Mali mężczyzni/Rozdział ósmy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Louisa May Alcott
Tytuł Mali mężczyzni
Wydawca Ferdynand Hösick
Data wydania 1877
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zofia Grabowska
Tytuł orygin. Little men
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział ósmy.
Różne figle i zabawy.

Ponieważ jedyném zadaniem téj powieści, jest opis niektórych scen, wziętych z życia w Plumfield, dla rozrywki pewnych osóbek — opowiemy w tym rozdziale, w jaki sposób bawili się chłopcy pani Ludwiki. Wierzajcie mi, szanowni czytelnicy, że te zdarzenia są po większéj części wzięte z rzeczywistości, i że najdziwaczniejsze, są najprawdziwszemi — bo dorosła osoba, chociażby oddarzona była najżywszą wyobraźnią, nigdy nie zdoła wymyśléć tak zabawnych psot, jak te, co się zrodzą w twórczych mózgownicach dzieci.
Stokrotka i Adaś, niewyczerpani w tym względzie, żyli we własnym świecie, pełnym uroczych i komicznych istot, którym dawali najdziwaczniejsze nazwy, i bawili się niemi w najosobliwsze sposoby. Między innemi, wymyślili sobie niewidzialnego ducha pod nazwą „kot-myszki“ w którego wierzyli przez pewien czas, bojąc się go, i służąc mu. W największéj tajemnicy odbywali obrządki, rzadko wspominając o nim komu bądź. Nawet jedno przed drugiém, nie probowali go opisywać, co stanowiło szczególny urok, zwłaszcza dla Adasia, przepadającego za elfami i szatankami. Ta psotna kot — myszka, była bardzo kapryśną i wymagającą; Stokrotka służyła jéj z lękliwą przyjemnością i ślepo słuchała, choćby przykrego żądania, które zazwyczaj wygłaszały usta Adasia, obdarzonego wielką pomysłowością. Robcio i Teodorek bywali niekiedy przypuszczani do tych obrzędów, i bawiły ich one bardzo, chociaż nie rozumieli ani połowy.
Pewnego dnia, po skończonych lekcyach, Adaś szepnął do siostrzyczki, złowrogo kręcąc główką:
„Kot-myszka wzywa, byśmy się stawili dziś popołudniu.“
„Po co?“ zapytała niespokojnie.
„Na składanie ofiar,“ odrzekł uroczyście. „Musi być zrobiony ogień za dużą skałą, o drugiéj godzinie, i wszyscy zaniesiemy na spalenie, co tylko mamy najlepszego!“ dodał, groźnie naciskając na ostatnie słowa.
„Ach, mój Boże! ja lubię najlepiéj te papiérowe lalki, co ciocia Amelka wymalowała, czy także mam je spalić?“ wykrzyknęła Stokrotka, nieśmiejąc nigdy oprzéć się wymaganiom niewidzialnego ducha.
„Co do jednéj! Ja spalę okręt, najładniejsze album, i wszystkich żołnierzy,“ rzekł stanowczym tonem.
„Dobrze; ale to bardzo brzydko, żeby kot-myszka żądała od nas najpiękniejszych rzeczy,“ odparła z westchnieniem Stokrotka.
„Składać ofiary, znaczy: oddawać to, co się najlepiéj lubi, — więc musimy to zrobić.“ Tłumaczył Adaś, któremu zabłysł ten nowy pomysł, gdy wuj Fritz opisywał dużym chłopcom zwyczaje Greków.
„Czy Robcio także pójdzie?“ zapytała Stokrotka.
„Pójdzie i zabierze swoją wieś: będzie się doskonale palić, bo zrobiona z drzewa. Rozniecimy wielki ogień i będziem się przypatrywać, jak to płonąć będzie, dobrze?“
Ta świetna nadzieja pocieszyła Stokrotkę i jadła obiad z szeregiem papiérowych lalek przed sobą, uważając go za pożegnalną ucztę.
Ofiarnicze grono wybrało się o naznaczonéj godzinie i każde z dzieci zabrało z sobą skarby, żądane przez kot-myszkę. Teodorek naparł się pójść także, a widząc u wszystkich cacka, włożył pod jednę pachę beczące jagnię, pod drugę starą Anabellę, które to bóstwo nabawiło ich wielkiego strachu.
