Ludzie na morzu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Zbigniew Uniłowski
Tytuł Ludzie na morzu
Pochodzenie Kurier Literacko-Naukowy 1934, nr 25
Wydawca „Kurier Literacko-Naukowy”
Data wydania 18 czerwca 1934
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron


ZBIGNIEW UNIŁOWSKI.

LUDZIE NA MORZU.

Nie będę opisywał tła, które już wszyscy znają z mnóstwa beletrystycznych i naukowych książek. Ryby latające są, prawda. Z maleńkiego punkciku na horyzoncie smuży się cienka niteczka dymu. Owszem, smuży się, również może to szmaragd, to opal i wokół bezkresne dale i powietrze przeczyste. Także zgadzam się, że nasz wielki transatlantycki okręt, to jeno łupina na wodnych obszarach. Zbytne delfinki bawią się jak małe koteczki. Niebo i morze, a w środku my, ludzie.

Jak tylko wyruszyliśmy z Marsylji, emigranci z dołu, z trzeciej klasy, zaczęli rzygać. Okręt się chwiał trochę, ale mdłości powodował głównie okropny zaduch, wstrętna mieszanina woni jedzenia, ustępu i szpitala. Jedno mieści się obok drugiego i śmierdzi. I mnie znudziło, kiedy zeszedłem, aby obejrzeć to wszystko. Biedacy snuli się jak widmo potępieńcze, z ustami szeroko otwartemi niby ryby na piasku. Już wyżej, w drugiej klasie nikt nie chorował. Było mglisto, siepał deszcz, kilku pasażerów patrzało cielęco, bezradnie w stronę lądu, którego już nie było widać. Dwie kobiety i jeden starszy pan cicho popłakiwali z chusteczkami w garści. Sam czułem się kiepsko, a zresztą, co będę obnażał przed obcymi swoją duszę. Przykro było i kwita. Deszcz padał, paryski kacenjamer i ojczyzna, której uroków się nie doceniało, daleko. I z każdym obrotem śruby, dalej.
Jako pasażer pierwszej klasy, jestem w raju. Mogę sobie przejść przez czyściec drugiej do piekła trzeciej, wrócić, położyć się na łóżku w przestronnej kabinie, kazać sobie podać coś do picia i pogrążyć się w tępej i ckliwej abnegacji. Tak też zrobiłem. Za okrągłą szybą szarzało, przez okręt przechodziło delikatne ale denerwujące drżenie. Gdzieś, w głębi zajęczał gong, ale nic mnie to nie obchodziło. Dopiero kiedy elegancik w smokingu i lakierkach zjawił się w drzwiach i powiedział we francuskim języku, którego nie znam, że pora jeść obiad, wstałem i poszedłem, gdzie iść kazano. Luksus jest czemś, o czem niebardzo wypada pisać. Poco robić oskomę bliźnim. Jednak nastrój w jadalni sprawiał wrażenie mszy kulinarnej. Gdzieś dyskretnie przygrywała muzyczka. Smukli stewardzi w czerni i o twarzach bez wyrazu, nosili w małych naczyniach jakieś smaczne jedzonka. „Światło, miękkie mebelki, a robotnik, panie tego, do bruku przymarza“. Kto zna francuską kuchnię, ten wie, że można z ascety stać się smakoszem. Nie jest jednak powiedziane, aby mi miał smakować artiszok (karczoch — po rosyjsku artiszok). Przytem nie wiedziałem, jak się je takiego artiszoka. Postawiłbym go sobie na biurku raczej. Precz z artiszokiem, proszę porcję porc‘a. Siedem dań podlanych czerwonem winem wprowadziły mnie w kompletną kontemplację. Siedziałem po prawej ręce komendanta okrętu, prócz nas siedziało przy stole dwu lekarzy: włoski i francuski oraz szef mechanizacji. Komendant, piękny artretyk z bezwładną prawą ręką, rozmawiał ze mną po angielsku. Ta rozmowa, to była moja zemsta za artiszoka. To, co mówił, tak mniej więcej brzmiało w tłumaczeniu na polskie:
— Czy byłaś podobało ci się mego okręta? Po Dakarego jest tropika i neptun bal za ekwadora. Grać bridża umieć szef i włoska doktora.
