Między ustami a brzegiem puharu/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Między ustami a brzegiem puharu
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1922
Drukarz Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIII.

Turkot i palenie z bata spłoszyły nazajutrz panią Teklę ze snu. Zerwała się, przestraszona, sądząc, że przespała ceremonję ślubną.
Po chwili ktoś zapukał do drzwi sypialni.
— Co tam? — zawołała, ubierając się śpiesznie.
— To ja! — ozwał się głos Wentzla. — Przyjechałem po babcię. Czas jechać.
— Powarjowaliście wszyscy! Zaledwie siódma! To pewnie Jan cię zbudził tak rano.
— Wcaleśmy się nie kładli. Panienki poszły się stroić, a mnie panna Jadwiga przysłała do Marjampola.
— A do tej co znowu przystąpiło! Skaranie Boskie z tą gorączką. Każ konie zaprzęgać.
— Nie trzeba, babciu. Są moje ze Strugi.
— Pewnie narowiste. Gotowe nas pokaleczyć.
— Łagodne, jak dzieci. Niech mi babcia zrobi to szczęście i nie odmówi.
— No, dobrze już, dobrze. I ty coś dziś w gorączce. Marszałek prosił, żeby go zabrać po drodze. Może mały powóz? Czegóż stoisz pode drzwiami i głowę mi durzysz! Niech dają śniadanie.
Wentzel odszedł i po chwili usłyszała staruszka, jak rozbijał fortepian Jadzi, grając bez ceremonji mazurka...
Wypadła nań z krzykiem:
— Co wyprawiasz! Struny popękają!
— A niech sobie pękają! — odparł, całując jej ręce.
Wystrojony, z bukietem mirtowym u klapy, promieniał, jak jutrzenka. Tak rozradowanym nigdy nie był jeszcze. Aż się pani Tekla musiała uśmiechnąć do jego uszczęśliwionych oczu.
— Istna epidemja ten szał weselny! Czegóż ty się cieszysz? Chciałabym wiedzieć.
Poczerwieniał, jakby był panną młodą.
— Jabym dziś, babciu, cały świat ściskał i całował. Dusza mi się w piersi nie mieści.
— Osobliwość! — pokręciła głową. — Lepiejbyś się przespał i zjadł cokolwiek. Przecież zaraz jechać nie trzeba.
— Ależ trzeba, natychmiast. Nim się marszałek wybierze!... Jan tam klnie pewnie i płacze.
— Ach, ten Jan! No, to jedźmy, przyśpieszymy jego opamiętanie. Jakże tam Jadzia? Wczoraj skarżyła się na ból głowy.
— Zdrowa, babciu, zdrowa i wesoła! — powtarzał z uśmiechem, pomagając staruszce przykryć szaty godowe popielatym pudermantlem.
Konie stały u drzwi, postrojone w pęki wstążek i wisiadeł. Powozik świecił jak cacko.
Pani Tekla umieściła się na safjanowych poduszkach, hrabia wziął z rąk furmana lejce, i ruszyli jak wiatr.
Nawet zły humor marjampolskiej dziedziczki nie ostał się wobec ślicznej pogody, słońca i wesołych oczu Wentzla, który co chwila zwracał się do niej z jakiemś przelotnem słówkiem troskliwości lub zapytania.
Na zawrocie do marszałka stangret ośmielił się zrobić uwagę:
— Droga wypadnie przez dworek dawniejszego pana ze Strugi. Może bramy zamknięte?
— A to mu je wywalimy! — odparł zuchwale pan.
— Co on mówi? — spytała pani Tekla.
— Że nam Głębocki bram nie otworzy.
— Fe! Nie wiedzieć co! A zresztą, kto go wie! Furjat! Może zawrócić?
— Ja się nigdy z drogi nie wracam, babciu.
W tej chwili dworek wymieniony wyrósł tuż przed nimi w parowie. Konie dopadły bramy i stanęły. Była szczelnie zamknięta. Na wołanie stangreta stróż ukazał się z budy i dość opieszale wyjrzał na przybyłych.
— Otwieraj, trutniu! — krzyknął hrabia.