„Gdzie idziecie, pisklęta?“ zapytała pani Ludwika gromadki, przechodzącéj koło drzwi.
„Za dużą skałę; czy można?“
„I owszem, tylko nie chodźcie blisko stawu i uważajcie na maleńkiego.“
„Ja mam zawsze na niego oko,“ rzekła Stokrotka, prowadząc Teodorka z opiekuńczą minką.
„Usiądźcie wszyscy do koła i nie ruszajcie się, póki nie pozwolę. Ten płaski kamień jest ołtarzem, na którym rozniecę ogień,“ rzekł Adaś i rozżarzył płomyk, przyjrzawszy się na piknikach, jak się chłopcy do tego biorą. Gdy się już wszczął ogień, kazał chłopczyna całemu gronu obejść skałę trzy razy, a potém stanąć kołem.
„Ja zacznę, a jak się tylko moje rzeczy spalą, musicie przynieść swoje.“
Rzekłszy to, uroczyście położył najwpierw album z obrazkami, które sam malował, potém okręt rozbiérany, a w końcu nieszczęśliwych żołnierzy ołowianych. Żaden z nich nie zawahał się, ani się cofnął: począwszy od wspaniałego kapitana w czerwonożółtym mundurze, aż do małego dobosza, pozbawionego nóg. Wszyscy znikli w płomieniach i utworzyli kałużę z roztopionego ołowiu.
„Teraz twoja koléj, Stokrotko,“ zawołał wielki kapłan kot-myszki, gdy jego ofiary spłonęły, ku żywemu zadowoleniu dzieci.
„Moje drogie laleczki! jakże ja mogę je oddać!“ odezwała się płaczliwie Stokrotka, ściskając cały tuzin z macierzyńskim żalem.
„Musisz!“ rozkazał Adaś, a dziewczynka ucałowawszy każdą na pożegnanie, położyła rumiane lalki na żarzących się węglach.
„Pozwól mi zachować choć jednę, tę błękitną; — taka miluchna!“ rzekła błagalnie biédna mateczka, ściskając rozpaczliwie pozostały skarb.
Poszła jednak na ofiarę piękna, błękitna lalka w sukience z falbanami, w różowym kapeluszu — i pozostało z niéj tylko parę czarnych płatków.
„Poustawiaj drzewa i domy dokoła, i niech się same zajmą, to będzie prawdziwy pożar,“ rzekł Adaś, lubiący urozmaicenie w swych „ofiarach“.
Dzieci uszczęśliwione tym pomysłem, ustawiły wieś, ułożyły węgle na głównéj ulicy, a potém usiadły, żeby patrzéć, jak się palić będzie. Z powodu farby, zwolna obejmował ją ogień, lecz nareszcie zajęła się jedna chatka i podpaliła drzewo palmowe, które padło na dach obszernego domu; a w kilka minut, z całéj osady pozostały tylko zgliszcza.
Drewniana ludność stała, przyglądając się zniszczeniu, jakby gromada pieńków, czém téż była istotnie; aż nareszcie i ona spaliła się, nie wydawszy głosu. Dosyć czasu upłynęło, zanim się miasto obróciło w popiół; widzowie doskonale się tém bawili, krzycząc i tańcząc za każdym walącym się domem, jakby dzicy Indyanie, zwłaszcza téż gdy dzwonnica spadła, i gdy szamocącą się damę, sami wrzucili w płomienie. Ta ostatnia ofiara tak rozgorączkowała Teodorka, że zaraz rzucił w ogień baranka, a zanim się tenże zdołał upiec, posadził biédną Anabellę na gorejącym stosie. Ma się rozumiéć, że jéj się to nie podobało, i objawiła żal w sposób, który przestraszył małego niszczyciela. Będąc obszyta w skórę, nie zapaliła się, lecz co gorsza skwierczała. Najwpierw wykręciła jéj się jedna noga, potém druga, zupełnie jak u żywéj osoby, późniéj ręce podniosła w górę — jak gdyby z wielkiego bólu — głowa obróciła się na ramionach, oczy powypadały, i skręciwszy się jeszcze raz cała — padła czarną masą, na zgliszcza miasta. Ten niespodziéwany stan rzeczy przeraził wszystkich, a Teodorek ze strachu odszedł prawie od przytomności, i zaczął biedz ku domowi, wołając na całe gardło: „Mamusiu!“
Pani Bhaer usłyszawszy krzyk, pospieszyła na ratunek, ale maleńki zdołał tylko tulić się do niéj i bąkał niewyraźnie, urywanym głosem: „Biédną Bellę boli,“ „duzy odień“ i „wsystie lalti wzucone“. Obawiając się jakiego nieszczęścia, porwała go matka na ręce, i podążyła ku skale, gdzie zastała wszystkich czcicieli kot-myszki, płaczących nad zwęglonymi szczątkami ulubienicy.
