Strona:Mali mężczyźni.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tylko niemając żywych istot na ofiarę, popaliliśmy cacka.“
„To zupełnie historya z grochem,“ rzekła ciocia Ludka, śmiejąc się znowu serdecznie.
„Proszę ją nam opowiedzieć!“ odezwała się Stokrotka, żeby nadać inny obrót rozmowie.
„Bardzo dawno już temu, jedna biédna kobiéta miała troje czy téż czworo dzieci, i zamykała je zwykle na klucz, wychodząc na robotę, — a to dla tego, żeby im się co złego nie stało. Pewnego dnia, rzekła na odchodném: uważajcie, drogie dziatki, żeby maleńki nie wypadł oknem; nie bawcie się zapałkami i nie kładźcie grochu do nosków. Nigdyby dzieciom na myśl nie przyszło, zrobić coś podobnego, gdyby im sama tego nie nasunęła; więc téż zaledwie wyszła z domu, napakowali sobie pełne nosy grochu, żeby się przekonać, jak z tém będzie — i matka wróciwszy, zastała całą dziatwę płaczącą.“
„Czy to bolało?“ zapytał Robcio z tak żywą ciekawością, że pani Bhaer co prędzéj opowiedziała drugą powiastkę, z obawy, żeby się u niéj podobna rzecz nie powtórzyła.
„O bardzo bolało! wiem to dobrze, bo gdy moja matka opowiedziała mi tę historyę, tak byłam niedorzeczna, żem na sobie sprobowała. Niemając grochu, włożyłam w nos kilka kamyczków: wcale mi z tém nie było przyjemnie, i byłabym chciała zaraz je wyjąć, ale jeden ugrząsł głęboko, a tak się wstydziłam przyznać, jaka ze mnie gąska, że pomimo wielkiego cierpienia, chodziłam z nim kilka godzin. Nareszcie jak mi już bardzo ból dokuczył, powiedziałam mamie, która niemogąc sama wyjąć kamyczka, posłała po doktora. Posadzono mnie na krześle i trzymano mocno, mój Robciu, on zaś póty obracał szkaradnymi cęgami,