— Oho! A jakże otworzę, kaj kluce u pana, a pon śpią? — odparł człek z mazurska.
— A to go obudź, twego pana!
— Oho! Jesce mię z pistoletu ustrzelą!
— Idź, Paweł, do niego i poproś o klucze — rozkazała pani Tekla stangretowi.
Poszli obadwa ze stróżem. Wentzel to bladł, to czerwieniał. Gniew wzbierał w nim jak fala. Spojrzał na zegarek.
— Dziesiąta! — zamruczał.
Pani Tekla, dla której Głębocki nie był rywalem, traktowała tę kwestję dużo spokojniej.
— Podoba mi się taki rygor, podoba! — mruczała. — Warto, żeby u ciebie w Strudze był taki sam. Chociaż warjat, ale porządniej u niego, niż u ciebie.
W tej chwili wrócił stangret i stróż z kluczami; otworzył, ukłonił się i rzekł:
— Pon prosą, zeby więcej nie jeździć bez folwark, ino gościńcem.
Wentzel się obejrzał.
— Powiedz twemu panu, że wieczorem będę wracał: niech mi nie każe czekać! — odkrzyknął.
Na ganku stał Głębocki i może słyszał odpowiedź. Nie ukłonił się i Wentzel również nie uchylił kapelusza, tylko jechał zwolna, jakby wyzywając przeciwnika.
Stadko gołębi, spłoszone, porwało się z dachu, mignęło nad głową hrabiego. W tejże chwili Głębocki podniósł pistolet i strzelił. Jeden z gołębi zawirował i padł na koła powozu; konie spłoszone pomknęły bez pamięci na płoty i rowy; pani Tekla krzyknęła przeraźliwie.
— Nic, babciu, nic, — uspokajał Wentzel, borykając się z rozhukanym zaprzęgiem. — Ten pan strzela sobie gołębie, przecież to nic zdrożnego. Dobrze strzela nawet. Może być królem kurkowym. No, otóż i jesteśmy znowu na drodze.
— A mówiłam ci: zawróć! Nigdy nie słuchasz! O cal ci kula przeleciała nad głową! Boże, Boże! Niby to wasza idealna policja! Taki człowiek swobodnie się obraca! Gdzież porządek! Ot, kryminał mógł być na gładkiej drodze, w jasny dzień! A mówiłam: zawróć!
— Czy widzi babcia? Marszałek jedzie przed nami. Spóźniliśmy się.
— A, prawda! Dzień dobry bratu! — powitała nejtyczankę i jowialną twarz ciotecznego.
— Pi, pi! Siostrunię hrabiowie wożą! Jakie cugi — śmiał się staruszek i mrugał znacząco.
Zaprzęgi stanęły. Obok pudermantla pani Tekli marszałek umieścił siebie i swój płaszcz z peleryną, dowcipkując dyskretnie z hrabiowskiego szyku i przepychu.
— Dajże brat spokój! — zawołała pani Tekla — Proszę lepiej posłuchać, co się to u nas dzieje. Mordują ludzi po drogach!
— A słyszałem, słyszałem! — potakiwał. — Dwie ofiary spalone! Ale policja już wpadła na trop.
— Co brat bredzisz! Jakie dwie ofiary? Jakto spalone?
— Ano ten Szwarc, co handluje wieprzami; zarżnięto go z żoną we wtorek.
— Co mi brat plecie o jakimś tam Szwarcu?
— A cóż mi siostra mówi o zamordowaniu?
Wentzel śmiał się, jak szalony, z tego nieporozumienia.
— Mówię, bo przed chwilą Głębocki omal nie zastrzelił mego wnuka.
Marszałek aż podskoczył.
— Być nie może! — zawołał, oglądając Wentzla. — A to warjat kompletny! Hrabia powinien oznajmić to policji, podać na sąd.
Croy-Dülmen spojrzał iskrzącemi oczami na mówiącego. Twarz jego zabarwiła się krwią.
— Ja moich honorowych spraw nie powierzam policji. Jest na to inny sąd! — rzekł z naciskiem.