„Coście wy zrobili? opowiedzcie mi wszystko,“ rzekła pani Ludwika, postanawiając sobie wysłuchać ich bez gniewu: mieli bowiem tak skruszone minki, że im z góry wybaczyła.
Adaś objaśnił ją z pewném pomięszaniem, a ciocia Ludka uśmiała się do łez, tak dzieci były uroczyste a ich zabawa niedorzeczną.
„Myślałam, żeście zbyt rozsądni, żeby się bawić tak głupio. Gdybym ja miała kot-myszkę, musiałaby dobrą być i żądać, żeby wasze gry były bezpieczne, zamiast być tak szkodliwemi. Patrzcie, co się narobiło przez to krzywd: Stokrotka już nie ma swych pięknych laleczek, Adaś żołnierzy, Robcio nowéj wsi, a biédny Teodorek ulubionego baranka i ukochanéj Anabelli.“
„Już tego nigdy nie zrobimy! doprawdy! doprawdy!“ wołali ze skruchą mali grzesznicy, bardzo zawstydzeni tą wymówką.
„Adaś nam to rozbić kazał,“ rzekł Robcio.
„Słyszałem jak wuj Fritz opowiadał o Grekach, którzy stawiali ołtarze, więc chciałem ich naśladować; tylko niemając żywych istot na ofiarę, popaliliśmy cacka.“
„To zupełnie historya z grochem,“ rzekła ciocia Ludka, śmiejąc się znowu serdecznie.
„Proszę ją nam opowiedzieć!“ odezwała się Stokrotka, żeby nadać inny obrót rozmowie.
„Bardzo dawno już temu, jedna biédna kobiéta miała troje czy téż czworo dzieci, i zamykała je zwykle na klucz, wychodząc na robotę, — a to dla tego, żeby im się co złego nie stało. Pewnego dnia, rzekła na odchodném: uważajcie, drogie dziatki, żeby maleńki nie wypadł oknem; nie bawcie się zapałkami i nie kładźcie grochu do nosków. Nigdyby dzieciom na myśl nie przyszło, zrobić coś podobnego, gdyby im sama tego nie nasunęła; więc téż zaledwie wyszła z domu, napakowali sobie pełne nosy grochu, żeby się przekonać, jak z tém będzie — i matka wróciwszy, zastała całą dziatwę płaczącą.“
„Czy to bolało?“ zapytał Robcio z tak żywą ciekawością, że pani Bhaer co prędzéj opowiedziała drugą powiastkę, z obawy, żeby się u niéj podobna rzecz nie powtórzyła.
„O bardzo bolało! wiem to dobrze, bo gdy moja matka opowiedziała mi tę historyę, tak byłam niedorzeczna, żem na sobie sprobowała. Niemając grochu, włożyłam w nos kilka kamyczków: wcale mi z tém nie było przyjemnie, i byłabym chciała zaraz je wyjąć, ale jeden ugrząsł głęboko, a tak się wstydziłam przyznać, jaka ze mnie gąska, że pomimo wielkiego cierpienia, chodziłam z nim kilka godzin. Nareszcie jak mi już bardzo ból dokuczył, powiedziałam mamie, która niemogąc sama wyjąć kamyczka, posłała po doktora. Posadzono mnie na krześle i trzymano mocno, mój Robciu, on zaś póty obracał szkaradnymi cęgami, póki kamyczek nie wypadł. Ach, jakże mnie ten biédny nosek bolał! Jak się ze mnie ludzie śmieli!“ rzekła pani Ludwika, kręcąc głową z przerażeniem.
