Między ustami a brzegiem puharu/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Między ustami a brzegiem puharu
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1922
Drukarz Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIV.

W Marjampolu raczej spodziewano się widoku Antychrysta, niż Jana nazajutrz po ślubie. Pani Tekla, zajęta z ogrodnikiem około owych róż, tak doszczętnie zniszczonych przez Bohatera, aż oniemiała z podziwu, widząc przed sobą wychowańca konno na wierzchowcu zlanym potem i pianą.
— Co się stało? — zawołała wreszcie.
— Niema tu Wentzla? — odparł zdyszany.
— Niema! Zkądże ma być! Pewnie w Strudze.
— Jadę ze Strugi właśnie. Nie zastałem! A gdzie Jadzia?
— Czyś oszalał? Co się stało, pytam, że latasz konno od świtu, zamiast z żoną siedzieć?
— Alboż mi ten Wentzel da chwilę spokoju! Cesia mnie sama wyprawiła... może się da uratować...
— Co uratować?...
— Życie Wentzla! — odparł zdławionym głosem i zeskoczył z konia, spostrzegając Jadzię na ganku.
Pani Tekla zatrzymała go za rękę.
— Cóż się stało z Waciem? Mów porządnie! — ozwała się, jak zwykle w chwilach ważnych, zupełnie serjo i spokojnie.
— Pojedynkuje się z Głębockim.
Jadzia podeszła do rozmawiających i słuchała.
— Było to tak — mówił Jan, odsapnąwszy. — Wczoraj podobno była awantura, gdy Wentzel z panią jechał do kościoła. Była to zaczepka, szykana. Po ślubie, gdyśmy się rozjechali, Wentzel wziął trzech świadków i ruszył do tego szaleńca. Stefan dowodzi, że hrabia był trochę podchmielony. Przyjechali, wpuszczono ich do domu, Głębocki strzelał do kart na ścianach. Wentzel go pyta: czemu strzelał do niego? Ten na to: „Wolnoć Tomku w swoim domku“. Wentzel mu tedy rzekł: „Że trzeba być warjatem lub dzikim, żeby palić do gołębi wobec starej osoby, tuż nad jej głową“. Tamten do niego się rzucił, pistolet trzymał w ręku. „Połóż pan broń!“ — mówi hrabia. „Broń potrzebna, gdzie jest czterech na jednego“ — tamten odpowiada. Stefan się oburzył i reszta, a Głębocki mówi drugie przysłowie: „Kto z kim przestaje, takim się staje“ i nazywa Wentzla szwabem i pruskim szpiegiem! Wentzel mu rękawiczkę rzucił w twarz, a Głębocki palnął mu w łeb!
— Jezusie — szepnęła pani Tekla.
W Jadzi licach nie było kropli krwi, ale milczała. Jan trząsł się z wściekłości.
— Chybił, szczęściem — ciągnął dalej, ocierając pot z czoła, — no, i mają się bić z sobą. Stefan wpadł do mnie z tą wieścią, strwożył na śmierć Cesię. Oboje lubią bardzo hrabiego... W prośby do mnie, może się uda jako sprawę załagodzić. Wentzel zakazał mnie wtajemniczać i gdzieś się schował. Myślałem, że go tu znajdę. Może mi panie dopomogą do pogodzenia ich. Hrabia był, mówią, nietrzeźwy...
— Więc cóż z tego! — zaczęła Jadzia powoli. — Wedle twej opowieści, hrabia, choć pijany, zachował się zupełnie stosownie; dopiero na obelgę odpowiedział obelgą.
— Cóż tam za obelga znowu! Szwab... Pani Ostrowska tysiąc razy go tak nazywała.
— Kiedy nim był — wmieszała się staruszka. — Teraz nigdybym się nie ośmieliła użyć tego słowa. Wiesz dobrze, i on to już czuje, jak obraźliwą jest ta nazwa tu u nas. Cenię go od dziś jeszcze wyżej.
— No, kiedy tak, to go nie długo będziemy cenić. Z rąk Głębockiego żyw nie wyjdzie!