Marszałek zatarł ręce.
— Pan mówi po naszemu — odparł, kiwając głową.
— Jam już dawno wasz, panie marszałku! — uśmiechnął się młody człowiek.
— Chwała Bogu! Bardzom rad! A siostrunia aż rośnie z dumy. Jakże to było z tem strzelaniem? Tak sobie, bez żadnej dobrej racji?
— Racja toby się znalazła — rzekł wesoło Wentzel.
— Aha, znalazłaby się! Rozumiem! Coś tam stoi zapisanego między wami in libris amoris!
— A brata zawsze żarty się trzymają. Co za jakieś libris! Nie libris, ale Głębocki jest furjat, i jeśli go nie zamkną do obłąkanych, to ja sama zaskarżę go do medycznego wydziału!
— Ho, ho, ho! Jaka z siostry gorączka! Załatwi się z nim hrabia bez naszej pomocy. Poco kłaść palce między drzwi? Nieprawda, kawalerze?
— Niezawodnie, panie marszałku. Ale oto i Braniszcze. Wszystkie powozy już przed kościołem. Słowo daję! Jan już piechotą idzie naprzeciw.
Niecierpliwy oblubieniec istotnie, bez względu na swój strój weselny, kroczył na spotkanie.
— Ty mnie w chorobę wpędzisz swem marudztwem! — krzyczał już zdaleka.
Chi va piano, va sano! — pocieszył go Wentzel, zajeżdżając przed kościół.
Pani Tekla triumfalnym pochodem, pod eskortą wnuka i wychowańca, zajęła swe miejsce. Wszyscy na nią czekali i natychmiast rozpoczęła się ceremonja.
U ołtarza przyklękli państwo młodzi, powtarzali za księdzem przysięgę powoli, wyraźnie, dobitnie. Mimowoli za nimi szeptał ją Wentzel, stojąc naprzeciw Jadzi i nie spuszczając wzroku z jej bladej, poważnej twarzyczki.
Spotkali się oczami. On spojrzeniem mówił, że ją ubóstwia; ona uśmiechnęła się lekko, łagodnie i zarumieniła się nieco. U ołtarza było czworo szczęśliwych.
Jadzi od wczoraj było jakoś dziwnie. Ostatecznie oddała mu serce i duszę, i nie żałowała wcale, tylko ją strach zdejmował przed szczęściem
I ona, zamyślona powtarzała machinalnie słowa przysięgi i tak się zadumała, że ją jak ze snu zbudził dobrze znany głos:
— Służę pani.
Nie patrząc, wsunęła rękę pod jego ramię i poszła za nowożeńcami. Marszałek z panią Żdżarską dreptał tuż za nimi.
— Jadziu — ozwał się, ledwie przestąpili próg kościoła, — czy wiesz, że zarżnęli Szwaba Szwarca?
— Wiem.
— A wiesz, że strzelali do hrabiego?
Rączka panienki drgnęła.
— Do jakiego hrabiego? — spytała jednak spokojnie.
— Nie udawaj naiwnej, figlarko. Znam, znam twoje sztuki! Do jakiego hrabiego! Dobra sobie!
— Jakto? Strzelano do pana? — zawołała pani Żdżarska przerażona.
— Marszałek żartuje — odparł.
Jadzia nie pytała słowem tylko oczami. Oczom tym nie umiał kłamać, spojrzał w inną stronę.
— Czy widzi pani — zawołał. — Jaś z żoną już się sprzeczają u drzwiczek powozu.
— A kawalerby się nie sprzeczał — żartował marszałek. — Będziesz pod pantoflem, młody człowieku. Co? Może chcesz tabaczki?
— Ślicznie dziękuję za proroctwo i propozycję. Z kim pani jedzie?
— Z panią Ostrowską. Wzywa nas.
Pani Tekli widocznie podobały się safjany. Już się w nich rozsiadła i kiwała na Jadzię.
Wentzel, uszczęśliwiony z zaszczytu, gnał zaprząg z kopyta, wyprzedzając wszystkich. Staruszka daremnie wzywała go do opamiętania.