Robcio widocznie doznał silnego wrażenia i wziął tę przestrogę do serduszka; Adaś uczynił wniosek, żeby pochować biédną Anabellę; Teodorek tak się przejął tym zamiarem, że zapomniał o przestrachu; Stokrotka wkrótce się także pocieszyła nową gromadką lalek, od cioci Amelki; a kot-myszkę musiała, zaspokoić ostatnia ofiara, bo ich przestała już dręczyć.
Następnie Tomek wymyślił nową zabawę, pod nazwą „brops“. Ponieważ to zajmujące zwierzę nie znajduje się w żadnym ogrodzie zoologicznym, — dla wiadomości ciekawych czytelników, wspomnę o niektórych jego cechach i obyczajach. Brops jest zwierzęciem czworonożném i skrzydlatém, z twarzą ludzką: młodą i wesołą. Gdy idzie, ziemia pod nim się trzęsie; gdy się wznosi w powietrze, wydaje przeraźliwy krzyk, podobnie jak sowa; niekiedy chodzi jednak prosto, i mówi poprawnym językiem. Zazwyczaj ma ciało przykryte czémś podobném do szala czerwonego, błękitnego lub téż pledu; a co dziwna, bropsy zamieniają się na skóry między sobą. Na głowie mają róg z brunatnego i twardego papieru; gdy fruwają, trzepoczą im u ramion skrzydła, z tegoż samego materyału. Nigdy nie odlatują daleko od ziemi, gdyż w takim razie, następuje zaraz gwałtowny upadek. Żują pokarm na czworakach, schyleni ku ziemi, ale umieją siedzieć prosto i jeść prędko, jak wiewiórki. Ich ulubioném pożywieniem są ciasteczka, jabłuszka, lub surowa marchew, w braku czegoś lepszego. Żyją po jaskiniach i w gniazdach bardzo podobnych do kosza od bielizny, w których małe bropsy figlują, póki im nie urosną skrzydła. Te osobliwe zwierzęta, kłócą się czasami pomiędzy sobą, i w takim razie mówią ludzkim językiem, przezywają się, płaczą, a niekiedy zdziérają z siebie rogi i skórę, wołając gniewnie, że się nie będą bawić. Szczupła garstka wybranych, którzy ich oglądali, mniema, że to być musi mięszanina małpy i sfinksa.
Dzieci bardzo lubiły tę zabawę, i młodsze skracały sobie dżdżyste popołudnia trzepocząc się i czołgając, w swoim pokoju. Wyglądały wówczas, jak mali waryaci, a ruchliwe były, jak węgorze. Prawda, że odzież pokutowała na tém, zwłaszcza spodnie na kolanach i łokcie u kurtek; ale pani Bhaer, naprawiając i cerując, mówiła tylko: „I my robimy rzeczy również nierozsądne, a szkodliwsze. Gdyby mię to tak bawiło, jak tę drogą dziatwę, sama gotowabym zostać bropsem.“
Alfred lubił najlepiéj uprawiać ogródek i siedząc na wierzbie, grać na skrzypcach. To wielkie gniazdo stanowiło dlań świat czarów, w którym przesiadywał, jakby swobodny ptaszek. Chłopcy nazywali go „Świergotkiem“, bo ciągle nucił, gwizdał, lub grał na skrzypcach, — i często przerywali zajęcie lub zabawę, żeby słuchać jego słodkich tonów, które się zdawały wtórować okiestrze powietrznéj. Ptaki, uważając go za jednego z pomiędzy siebie, siedziały śmiało na płocie albo na gałęzi, i wpatrywały się weń bystremi oczkami. Gile śpiewające na jabłoni, snać upatrywały w nim przyjaciela, gdyż najstarszy samiec łowił owady obok niego, a samica tak spokojnie wysiadywała błękitne jajeczka, jak gdyby stanowił tylko nową odmianę kosa i śpiewem rozweselał jéj cierpliwą pokutę. Ciemny strumyk szemrał i połyskał u nóg jego; pszczoły nawiedzały łąki zasiane koniczyną; przyjazne twarze przechodni zwracały się ku niemu i stary dom gościnnie wyciągał ramiona, — więc z błogiém uczuciem spokoju i szczęścia, marzył godzinami w tém ustroniu, nieświadomy zbawiennych zmian, jakie się w nim odbywały.