— Dobrze, ale czegoś się nie nauczyłaś wo w angielskim mowa? Ty, stara kapitana!
Lekarz francuski jest łysy, natomiast całą twarz i tył głowy ma obrośnięte siwym puchem. Jego ręce nie są czyste i wyglądają jak poskręcane, brunatne korzenie. Granatowy mundur obsypany obficie łupieżem. Doktór ma figlarny, kościuszkowski nosek i ruchliwe, inteligentne oczy. Nie mówię po francusku, ale rozumiem to, co słyszę. Zorientowałem się, że doktor zachowuje się agresywnie wobec szefa mechanizacji. Dobrze wygolona, energiczna, z przystrzyżonym czarnym wąsem twarz szefa jest przyjemna oczom. Typowy Francuz, mówi ochryple i szybko bez litery R. Ma zwichrzoną, szpakowatą czuprynę, a czarne, żywe oczy dodają mu zadzierżystego uroku. Uśmiecha się, kiedy doktór mówi mu, że niema pojęcia o pięknej muzyce, że woli rumbę od Pucciniego czy Bizeta. Jeden wart drugiego, daruję im tę trójkę. Szef odpowiada, że przecież rumbę napisał Puccini, na co doktór czerwienieje, wypija haust wina i powtarza:
— Ach, skandal, skandal!
Bardzo źle, ale tak na miło, mówi po francusku włoski lekarz. Jest to sympatyczny grubas o wielkiej głowie i wysokiem czole. W ciągu kolacji powiedział kilka razy, że jest chory na serce. Bardzo lubi, kiedy szef i lekarz francuski przemawiają się. Wówczas popija wino i śmiejącym się wzrokiem patrzy na komendanta. Nastrój przy stole jest żartobliwy, zadowolenie wzrasta w miarę spożytych potraw. Rozglądam się po sali. Obok, przy stole siedzą trzy starsze panie i siwy, tęgi mężczyzna. Jedzą, ach, jak jedzą. Dolewają sobie wzajemnie, dokładają, odejmują, smakują. Obok nich, pod oknem, siedzi czterech mężczyzn. Wyróżnia się z pośród nich, czarny, krępy brzydal z głową, przypominającą szpulkę od djabolo[1]. Nad nadmiernie rozwiniętem czołem wichrzą się dwa czarne rożki włosów. Oczy jego wąskie i długie giną pod kępami czarnych brwi. Nos wielki, przypłaszczony. W miejscu kości policzkowych twarz się zwęża, by opaść ku dołowi potwornemi żuchwami o granatowem odcieniu. Czarna to postać, straszna. Naprzeciw niego siedzi laluś, cienki, komarzy, z czarnym, lśniącym od pomady łepkiem, o wielkim nosie i rozmarzonych, rzęsistych oczętach. Och, piszę tak o nim, bo mi późnej wlazł w paradę w związku z pewną blondyną z drugiej klasy. Marynareczkę ma najmodniejszą, burą, spodeńki czekoladowe, maleńkie stopki w lakierkach, czarny krawat z wielką perłą. Szykuś, ach, Boże! Gdzież mi tam do niego! O, widzę go teraz, jak się przechyla nad nią, tam, na pomoście. Ach, ty fryzjerczyku!
Siedzi z tymi dwoma dwu starszych panów. Jeden dystyngowany, powolny. Będzie za kilka dni kiepsko grał w bridża, bez zrozumienia subtelnych tajników tej gry. Drugi, taki sobie, ot, je! Idziemy dalej. Ojciec, matka i córka, troje Rumunów. Córka kudłata, miejscami brzydka, miejscami ładna. Matka uroczy potworek z perfidnym uśmieszkiem na pomarszczonej gębusi. Ojciec sympatyczny, tyczka. Lubi whisky. Pijemy sobie czasem, zwilżając naszą twardą angielszczyzną. A, jeszcze, córka pachnie potem. Dwoje ludzi siedzi przy małym stoliku. On wysoki, szczupły i zgrabny, z wielką tonsurą na głowie, może mieć trzydzieści pięć lat, nie więcej. Ona, starsza pani, z małemi zmarszczkami bez kosmetyków, włosy w kok, biała wstążeczką aksamitna na szyi, szara suknia, czarny bucik, okulary na nosie. Pewnie matka i syn.