— Co Bóg da! — rzekła uroczyście staruszka. — Ja go nie mogę uczyć podłości. Niech broni honoru! To słuszne!
— A ty, Jadziu, tak samo myślisz? — spróbował Jan ostatniej apelacji.
— Myślę, że i tybyś nie zniósł nazwy pruskiego szpiega! Zgoda byłaby tylko możliwą w razie przeprosin pana Głębockiego.
Chrząstkowski ręką machnął.
— Zatem Wentzel zgubiony! Ach, Jadziu, Jadziu! — zaczął i urwał.
— Zgubiony jest ten, kto nie ma honoru i zasad — rzekła smutnie pani Tekla i odeszła powoli ku domowi.
Jan wsiadł na koń, podał rękę siostrze.
— Muszę go jednak odnaleźć! — westchnął. Może ci go przysłać? Szkoda mi was okropnie.
— Kiedy pojedynek? — spytała.
— Nie wiem jeszcze. Ach, Boże wielki! Na czem to wisi żywot ludzki! Biedne chłopczysko, taki był wesół wczoraj. Ej, Jadziu, czemu ty nie zapłaczesz?
— Żebym mogła! — wyszeptała.
— Może ci Cesię przywieźć na pociechę?
— Nie, Jasiu. Dziękuję ci!
Chrząstkowskiego dławiły łzy. Zawrócił konia, ręką jej skinął i pojechał.
Wentzla nigdzie nie znalazł, i Stefana nie można było spotkać. Obadwa skryli się widocznie przed rodziną. Wolicki i Jasieniecki nie chcieli nic powiedzieć. Pojedynek miał się odbyć w największej tajemnicy. Dali na to hrabiemu słowo honoru. Był zgubiony ostatecznie na opinji.
Cały dzień zmarnowawszy napróżno, Jan pod wieczór wrócił do Olszanki. Nie czuł się na siłach dłużej pozostać zdala od Cesi — i po godzinie rozkosznego, pierwszego samnasam z ukochaną, zapomniał o Bożym świecie...
Tylko w Marjampolu czuwano i myślano o biednym Szwabie. Pani Tekla modliła się noc całą, wzywała łaski Bożej na swą siwą głowę. Jednego jego miała tylko — czy i on ją opuści? Pójdzie do tamtych, do matki, do dziada — ona sama zostanie! Była to straszna noc.
Raniutko kazała zaprzęgać konie i poszła do Jadzi. Zgarbiła się, zestarzała o lat dziesięć.
— Pojadę na mszę — rzekła. — Jeżeli on się zjawi, to bądź dla niego dobrą i ode mnie pożegnaj. Jeżeli będzie mógł, niech zaczeka do mego powrotu.
— Powiem — odparła Jadzia, całując ją w rękę.
Powóz zaturkotał — została samą. Po bezsennej nocy czuła się słabą i zdenerwowaną okropnie; bolały ją oczy i głowa, w pokoju brakło płucom powietrza. Zeszła do ogrodu, daleko, aż w cienie dzikiego parku, co się ciągnie między polami. Niski płot oddzielał go od łanów; oparła się wreszcie zmęczona o tę zagrodę i, zapatrzywszy się w falujące morze kłosów, dumała.
Byłoż to przeczucie, co ją zawiodło w to miejsce?
Ścieżką pod płotem zbliżał się jeździec na pysznym karym arabie. Dwór chciał ominąć, widocznie, i jakby się wahał i pasował z tą chęcią. Czasami ręka mu drżała na cuglach do zawrotu, i hamował ją. Głowę miał zwieszoną, ponurą zaciętość w twarzy.
O krok był od Jadzi, gdy się spostrzegli.
Smutek jego pierzchnął jak czarem — zeskoczył na ziemię, cugle zarzucił na gałęź i stanął naprzeciw niej, wyciągając z powitaniem rękę.
— Śliczny ranek, nieprawdaż? — rzekł swobodnie.
Popatrzyła nań z wyrzutem.
— Pan jedzie na pojedynek? — spytała.
— Tak, pani. — Spojrzał na zegarek. — Mam jeszcze pięć kwadransów czasu. Wyjechałem zawcześnie. Czy babka w domu?