Miał on chciwego słuchacza, dla którego był czémś więcéj, niż prostym kolegą: biedny idyota, Karolek, lubił leżéć nad strumykiem, wpatrywać się w liście i w pianę uderzającą o brzegi, i słuchać z rozmarzeniem muzyki, odzywającéj się na wierzbie. Zdawało się, że widzi w Alfredzie anioła, który śpiéwa na wysokościach, bo wspomnienia z najmłodszych lat, tkwiące jeszcze w jego główce, odzywały się w takich razach. Zauważywszy to, pan Bhaer prosił Alfreda, żeby mu dopomagał, w usuwaniu mgły z tego wątłego mózgu. Ile razy Karolek dążył za nim, by się wsłuchiwać w muzykę, Alfred uśmiéchał się, rad że może czém okazać wdzięczność profesorowi, a zarazem przemawiać do biédnego dziecka językiem, jedynie dlań zrozumiałym. W Plumfield, ulubioném motto było: „pomagajcie sobie wzajemnie,“ i Alfred przekonywał się, ile uroku dodaje życiu, ta zasada wprowadzona w czyn.
Jakubek, największe miał upodobanie w ciągłych sprzedażach i kupnach. Widoczném było, że wejdzie w ślady swego wuja, wioskowego handlarza, który wszystkiém po trosze kupczył, i prędko dorabiał się piéniędzy. Widział chłopak, jak on dodaje piasek do cukru, wodę do melasu, szmalec do masła i tym podobnie, i był przekonany, że to jest w porządku rzeczy. Przedmiot jego handlu był zupełnie inny, ale ile tylko mógł, wyzyskiwał każdego robaczka i zawsze dobrze wychodził na targu, zamieniając się z chłopcami na postronki, nożyki, wędki, oraz inne rzeczy. Koledzy nazywali go „łapigroszem“; ale nie dbał o to, bo worek, w którym składał piéniądze, stawał się coraz cięższym.
Od czasu do czasu urządzał licytacyę, żeby wyprzedać wszystkie zapasy, lub pośredniczył chłopcom we wzajemnéj zamianie na różne przedmioty. Naprzykład, tanio nabywszy wolanty, piłki, bicze — odświeżał je i następnie odprzedawał drożéj. Niekiedy nawet puszczał się poza granice Plumfieldu, chociaż to było surowo zakazane. Pan Bhaer nie pozwalał na niektóre jego spekulacye i starał się go oświecić, że w handlu potrzebne są inne, wyższe umiejętności, nietylko zręczność w wyzyskiwaniu. Jego księga rachunkowa była prawdziwą osobliwością, taki miał dar do cyfr. Profesor chwalił go za to, i usiłował rozbudzić poczucie rzetelności i honoru; przyszła téż chwila, kiedy Jakubek przyznał mu słuszność, przekonawszy się, że trudno obejść się bez tych przymiotów.
Emil spędzał wolne chwile na rzece lub stawie; albo téż podżegał starszych kolegów do ścigania miejskich chłopaków, wkraczających czasem na ich grunta. Ponieważ jednak te gonitwy kończyły się zwykle porażką, nie wspominano o nich publicznie. Komandora ogarnęła skutkiem tego, taka niechęć do ludzi, że na seryo myślał usunąć się na jaką wyspę samotną, ale ponieważ jéj nie było w pobliżu, musiał zostać w miejscu i pocieszać się budowaniem szopy do statków morskich.