Obok siedzi małżeństwo w średnim wieku, para Francuzów. On... o, nie będę się trudził: bardzo podobny do znanego aktora filmowego Harry Peela. Czyściusi, wypomadowany. Kiedy garson niesie potrawę, wysuwa koniuszek czerwoniusieńkiego języczka, niby filuterne zwierzątko, i patrzy na nią, i już z niej wzroku nie spuści, aż zje. I tak dalej. Ona wszystko trzyma w dwóch palcach, reszta wachlarz, arystokracja oddzielająca się od dwóch „czarnoraboczych“. Tego troszkę, tamtego ździebko, zagada mężusia, winka mu doleje, główkę przechyli. Nenufar, nie kobieta.
Reszta towarzystwa dość pospolita, nie ciekawa, bez koloru. Jeśli okręt zatonie, oni zatoną jak i wszyscy. Jeśli dojedzie szczęśliwie do brzegu, to oni powiedzą sobie, że szczęśliwie dojechali i każde pójdzie w swoją stronę. Strumyczek muzyczki sączy się przez lekki gwar jedzących. Jadalnia zatacza się nieco, garsoni zamieniają puste butelki na pełne. Obecni zdają się patrzeć w swoje żołądki. Merci, pardon, koniec, część idzie na spacer po pokładzie, część do palarni na kawę i papierosa. Mglisty wieczór, prute okrętem morze zawodzi spienioną falą. Z dołu, od emigrantów biegną dwie piosenki; mandolina i głos solo: pażalej ty mienia... a obok chór: Nie rzucim ziemi skąd nasz ród... Obco ocierają się te dźwięki o uszy trawiących i giną w ciemnicy. Cóż, rzucacie jednak tę ziemię, skąd wasz ród?
Posuwamy się teraz wzdłuż hiszpańskiego wybrzeża. Codzień inny port: Barcelona, Valencja, Taragon, Alicante, Malaga i wreszcie Kadyks, kraniec Europy. Wszystkim tym miastom poświęcę dużo miejsca w innej pracy, w każdym razie ten hiszpański czar, jest, uważam, mocno przereklamowany. Brud i lenistwo, to się widzi ciągle. W każdem z tych miast włóczyłem się po kilka godzin. Co z temi pięknemi Hiszpankami, u licha? Otyłe żydówki z czerwonemi, opuchniętemi rękami i nogami jak kloce! Ale o tem później. Teraz jest ciągle pogoda, dużo słońca. Powoli nawiązujemy kontakt z drugą klasą, zaczynają się romanse, wieczorne spacery. Rano wylegają na pokład drugiej klasy, niby ptactwo, szarytki w białych czepcach i inne, w czarnych chustach. Są to Francuzki, jadą do Montevideo. Między niemi dwu księży. Modlą się wszyscy. Różaniec przecieka między palcami. A wokół morze, roztocz ciemno­‑zielona.
Idę na górę, do baru. Aa, siedzi już szatanek. Tam się oddają Bogu, a on tu popija. Zaraz na drugi dzień podróży zauważyłem, że czarny brzydal, to skończony alkoholik. I to taki ponury, samotnik, sam sobie. O dziesiątej rano już siedzi w barze. W ciągu pół godziny wypija dwa kieliszki armaniaku. Potem chodzi naokoło, po pokładzie z rękami w kieszeniach i „gitaną“ w zębach. Co pewien czas wstępuje podrodze do baru, popije i dalej chodzi. O pół do dwunastej, na kilka minut przed śniadaniem, wypija spory coctail, poczem siada do stołu. Śpi do czwartej, potem kieliszek, spacer, kieliszek. Przed obiadem coctail. Cały wieczór, regularnie, w półgodzinnych odstępach, kieliszek armaniaku. Pali masę, kręci głową, czasem mówi do siebie. Ma wyraźny wstręt do ludzi, unika rozmowy. Wytwarza atmosferę beznadziejności. Wieczorem, kiedy czas się dłuży, żal i neurastenja oblepią duszę, a wspomnienia dręczą, wówczas na jego widok bierze chętka dać szpryngla w morze, albo jego wyrzucić, djabli wiedzą.