— Apopleksja razi konie w taki upał! Popadają na drodze! Czyś oszalał?
— Niech padają! Co mi tam! — odpowiadał.
Na to monstrualne lekceważenie inwentarza pani Tekla miała już zacząć piorunujące kazanie, gdy Jadzia spytała nagle:
— Marszałek mi mówił, jakoby strzelano do hrabiego? Nie mówił nic babci?
— Jakto mówił? Na co mówić? Przecież to się działo w moich oczach. Kula o cal przeszła od głowy.
Tu nastąpiła detaliczna opowieść wypadku i trwała całą drogę. Jadzia nie ozwała się więcej. Oparła głowę w głębi powozu, przymknęła oczy i słyszała tylko swój ból w duszy.
Przyszła tedy nieunikniona katastrofa; już jej nic nie odwróci; ona już nie ma prawa go powstrzymać przed honorową rozprawą. Unikał jej wzroku, bał się prośby, której będzie musiał odmówić, lub bał się swej słabości względem niej. Nie, ona go nie będzie prosić, nie zatrzyma. Niech się dzieje, co sądzone!
Czytała gdzieś, że szczęście to grzech, za który się śmiercią płaci. Aksjomat ten kołował w jej głowie, wbijał się w jej mózg jak ćwiek, bolał, szarpał, rozdzierał.
Miała ochotę komuś się poskarżyć, pożalić, jemu samemu najprędzej. Czy też jemu nie szkoda będzie ginąć? Czy nie jęczy w nim dusza, jak w niej?
Spojrzała ku niemu. Jego cienki, piękny profil widziała tylko; uśmiechał się do swych myśli. Pojedynek dla niego to zabawka! Wczoraj w altanie mówił, że rad umrzeć, jeśli śmiercią dowiedzie jej swej miłości. Ha, otóż i dowiedzie! — Potem pytał: czy go lubi choć trochę? Pytał, prosił, zaklinał o odpowiedź, a ona milczała. Słowo nie mogło się wydrzeć ze skrytego serca; jej się zdawało, że on i bez tego wiedzieć powinien. A może on nic nie wie? Dręczyła go tyle czasu — może rad skończyć mękę? Może stracił nadzieję? Rękę jej, odchodząc, przycisnął do serca — kołatało szalenie. A ona nie pocieszyła go jednem słowem. A teraz go jej kula weźmie.
Przybyli na miejsce wpadli w wesołe, rozbawione grono rodziny. Jan odzyskał humor i werwę. Marszałek prawił dowcipy, wszyscy się śmieli. Wentzel był też w podnieconem usposobieniu — żartował, bawił całe towarzystwo. Mało jadł, ale pił bezustanku. Siedzieli obok siebie. Marszałek mrugał, Jan wnosił zdrowie drużek, pani Tekla nawet uśmiechała się łaskawie. Jedna Cesia spostrzegła troskę na twarzy Jadzi i po obiedzie spytała ją serdecznie:
— Co ci, Jadziu? Głowa boli?
— Boli — odparła niewyraźnie.
Oj, bo też ją bolało okropnie! Widziała jak po obiedzie Wentzel coś szeptał ze Stefanem, posyłali jakieś kartki, umawiali się tajemniczo, potem, jakby nic, wrócili do salonu.
Pod wieczór nowożeńcy pożegnali rodziców i gości. Rozjeżdżali się wszyscy. Pani Tekli nie było już; miała Jasia i Cesię przyjąć w Olszance chlebem i solą. Konie marjampolskie czekały na Jadzię. Dla Wentzla i Stefana stały posiodłane wierzchowce.
Hrabia ją przeprowadził do powozu. Zdobyła się wreszcie na zapytanie:
— Pan dziś będzie u babki?
— Nie, pani, nie mogę.
— A jutro?
— Nie wiem, co będzie jutro.
— Zapewne, może lepiej nie żegnać się — zamruczała raczej do siebie, niż do niego.
— Kto ma z kim żegnać się, to szczęśliwy — odparł, patrząc na nią błagalnie.
I znowu czarodziejskie słowo ugrzęzło w gardle — pokręciła głową. Łez miała pełne oczy.