Dziewczęta miały odpowiednie swym latom rozrywki, upiększane żywą wyobraźnią. Najulubieńszą ze wszystkich, była zabawa w „panią Smith“: nazwisko to nadała ciocia Ludka, a przygody téj biednéj damy były wielce oryginalne. Stokrotka odgrywała ją samą, Andzia zaś jéj córkę lub niekiedy sąsiadkę, „Zawieruchę“. Żadne w świecie pióro nie zdoła opisać dziejów tych dwóch pań, bo w ciągu jednego popołudnia, zdarzały się narodziny, śluby, śmierci, wylewy wód, trzęsienia ziemi, herbaty proszone i napowietrzne podróże. Te przedsiębiorcze niewiasty odbywały miliony mil, ubrane w takie suknie i kapelusze, jakich na całym świecie nie widziano. Siedząc na łóżeczkach, rozpędzały się, jak ogniste rumaki, i podskakiwały, aż do zawrotu głowy. Napaści i pożary były ulubionymi wypadkami, a nawet dla odmiany urządzały niekiedy ogólną rzeź. — Andzia była niewyczerpaną w nowych pomysłach, Stokrotka zaś, stosowała się do niéj, ze ślepém uwielbieniem. Biédny Teodorek często padał ofiarą i nieraz trzeba go było bronić od prawdziwego niebezpieczeństwa, gdyż rozgorączkowane damy zapominały, że nie jest zrobiony z tego materyału, co ich lalki, aż nazbyt cierpliwe. Pewnego razu zamknęły go w więzieniu, to jest w szafie, i wybiegłszy bawić się na podwórze, całkiem o nim zapomiały. Inną razą o mało nie utonął w wannie, udając „ładniutkie cielątko morskie“, a co gorsza: pewnego dnia odcięto go w sam czas, gdy został powieszony jako złodziéj.
Ale najulubieńszą instytucyą był klub; nie potrzebował on żadnéj nazwy, bo drugiego nie było w okolicy. Starsi chłopcy założyli go sobie, a młodzi bywali tylko niekiedy doń przypuszczani za dobre sprawowanie. Tomek i Adaś zostali mianowani honorowymi członkami, ale ich zawsze jakoś musiano skłonić do wczesnego usunięcia się. Zwyczaje w tym klubie były osobliwe, gdyż oznaczano sobie rozmaite miejsca i godziny, na schadzki. Obrzędy i zabawy bywały dziwaczne, i od czasu do czasu burzono cały porządek, aby go znowu przywrócić, na trwalszych podstawach.
W dżdżyste wieczory, zbiérali się członkowie w klasie, żeby grać w szachy, w tryktrak, lub urządzać bójki, deklamacye, rozprawy, i tragiczne przedstawienia. W lecie schodzili się w stodole, lub w lekkich strojach siadali przy strumyku. Można powiedziéć, że mowy płynęły wówczas, bo skoro mówca nie podobał się, słuchacze zimną wodą gasili jego zapał. Franz jako przewodniczący, sprężyście strzegł porządku. — Pan Bhaer nie mięszał się nigdy w ich sprawy, a w nagrodę za tę roztropną wstrzemięźliwość, zapraszali go niekiedy, by się przyjrzał ich tajemnicom, które go bardzo bawiły.
Przybywszy do Plumfield, Andzia także zapragnęła należéć do klubu, co spowodowało wielkie wzburzenie i rozterki między członkami. Bezustanku podawała im prośby ustne lub pisane, przerywała uroczyste posiedzenia, lżyła ich przez dziurkę od klucza, bębniła we drzwi, albo pisała szydercze uwagi na murach i płotach, zaliczała się bowiem do „irrépressibles“. Ponieważ te nalegania okazały się bezowocnemi, dziewczęta, za radą pani Ludwiki, ustanowiły własną instytucyę, nazwaną „Grzecznym klubem“. Gościnnie zaprosiwszy młodzież wyłączoną z klubu nieprzyjacielskiego, przysposabiały tak smaczne kolacyjki i zajmujące rozrywki, że starsi chłopcy, jeden po drugim, objawiali chęć uczestniczenia w ich wykwintnych zebraniach. Wskutek wielu narad, uczynili nawet wniosek za wymianą objawów życzliwości. Odtąd członkowie „Grzecznego klubu“ bywali do nich zapraszani ku ozdobie zgromadzenia; damy zaś uprzejmie odpowiedziały na ich pojednawcze kroki, i obie instytucye kwitły długo i szczęśliwie.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Louisa May Alcott i tłumacza: Zofia Grabowska.