Podczas śniadania je się więcej niż wieczorem. Przed jedzeniem nie przystępuj do Francuza. Jest wtedy niedobry. Ha, ale po śniadanku! Już sam widok sprawia rozkosz. Siadamy właśnie do stołu, za oknami nikną brzegi Malagi. Przy stole czterech panów dość głośno rozmawiają. Zamawiamy potrawy, do karty menu przyczepiony jest program dzisiejszego koncertu. Wagner, Saint Saens i Bach. Doktór patrzy najpierw na program, jakgdyby tam sobie chciał coś wybrać. Szef, który nie może się doczekać karty, uśmiecha się szyderczo. Wreszcie doktór zamawia potrawy, przekrawa na dwie połowy bułkę, wygrzebuje z niej miękkisz i chrupie skórkę. Przy stole rumuńskiej rodziny wybucha, jak to mówią: „kaskada srebrzystego śmiechu“. Jest to dość głośna sprawa, więc wszyscy patrzą w tamtą stronę. Ach tak! Córeczka jest wyraźnie pijana, zatacza się poprostu w krześle. I śmieje się, śmieje. Trochę ją tam uciszają, zaczyna się muzyczka, jakaś znana melodja. Raptem przy stole czterech panów, gdzie już przed tem dość głośno rozmawiano, wybucha takie zdanie z ust naszego pijaczyny:
— Ja ją, panie, do wody powinienem wrzucić, jak zdechłą mysz!
Na to ów źle grający w bridża, starszy pan, zaczyna mu perswadować:
— Ale jakże to można, przecież to biedne, wylęknione stworzenie, omało nie umarło po tem, co jej pan powiedział. Te ordynarne słowa, ten ton. Poświęciła swe życie Bogu, można wierzyć, albo nie wierzyć, lecz przyznać musimy, że trzeba na to pewnego charakteru, tak się wszystkiego wyrzec...
Dziewczę znów zachichotało, wentylatory lekkim szmerem masakrowały powietrze. Zaczarowany muzyką, doktór smaruje powierzchnię bułki czosnkiem, potem wkrawa ją do sałaty. W tej chwili pijana dziewczyna przechyla się w stronę brzydala i mówi:
— Ale popołudniu da mi pan jeszcze, da, koniecznie.
Ale on coś mówi gwałtownie i nie odpowiada jej. Przy naszym stole odzywa się szef:
— To niezły fokstrot, tańczyłem go kiedyś w Marsylji przez całą noc.
Doktór się ocknął, oblał na twarzy szkarłatem, i prawieże krzyknął:
— Panie, to jest la danse macabre Saint Saensa, wstydziłby się pan podobne brednie wypowiadać!
Szef
zaniósł się śmiechem, przy stole czterech panów brzydal powiedział głośno:
— To czego się kręcą po pokładzie pierwszej klasy, co? Żeby chociaż jedna, ale tyle ich jest, mnie to drażni bardzo. I jeszcze ośmielają się krytykować mój tryb życia. Dobrze słyszałem, jak powiedziała: „O, idzie ten pijak“. Nie pozwolę, aby taka zakonnica interesowała się mną. Co?
Zanim powiedział to: co? wstał, położył serwetkę na stół i gwałtownie pociągnął nosem. Rzeczywiście na sali cuchnęło bardzo czosnkiem i wszyscy wąchali i rozglądali się wokół. Atmosfera muzyki, czosnku, wentylatorów, głośnej rozmowy i śmiechu dziewczyny rzeczywiście była ciężka. Pokłócony z szarytką Brazylijczyk wyszedł a za nim pofrunęły słowa roześmianej panny:
— Daj się napić calvadosa, popołudniu przyjdę do ciebie, dasz?!
