścia pięć tysięcy mężów walecznych, wszystko mężów dużych“. Uważcie — zawiniło kilku, padło dwadzieścia pięć tysięcy „mężów walecznych“; wygładzono całe niemal pokolenie z wyjątkiem sześciuset, którzy schronili się na skale Remnon. I to jest prawem niezmiennem, że złe pobijane złem nie kurczy się ani odrobinę, lecz pęcznieje, do zbrodni dorzuca stos nowych, aż urośnie do rozmiarów gigantycznych. Więc nawet dziecię powie, że łańcuch takich rzeczy obrzydłych nie może iść od Boga i bluźniłby mu kto by to twierdził. Kara jako wywarcie złości na winnym jest nowem złem, którego wyolbrzymienia dalszego nawet przewidzieć nie zdołamy.
Grzech jest odstąpieniem od Boga. Kto ma Boga, ten go czuje — i czuje gdzie Bóg, gdzie nie — bóg, gdzie dobro gdzie zło, czuje przeto gdy odstąpi od Boga; płacze i pokutuje, by go odzyskać. Rzeczą zaś Boga — tę drobinę swoją zgubioną przygarnąć, czy odtrącić, pocieszyć lub na próby ją wystawić.
Zgrzeszyć może tylko dobry człowiek. Zły nie grzeszy, bo nie może odstąpić od Boga kto w sobie go nie ma. Zły nie grzeszy, ale całem swem istnieniem, przeczącem dobru, jest grzechem i obrazą Boga. Nie kara mu się należy — nie można bowiem bez dopuszczenia się złości karać za odstąpienie od Boga tego, który nigdy u niego nie był, lecz należy mu się — potępienie przedewszystkiem i wytępienie następnie. „Przeklęty, kto lekceważy ojca swego i matkę swoją“ — mówił Mojżesz przed ludem, lud zaś wszystek odpowiadał mu: Amen! — „Przeklęty, kto sprowadza ślepego z drogi aby błądził“ — a wszystek lud mówił: Amen! Takiem właśnie powinno być potępienie — powszechnem, przez wszystek lud, bezwzględnem. — I niszczenie zła winno być równie bezwzględnem, niedopuszczającem żadnych z niem układów, idzie tylko o to by było istotnem i skutecznem.
Dla wytępienia złego Mojżesz widział jedno — śmierć. Śmiercią umrze ten, śmiercią umrze tamten — taki jest cały stary zakon. Ale ta sama formuła powtarza się i w późniejszych prawodawstwach karnych. W gruncie rzeczy kara śmierci bez mąk i pastwienia się nie jest zasadą kary, lecz zasadą niszczenia zła w jego siedlisku. Więc słuszną, uprawnioną i konieczną, lecz naiwnie stosowaną, bo jednostka nie jest siedliskiem, ani źródłem złego, lecz jego objawem. Tępiąc złe śmiercią, gasimy płomień, zostawiając zarzewie. To właśnie jest pomstą powieszonych, ukamienowanych i obezgłowionych, że zbywszy sami złego, przekazali je żywym, śród których ono żyje nadal pleśnią, grzybem, ropą do nowego wrzodu zbierającą. Niszcząc śmiercią złą jednostkę, nic nie zyskujemy, tracimy natomiast wiele. Tracimy coś z samych siebie jak zawsze, gdy dopuszczamy się złego. Wszelkie bowiem złe, w jakimkolwiek celu czynione, jest świętokradzkiem kurczeniem dobra, więc w samego Boga wymierzonym ciosem, który on zawsze wzgardliwie odepchnie. Choćby miało być maczugą dla zabicia innego zła, zawsze odbije się i spada na własną naszą głowę. Na wozie zła dobro ani kroku nie ujedzie, owszem cofnie się i musi potem podwójną przebiec drogę — by siebie odzyskać i coś na złem zdobyć, od czego zawsze zaczynać należy.

Bo z błędnego koła było zawżdy i jest jedno jedyne wyjście — widome, otwarte, jasne i dostępne od chwili, gdy Jezus nauczał, że za złe dobrem się płaci. Niema innej drogi — złe wyplenia się, niszczy, tępi dobrem. Złemu należy się by naprzód usłyszał głos potępienia powszechnego nad sobą, a potem by dano mu przewodnika ku dobremu.
∗             ∗
Lecz i do tego punktu doszedłszy, nie miałem jeszcze rozwidnionej drogi. Przedemną wciąż była tajemnica tajemnic — sromotna śmierć żony Lewity. Jeśli to nie była kara, to jakże taka rzecz mogła się stać przed obliczem Pana? Takie zaś posępne trjumfy zła są na każdej karcie historji i na każdym kroku naszego życia. Jakiż więc jest ten Pani czy jest on, skoro przed obliczem jego złe tak wielmożnie się rozpościera?

