Strona:Mali mężczyźni.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Gdzie idziecie, pisklęta?“ zapytała pani Ludwika gromadki, przechodzącéj koło drzwi.
„Za dużą skałę; czy można?“
„I owszem, tylko nie chodźcie blisko stawu i uważajcie na maleńkiego.“
„Ja mam zawsze na niego oko,“ rzekła Stokrotka, prowadząc Teodorka z opiekuńczą minką.
„Usiądźcie wszyscy do koła i nie ruszajcie się, póki nie pozwolę. Ten płaski kamień jest ołtarzem, na którym rozniecę ogień,“ rzekł Adaś i rozżarzył płomyk, przyjrzawszy się na piknikach, jak się chłopcy do tego biorą. Gdy się już wszczął ogień, kazał chłopczyna całemu gronu obejść skałę trzy razy, a potém stanąć kołem.
„Ja zacznę, a jak się tylko moje rzeczy spalą, musicie przynieść swoje.“
Rzekłszy to, uroczyście położył najwpierw album z obrazkami, które sam malował, potém okręt rozbiérany, a w końcu nieszczęśliwych żołnierzy ołowianych. Żaden z nich nie zawahał się, ani się cofnął: począwszy od wspaniałego kapitana w czerwonożółtym mundurze, aż do małego dobosza, pozbawionego nóg. Wszyscy znikli w płomieniach i utworzyli kałużę z roztopionego ołowiu.
„Teraz twoja koléj, Stokrotko,“ zawołał wielki kapłan kot-myszki, gdy jego ofiary spłonęły, ku żywemu zadowoleniu dzieci.
„Moje drogie laleczki! jakże ja mogę je oddać!“ odezwała się płaczliwie Stokrotka, ściskając cały tuzin z macierzyńskim żalem.
„Musisz!“ rozkazał Adaś, a dziewczynka ucałowawszy każdą na pożegnanie, położyła rumiane lalki na żarzących się węglach.