Komendant wniósł lewą rękę do góry i powtarzał:
— Niesłychane, niesłychane!
Szef ukrył twarz w dłoniach i dławił się śmiechem. Gwar rósł pod rytm muzyki: taj, rarara, taj, tararara. Wszyscy zaczęli gwałtownie wstawać od stołu tak, że przy wyjściu powstał nawet mały tłoczek. Kiedy przedostałem się do swej kabiny, zobaczyłem, że twarz moja ma wyraz nieciekawy. Potem usnąłem ciężko i upalnie.
Dakar przypomniał mi nasz Mińsk Mazowiecki w czasie kanikuły. Tylko tutaj jest tak gorąco, że człowiek chodzi jak skołowaciałe bydlę, zlane potem. Czarni są wstrętnie bezczelni i antypatyczni. Nie wiem czy wszędzie, ale w Dakarze tak. O ile leniwy włóczęga hiszpański posiada i ździebko wdzięku i jakiś uśmiech, czarny robi wrażenie natrętnego zwierzaka. Samo miasto to przykra, pretensjonalna prowincja. Wogóle jakiegoś uroku na szlaku, który przejechałem, może się tylko doszukiwać nierób, z gatunku pięknoduchów, którzy na siłę wyciągną nawet ze śmietnika urodę. Dochodzę do przekonania, że my, Polacy, jesteśmy silną i wysokiej marki rasą. Kiedy wyjeżdżałem z kraju, byłem innego zdania. Ciekaw jeszcze jestem Ameryki Południowej.
Zaraz po Dakarze, zaczęły się na statku rozrywki z pod ciemnej gwiazdy. Pokazano nam film, nakręcany przed kilkunastu laty. Z podobnej bzdury nawet się uśmiać nie można. Łotr Drakson szantażował Marcelę Albani, aż wkońcu się wszystko wydało. W wyścigach drewnianych koników jest coś smutnie upokarzającego. Równie dobrze, moglibyśmy wszyscy usiąść wokół dużego stołu i rżnąć w „oko“ albo rzucać kośćmi. Dni się robią coraz gorętsze, ludzie łażą po pokładzie jak jakieś zewłoki, patrzą na siebie z podełba, a podczas spaceru zawracają, niechcąc się mijać. Najsympatyczniejsza z żywych, to kotka ze swem małem, jednotygodniowem kociątkiem. Jest to własność pokojówki, która troje małych wyrzuciła do morza a zostawiła sobie tę jedną, czarną niezdarę. Matka wyleguje się na środku kurytarza, wyciągnięta na grzbiecie, umęczona upałem. Małe wlecze się na brzuszku wzdłuż ściany, z wysuniętym języczkiem. Oba koty chorują z gorąca. — Czasem biorę je do kabiny i kładę do wentylatora. Odrazu ożywiają się, małe zaczyna się bawić. Tak mi na opiece kotami i pracy czas przechodzi. — Czasem gram w bridża. Wówczas obrońca szarytek dokazuje cudów złej gry. Dla brydżistów wspomnę tylko, że, mając małego szlema w ręku, licytuje dwa pik, a kiedy zapowiadam małego szlema, on na tem poprzestaje. Taki ostrożny, a gramy po dwa centimy punkt. Siedzę więc zrezygnowany, patrzę na to szerokie, ozdobione grzywkami bałwanów morze i myślę sobie, że dobrze byłoby puścić mojego partnera w kajaku między wesołe delfiny, możeby od nich i od morza przejął trochę fantazji. — Jest godzina czwarta, siedzimy sobie, jedni na leżakach, inni w fotelach, panie przy robótkach, czarnulek przy swej wódeczce, a my przy grze z naszym drogim, miłym monsieur Millot. Słoneczko, nie mogąc prażyć nas bezpośrednio, bo nad głowami mamy dach, śle nam wietrzyk, zalewający nas suchym ukropem. Z salonu sączą się dźwięki pianina: to francuski doktor torturuje Schuberta. Przypomina mi to nastrój warszawskiej kamienicy w niedzielne popołudnie. Starsza pani z białą aksamitką na szyi układa pasjansik. Co chwila rzuca spojrzenie z pod okularów na swego chłopca z tonsurą, który przy burcie rozmawia z kudłatą, małą Rumunką. Bo okazało się, że to nie syn lecz mąż. Kiedy sobie uświadamiam intymności tej pary, robi mi się nieswojo. Skończyliśmy trzeciego robra. — Udręczony nudą, ociekający potem wlokę się do kabiny, do tej mojej kuchenki, aby się jeszcze trochę podsmażyć. Jak w malignie, widzę dużo śniegu i sanki. Ach, żeby to sankami móc zajechać do Ameryki.