— Wyjechała do kościoła.
— To dobrze. Wolę jej nie widzieć i nie żegnać — szepnął do siebie, przesuwając ręką po czole.
— Czy i przed Janem ukrył się pan dla tegoż powodu?
— Naturalnie. To wcale nie poślubny temat. Co ma sobie mącić spokój i szczęście.
— Tajemnica nie oszczędzi zgryzoty. Jabym na miejscu Jasia miała żal do pana za usunięcie w takiej chwili.
Zamilkł i spuścił oczy. Pozorna obojętność była bardzo trudną do zachowania wobec niej.
Byli tak blisko siebie — a on tak blisko śmierci. Czuł w sobie odwagę skazańca.
— Jaś daruje — ozwał się. — Ot, nie wiem, co mi jest dzisiaj. Odbyłem tyle pojedynków, nie czując nic podobnego. Ciekawym, czy to będzie instynkt śmierci.
Jadzia zadrżała nerwowo. W oczach jej zamigotała jakby wściekłość.
— Jedź pan sobie stąd! — zawołała zmienionym głosem, odstępując o krok.
— Pani każe, pojadę! Czym obraził, broń Boże?
— Ach! — wyszło rozpaczliwie z jej ust.
Oparła się znowu o płot i ukryła twarz w dłonie.
— Co pani? — spytał cicho.
Długo nie było odpowiedzi. Śliczny letni ranek roztaczał wokoło nich przepych barw, tonów i woni. Świat wołał ich do życia, do wesela, do kochania, a oni patrzyli w grób.
Nagle dziewczyna wyprostowała się żywo. Oczy miała łez pełne i bezbrzeżny smutek na twarzy. Spojrzała na niego rozpacznie.
— Czy pan nic i nikogo nie żałuje na świecie? — zawołała. — Czy panu umierać nie żal? Nic pan nie traci? Oh! to pan szczęśliwy!
— Czegóż mam żałować?! — odparł posępnie. — Dawne uciechy i stosunki minęły, a teraźniejsze... Czy mnie pani pożałuje?... — spytał nagle.
— Idź pan już! Nie dręcz temi pytaniami! — wybuchnęła.
Zbliżył się tuż do niej.
— Proszę mi dać rączkę — poprosił.
Podała mu obie.
— Jeśli żyw wrócę, one moje! — szepnął.
— Jeśli pan nie wróci, to nie będą niczyje! — odparła.
Zdjął z jej palca pierścionek i swój wsunął na to miejsce. Milczeli oboje. Zawiele uczuć szarpało im dusze.
Nie wiadomo, kiedy znalazła się w jego objęciu, ale nie broniła się wcale, tylko usta uchylała od jego ust, kryjąc twarzyczkę na jego piersi. Płakała cicho.
— Czy lubisz mnie, ukochana? — spytał zcicha.
Wzdrygnęła się przed tem wyznaniem, ale zadała sobie gwałt niesłychany i odparła niewyraźnie:
— Bodajem tylko lubiła!
— Więc kochasz?
— I poco panu słowa... i teraz... — szepnęła.
Przycisnął ją do piersi i po chwili zaczął:
— Czy pamiętasz dzień naszego poznania w Berlinie i twoją obietnicę? Pocałuj mnie teraz. Wygrałem!
— Na co? — broniła się żałośnie. — Idź pan już! Serce mi pęknie!
— Pójdę już, pójdę! Spełnij tylko mą ostatnią prośbę, ukochana! Może już się więcej nie zobaczymy.
Prosił tak serdecznie, że mu odmówić nie mogła. Podała mu do pocałunku swe dumne, milczące usta — i ucałował je, oszalały szczęściem, powtarzając jej imię.
Szarpnęła mu się z rąk gwałtownie.
— Ach, idź pan już, idź! — powtarzała rozpacznie.
— Idę! O, już wielki czas! Spotkanie nasze w lasku, zwanym Młynarka. Jeśli chcesz, jedyna, to Jasiowi daj wiedzieć. Jeśli żyw wyjdę, będę tu za dwie godziny; jeśli nie, to...