Gorzki tej tajemnicy jad.
Lecz jest książka dobra, która wszelkie jady zbiera i z ran ludzkich wysysa, o tajemnicach zaś wszelkich powiada, że niema — żadnych, bo prawda od wieków stoi przed nami blizka, naguchna jak dziecię, łatwa, prosta. Biedne te oczy nasze... A to powiada znów ta sama Biblja, którą pisali ludzie, dyktował zaś Bóg. Bo zresztą zawsze tak jest, że człowiekowi zdaje się, iż tworzy, czyni co dobrego, jest zaś rylcem Boga; tylko złe czyni na własną rękę.
Klucz do tajemnicy tajemnic — walki przemocnej zła z dobrem książka ta zawiera w słowach, które są na początku jej i u końca, w pierwszych Genesis i ostatnich Apokalipsy. Trzeba je tylko spiąć klamrą.
Genesis mówi: Ziemia była nieukształtowana i próżna, i ciemność była nad przepaścią. Bóg rzekł: Niech będzie światłość. „I widział Bóg światłość, że była dobra“. — Apokalipsa, na stronie ostatniej: „I ukazał mi rzekę czystą wody żywota, jasną, jako kryształ“, niżej zaś: „A kto pragnie, niech przyjdzie; a kto chce, niech bierze wodę żywota darmo“. Ot i wszystko.
Ciemność starsza jest od jasności, złe od dobra. Cóż to jest ciemność? Bezwład materji i ducha, chaos rzeczy nieukształtowanych, żywiołów niekarnych, żądz rozpętanych. — W tej ciemności Bóg zapalił się jasnością. To jest — czem że? Ruchem pokonywającym bezwład, dobrem nienawidzącem zła, pięknem ukształtowanych rzeczy, ładem ich, prawem, karnością, czynem twórczym, zarodzią słońc, prawd, życia.
Ale-ć od tego, że Bóg w ciemności zapalił się jasnością ciemność nie zginęła. Czy gdy w przestworzu rozpali się słońce, bądź w ciemnej izbie zapłonie kaganek — mrok tylko się cofnie. Już po kątach izby cień się tłoczy, a gdy ściany jej, za któremi noc, rozsuniemy, o kilkadziesiąt kroków ledwie widoczne będzie światełko kaganka, a z oddalenia w cale go widać nie będzie.
Nie mniej — ten kaganek gdzieś płonie, jest.
Odkąd Bóg zapłonął jasnością, niem a na świecie mocy, któraby zgasić ją zdołała. Ale możemy tak daleko odejść w mrok, że nic prócz mroku nie dojrzemy.
Nie mniej — Jasność gdzieś płonie, jest. I od nas zależy, by mroki się z przed niej odsunęły. Gdy od jednego kaganka zapalimy dziesięć łuczywek (a nie ubędzie kagankowi światła od tego), w izbie stanie się jasność taka, że mrok się zaciśnie do ostatnich jej szczelin. — Tego właśnie Bóg żąda: Jam się zapalił Ogniskiem wiecznem i przystęp do mnie każdemu dany; przyjdźcie z kagankami waszemi i zapalone nieście do mroku, by cofnął się do szczelin ostatnich, do Hadesu, gdzie wiecznością jest niebyt, nicość i zło; a nie ubędzie Ogniska mego choć miljony łuczyw odeń się zapalą, ani ubędzie wody żywoty, choć miljony spragnionych darmo ją zaczepną.
Pozorny bywa tedy tryumf złego, bo ani jeden z zapalonych przy Ognisku kaganków zagasnąć nie może, lecz z oddalenia może go mrok przesłonić, gdy w tym mroku nikt nic nie rozpali.
Nie płakać nam przeto żony Lewity, wszystkich dobrych, których źli pohańbili, wszystkich męczenników i męczennic za prawdę, wiarę, ojczyznę, dobro — bo wszyscy żywi. Ale płakać, gdy osamotniałe płonie gdzieś Ognisko, a w naszych rękach niezapalone kaganki; gdy zapomniane płyną gdzieś wody żywota, jako kryształ jasne, my zaś pragnienie gasimy winem, lub krwią.
Tak się kończy Apocalypsis: „Tak mówi ten który świadectwo daje o tych rzeczach: Zaiste, przyjdę rychło. Amen. I owszem przyjdź, Panie Jezusie“. (Apoc. XXII; 20).

...I owszem, przyjdź Panie Jezusie.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Gustave Doré (1832-1883) — francuski grafik i ilustrator książkowy.
  2. Tu w nawiasie coś wtrącić muszę. Według Pisma św. Lewita w domu efraimczyka w Gabaa postąpił haniebnie, sam bowiem wywiódł do zgraji łotrowskiej swą żonę; w języku zaś hebrajskim — jak mówi komentarz — użyte jest nawet słowo przemocą; czyli-że ona się opierała, on zaś przymusił ją by wyszła do napastników. Odrażający ten fakt znajduje się jednak w tak wielkiej sprzeczności zarówno z pierwszą częścią tego opowiadania, gdzie gra tęsknota Lewity za żoną, słyszy się radość jego z odzyskania jej, jak i z końcem — gdy widzimy go w gniewie przywołującego na złoczyńców pomstę całego Izraela, że czułem się uprawniony tę rzecz w swojej opowieści inaczej wystawić.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.