— Niech pan będzie jutro — wyszeptała.
Ukłonił się, bo Stefan się zbliżył, powóz ruszył.
— No, to jedziemy? — spytał Żdżarski.
— Jedziemy! — zawołał z determinacją hrabia.
Skoczyli na konie i pognali w drugą stronę. Na trakcie spotkali Wolickiego i Jasienieckiego, zamienili parę słów i pojechali razem do dworku Głębockiego. Brama była tym razem nawpół otwarta i nigdzie stróża.
— Łotr, umyślnie urządził szykanę — ozwał się jeden.
Wentzel zatrzymał jakiegoś parobka.
— Gdzie wasz pan?
— W domu. Słyszą panowie? Strzela.
Istotnie rozlegał się głuchy huk w miarowych odstępach czasu.
— Powiedz panu, oto masz moją kartkę, że ten pan chce się z nim widzieć.
Chłop wziął bilet i poszedł. Młodzi ludzie zsiedli z koni i weszli na ganek.
W tejże chwili stary sługa otworzył im drzwi i ukłonił się.
— Pan prosi do siebie.
Weszli do pokoju dziwnie przystrojonego. Cale ściany obite były kartami, na których zamiast znaków świeciły dziurki od kul. Na drzwiach podobnież strzałami wypisany był rok i dwie daty, kilka obrazów po ścianach miało na sobie arabeski ołowiem kreślone. Zaduch prochu panował nieznośny. Głębocki stał u okna bez surduta, oczerniony sadzą, ohydny. Brodę zahodował po pas, włosy zapuścił jak mnich, wychudł jak trzaska. Nie zważając na obecność gości, nabijał pistolet.
Po minucie oczekiwania Wentzel wystąpił naprzód.
— Czy mogę prosić pana o chwilkę uwagi? — spytał.
Głębocki się obejrzał.
— Uważam — odparł.
— Przyjechałem tu spytać pana: z jakiego powodu strzelałeś pan dziś rano do mnie? Byłem bezbronny i mogłem odpowiedzieć panu tylko... biczem.
— Ja wcale do pana nie strzelałem, ale do gołębia. A że pan mi wlazł pod strzał, to nie moja wina. Wolnoć Tomku w swoim domku.
— Ach, tak! Nie strzelał pan do mnie... Przyjmuję tłumaczenie za słuszne. Zrobię tylko panu jedną jeszcze uwagę: że człowiek dobrze wychowany i przy zdrowych zmysłach nie strzela na swoim dziedzińcu w chwili, gdy przejeżdża osoba starsza i szanowana. Są to obyczaje nieprzyjęte w Europie.
Głębocki stanął frontem, pistolet trzymał w ręku.
— Połóż pan broń na stole — rzekł zimno Wentzel.
— Gdzie jest czterech na jednego, tam broń powinna być blisko.
Wszyscy poruszyli się z oburzeniem.
— Cóż to! Masz pan nas za zbójów? — zawołał Stefan porywczo.
— Kto z kim przestaje, takim się staje. Wstyd wam kolegować z podłym Szwabem, z pruskim szpiegiem!...
Nie dokończył. Rękawiczka Wentzla uderzyła go po twarzy. Zaryczał, podniósł pistolet i wystrzelił. Kula świsnęła koło ucha hrabiego, zerwała mu trochę włosów i ogłuszyła zupełnie. Obecni wydarli szaleńcowi broń — oniemieli wszyscy ze zgrozy. Croy-Dülmen pierwszy oprzytomniał.
— Dwa razy strzelałeś pan do bezbronnego; może i o tem znajdziesz jakie przysłowie.
— I owszem! — zaśmiał się dziko Głębocki — Kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada. Każ pan sobie zawczasu dół wykopać!
— Nie omieszkam z rady skorzystać. Czekam pana sekundantów, bo wojować obelgami nie zwykłem. Chodźmy, panowie!
Wyszli bez pożegnania. Gdy wsiadali na koń, słyszeli znowu raz po raz huk strzałów. Były to grzmoty przed burzą.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.