Któregoś rana obudził mnie hałas, jakieś porykiwania, okrzyki, bicie w gong. Patrzę w okno, aha, już wiem. To uroczystość przejazdu równika. Idzie więc Neptun ze swą małżonką, za nimi kolorowy orszak, a między czterema drabami z drewnianemi szablami kilku delikwentów w kostjumach kąpielowych. Nakładam szlafrok, z myślą, żeby całą tę szopę przeczekać w kabinie kąpielowej. Idę więc kurytarzem, wzdłuż ściany, pochylony, ostrożniusio, bo nie chcę, aby kilkudziesięciu gapiów miało ze mnie widowisko. Skradam się, jeszcze parę kroków przez pokład, i spokój w zacisznej kajutce. A tu za mną: hahah, haha! Chwyta mnie kilka rąk, pchają mnie, ściskają, prowadzą jak średniowiecznego opryszka na szubienicę. Jestem trochę zły, próbuję się wyrwać, szlafrok plącze mi się w nogach, a wokół śmiech, okrzyki w obcym języku, fircykowaty konsul pod rączkę z blondyną chwieją się przytulnie ze śmiechu, a ja, ordynus, nie znający się na żartach, idę jak uparty kozioł, z posępną miną, bo szlafrok mam na gołem ciele, bez zapięcia, przecież nie byłem przygotowany, a tu mi ręce trzymają. Wreszcie przyskakuje poczciwiec szef, odbiera mnie z rąk oprawców, opasuje mnie jakimś sznurem i łagodnie, jak cielaka prowadzi do basenu z wodą. Oprzytomniałem trochę i rozglądam się po roześmianym tłumie. Usadowili mnie na schodkach koło basenu, Neptun wypowiada jakąś formułę, jakiś człowiek z twarzą wymalowaną w różne znaki pacykuje mi twarz zamydlonym pędzlem, potem goli drewnianą brzytwą, raptem słyszę głos Neptuna: kaszalot, kaszalot! — Potem głośny wrzask, chwytają mnie za nogi, usta mam pełne słonej wody, cisza, spokój na dnie basenu. Wychylam zmoczony łeb na powierzchnię i patrzę złem okiem przed siebie. Ach, cieszą się, jak się cieszą. Poruszam się jak ryba w akwarjum, nie wiem czy wyjść i jak. Wreszcie w szlafroku oblepiającym me kształty, wygramolam się z fałszywym uśmieszkiem z basenu i drepcę jak zmoknięty szczurek pod ścianą do swej kabiny. Ojczyzno moja, jakżeś daleko!
Moje morskie imię jest Kaszalot. Pozwolono mi za to wygrać na „Cours de Chave aux“ trzydzieści franków, na obiad dano szampana i dużo świetnych potraw, wieczorem, po spektaklu z cholerycznym śpiewem i ładnemi tańcami, wręczono mi dokument, stwierdzający moje otarcie się o równik. A potem bal do trzeciej nad ranem.