Nie dokończył; żal go chwycił i rozpacz; jeszcze raz wrócił do niej, trzymając „Bohatera“ za uzdę — u kolan jej przyklęknął.
— Jadziu, mój skarbie! — prosił — nie odstąp babki, jeżeli... Ach, może cię widzę raz ostatni! Oh, ja nieszczęśliwy!
Porwał się, skoczył na konia, dał ostrogę. „Bohater“ pognał naoślep — wszystko znikło z przed oczu Jadzi. Została sama...
Tylko na ręku migotał brylant hrabiego, a usta drżały pierwszym miłosnym pocałunkiem, a serce biło, rozsadzało piersi.
A tymczasem na placu boju już dawno czekano na hrabiego. Czekał też i Jan, który wpadł na koncept śledzenia Głębockiego i w ten sposób trafił na miejsce zebrania.
Wszyscy w milczeniu palili cygara, od czasu do czasu spoglądając to na słońce, to na zegarki. Głębocki coś wspominał o tchórzostwie i zdradzie. Jan i Stefan kipieli złością.
Nareszcie tętent się rozległ i wpadł hrabia zmęczony, na spienionym Bohaterze.
— Boże miłosierny! Konno na pojedynek! — krzyknął Jan, załamując ręce.
Wentzel zeskoczył i uścisnął serdecznie przyjaciela. Otoczyli go zaraz wszyscy: sekundanci, doktor — i Urban wylazł jak z pod ziemi na rozkazy.
— Możemy zaczynać — zawołał Głębocki. — Ja nie mam czasu! Już dziesięć minut po oznaczonej godzinie!
Uśmiech szczęścia drgał na twarzy hrabiego — wierzył teraz w swą gwiazdę, myślał teraz o Jadzi.
— Wyznaczcie metę, panowie! — zawołał — Jestem gotów!
Sekundanci odeszli, a on Jana objął za szyję i ściskał jak szalony.
— Moja Jadzia, moja, moja! — wołał zdławionym głosem. — Zwyciężyłem, Jasiu!
Chrząstkowski milczał, rękami strzepnął.
— Owdowieje ona prędko, biedna! — wymówił ponuro.
I jakby w odpowiedzi na to smutne proroctwo rozległ się głos Stefana:
— A zatem na dwadzieścia kroków. Do pierwszej krwi.
— Nie, do ostatniej krwi! — poprawił Głębocki.
— Zgoda, hrabio? — spytał Jan, wzdrygając się.
— Zgoda! — odparł stanowczo Wentzel, postępując na oznaczoną metę.
Zwrócił się jeszcze do przyjaciela.
— Pożegnasz ją, jeśli zginę — szepnął.
Jan nie mógł mówić — głową skinął.
Sekundanci zmienili pistolety, hrabia swój spuścił — czekał strzału.
Była minuta strasznej ciszy.
Na wysokość serca Wentzla podniosła się błyszcząca lufa. On patrzał ponad głowy, w górę — zdawało mu się, że jeszcze czuje główkę ukochanej na ramieniu, na ustach jej koralowe wargi. Głębocki spuścił cyngiel.
— Piston nie spalił! — zawołano wkoło z uczuciem niezmiernej ulgi.
Wentzel ocknął się z zadumy.
— Jeśli nie spalił, to załóż pan nowy! — krzyknął.
— Co ty gadasz! — upomniał Jan przerażony.
— Nic. Tak się należy!
Głębocki podniósł drugi raz broń — i drugi raz zawiódł piston.
Zaczął kląć i posądzać o oszukaństwo.
Hrabia znowu powtórzył:
— Weź pan jeszcze jeden! Do trzech razy sztuka!
— Wentzel! To mord taki pojedynek! — lamentował Jan.
Głębocki zaczął mierzyć raz trzeci. Strzał padł; hrabia jęknął, chwycił się za bok i runął nawznak — krew buchnęła strumieniem.
Rzucili się wszyscy do niego. Żył jeszcze; gdy Jan się pochylił do twarzy, wyszeptał niewyraźnie: „Do Marjampola“ — i stracił przytomność...

· · · · · · · · · · · · · · ·





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.