Ciągle czekam, czy się coś nie stanie na okręcie. Jakaś awantura, konflikt, skandal. Poza niepokojącym śniadaniem z przed kilku dni, naco zresztą nikt, poza mną, nie zwrócił uwagi, nic się tutaj nie dzieje. — Mała wojenka, jaka się toczy przy stole między doktorem a szefem, jest moją główną rozrywką. Dzisiaj znów doszło do starcia. Szef jest kawalerem, a doktór ma żonę i siedmioro dzieci.
— Ożenię się, żeby ktoś inny używał, gdy ja będę w podróży, dziękuję — powiada szef.
— Co, co pan mówi? Jak ja mam to rozumieć? Niech pan nie zapomina, że żona nosi moje nazwisko i zdaje sobie z tego sprawę!
— Miałem na myśli swoją ewentualną żonę, a nie pańską, pańska mnie nie obchodzi!
— Dobry z pana Francuz! Żyć tak z dnia na dzień, bez domu i bliskiego serca.
— Mnie wystarczy własne serce, jest mi najbliższe, drogi doktorze.
— Włos ma pan przyprószony siwizną!
— Tembardziej nie mogę się żenić. Jednym się przyprósza, drugim wypada przed przyprószeniem, różnie bywa!
— Ha, coś takiego!
I doktór nerwowo kręci obrączkę ślubną na palcu.
Doktór pali fajkę lub długie, toskańskie cygara, które dzieli na połowę. Nie powinno się palić w jadalni, toteż pod koniec jedzenia palacze obserwują nas, czekając, aż doktór, zagadawszy się, pierwszy zapali. — Czasem jest agresywny, innym znów razem zgaszony, w milczeniu wysłuchuje przymówek szefa. Zdarza się też, że obaj są w dobrych humorach i wtedy dowcipkują już bez złośliwości. Najchętniej mówią o zwierzętach, kpiąc bezlitośnie z kota, ptaka czy psa. A, że tam jeden kogut kiedyś zainteresował się kaczką, a ta go zabrała na swym grzbiecie na środek stawu i zapowiedziała, że wrócą, jeśli kogut będzie przez cały dzień pełnił swą powinność miłosną, a kiedy wrócili, kogut zdechł, hahaha!
Takie i podobne bzdury opowiadają. Jednak sposób mówienia, uplastycznianie gestykulacją, mimika, są tak śmieszne, że siadam do stołu, jak na komiczne przedstawienie. Doktór to cichy, skromny artysta bez teki. Maluje, owszem. W jego kabinie wisi pastelowy portret żony, morze o zachodzie słońca i kilka jeszcze obrazków, które trzeba wybaczyć doktorowi, ze względu na jego zachwyt nad polskiemi piosenkami. Zebrał się taki mały chór wśród emigrantów i śpiewają różne polskie piosenki, przeważnie wiejskie, bardzo nastrojowe i melodyjne. Doktor słucha i wyraźnie wzrusza się, informuję go jak mogę swoją koszmarną francuszczyzną.
Jutro przyjeżdżamy do Rio de Janeiro. Postaram się kiedyś opisać ten wyjazd ze względu, że Rio jest podobno najpiękniejszą zatoką na świecie. Szkoda, że tak bogate tło z ludzi i natury, jakie jest na tym statku, zmarnuje się. Właściwie cała ta historja jest bez końca, zakończenie poprostu nie istnieje. Wszyscy wysiądą na brzeg i rozejdą się, najprawdopodobniej nigdy się z nimi w tym samym komplecie nie spotkam. Gdyby okręt utonął, a ja wyszedłbym z tej sprawy cało, mógłbym przedstawić żywy, kolorystyczny obraz. Toby była dobra pointe‘a. Ale dobry Bóg, dla miernej fantazji pisarskiej, nie dopuści do tego i wszystkich nas, swą bezgranicznie miłosierną dłonią wysadzi na brzeg, abyśmy żyli, dopóki nie pomrzemy. Trudno, nie mogę nic zmyślać, chciałem jak najlepiej.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Gra zręcznościowa polegająca na przesuwaniu i kontrolowaniu szpulki w kształcie klepsydry na sznurku rozpiętym między dwoma pałeczkami.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zbigniew Uniłowski.