Ludzie bezdomni/Praktyka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Ludzie bezdomni
Data wydania 1937
Wydawnictwo Wyd. J. Mortkowicza
Drukarz Towarzystwo Wydawnicze
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
PRAKTYKA.

Proroctwo doktora Płowicza co do dalszych losów Judymowych spełniło się o tyle, że istotnie tablice z wyszczególnieniem godzin przyjęcia umocowane zostały nietylko na drzwiach mieszkania doktora Tomasza, ale także u wejścia do sieni kamienicy, w której zamieszkał. Szyldy te opiewały, że doktór przyjmuje w godzinach popołudniowych, między piątą a siódmą. Całe ranki spędzał w szpitalu na oddziale chirurgicznym, gdzie pełnił obowiązki asystenta. Stołował się, jak za czasów studenckich, na mieście, a od godziny piątej, stosownie do wskazań, spiżowemi literami wyrytych na tablicach, siedział w »gabinecie« aż do siódmej. Nie pozwalał sobie ani najdrobniejszego przekroczenia godziny piątej, tem mniej wydalania się przed siódmą. Już w chwili wynajęcia lokalu zdecydował, że trzymać się będzie tego przepisu jak najściślej, to też wykonywał go ze skrupulatnością nieubłaganą, odtrącając wszelkie impulsy i mamidła przez wzgląd na kształcenie w sobie charakteru, a osobliwie wytrwałości. Prawda, że w ciągu miesiąca września, października, listopada, grudnia, stycznia i lutego, nie zjawił się w tem mieszkaniu ani jeden pacyent, ani jeden »kulawy pies, niosący w zębach rubla«, jednak nie upoważniało to wcale do zrywania tablic, a tem mniej do jakichkolwiek przerw i uchybień w kształceniu woli. Było i jest rzeczą wiadomą, że początki praktyki i t. d. To też doktór Tomasz czekał niezachwianie.
Lokal składał się jak gdyby z trzech pokojów. Największy z nich (właśnie »gabinet«) oddzielony był sienią od znacznie szczuplejszego, który stanowił »poczekalnię«. Zarówno sień, jak poczekalnia przepołowione były forsztowaniami, pierwsza na sień i pseudo kuchnię, druga na poczekalnię właściwą i, jeżeli godzi się tak go nazywać, pokój sypialny. Cały apartament mieścił się na dole, od frontu, co zaopatrywało go wprawdzie w turkot ulicy Długiej, oraz w wilgoć, ale za to pozbawiało światła dziennego. Co się tyczy umeblowania, to doktor Judym żywił i wprowadzał w czyn mniemanie radykalne: Poco — myślał — mam meblować mieszkanie — cui bono? Czy mój pacyent zyska co na tem? Czy może ja zapomocą kanap i obrazów zyskam pacyentów? Bynajmniej!
Co postanowił, to wykonał, a raczej nie wykonał w tem mieszkaniu nic prawie. W »gabinecie« stał stolik, przykryty bibułą, na nim kałamarz, pióro i papier do pisania recept. Obok stolika czekały cztery drewniane stołki. Przy ścianie nudziła się stara sofa, obita czemś wzorzystem.
W »poczekalni« mogło się rozsiąść wygodnie co najmniej pięciu pacyentów. Była tam kanapa, dwa fotele, parę stołków, Tygodnik illustrowany, pojedyncze numery różowego czasopisma Głos i jakiś impresyonistyczny rysunek w ramkach na ścianie. Wszystkie te meble z wyjątkiem naturalnie Tygodnika, Głosu i rysunku, kupione zostały za gotówkę na ulicy Bagno w pewnym, bardzo renomowanym składzie bardzo »hrabskich« mebli. Podłogi zostały świeżo pomalowane olejną farbą, w przedpokoju umieszczono lustro (wszystko ku wygodzie i niezbędnej potrzebie pacyentów). Co prawda lustro miało właściwości szczególne. Pacyent najbardziej trzeźwo usposobiony, mógł dostać pomieszania zmysłów, ujrzawszy w tej tafli szklanej swe oblicze... Nos ukazywał się tam zawsze rozdęty, jak kolba dubeltówki, jedno oko w czole, a drugie tuż przy prawej dziurce nosa, usta literalnie od ucha do ucha i nad podziw imitujące buzię nosorożca. Obowiązki gospodyni mieszkania, służącej, a zarazem portyerki, któraby na pierwszy odgłos dzwonka otwierała drzwi pacyentom, przyjęła niejaka pani Walentowa, małżonka wędrownego bednarza. Mieszkała w suterynie tego samego domu, a tuż pod »gabinetem« doktora Judyma, co w znacznej mierze ułatwiało komunikowanie się za pośrednictwem walenia obcasem w ziemię. Pani Walentowa, było to babsko stare, grube, skręcone przez rozmaite suterynowe »łamania«, niewątpliwie żłopiące »monopol« w dużej ilości, aczkolwiek w sekrecie, — jednem słowem »grzmot« warszawski.
Jako wyręczycielka »mamy« spełniała czynności mniej więcej piętnastoletnia córka, dosyć ładne dziewczątko, czekając tylko odpowiedniego wieku, ażeby wyjść na ulicę z ciemnicy suterynowej.
Te białogłowy zagospodarowały się w mieszkaniu doktora Tomasza z taką wszechwładzą, że mowy być nie mogło ani o ukróceniu ich praw, ani tem mniej o jakiejś zmianie trybu postępowania. Wyrzec się ich usług nie było możności, gdyż zaczynały obydwie ryczeć jednym strasznym bekiem, wzywając na świadectwo głód, chłód, nędze, bóle, łamania... Procesować się o wszelkie rzeczy ginące nie wypadało, gdyż zaklinały się z miejsca na tyle i takich sakramentów, że chyba człowiek, wyzuty ze wszelkiej delikatności, mógłby je podejrzewać o krzywoprzysięstwo. Co się działo ze świecami, z naftą, węglem kamiennym, cukrem, chlebem, herbatą, masłem, ze składowemi częściami garderoby męskiej i t. d. — to jest wieczną tajemnicą. Każdy prawie przedmiot kupiony za pieniądze tyle istniał w świecie zjawisk rzeczywistych, o ile figurował w rachunku. Poza tem bytował tylko w imaginacyi Judyma, podsycanej przez niektóre ze zmysłów. Świec nabytych nigdy, literalnie nigdy nie było. Wstępując nocną porą w progi domowe, doktór Tomasz zawsze lazł omackiem i nadaremnie szukał zapałek, lichtarza, lampy... Że jednak świece rzeczywiście w mieszkaniu egzystowały i płonęły, o tem świadczyła wielka obfitość kropel zastygłej stearyny nie tylko na lichtarzu, na podłodze, na obiciu kanapy, stołków, na prześcieradłach łóżka, ale także dziwnym zbiegiem okoliczności na ineksprymablach i żakietach wiszących w szafie na klucz zamkniętej. Lampa była wiekuiście wewnątrz pusta z upalonym knotem, ale za to niewątpliwie naftą pooblewana ze strony zewnętrznej i cuchnąca tem szlachetnem paliwem z odległości pięciu kroków, co w każdym razie wskazywało, że co kupiono, to wylewano ze szczodrobliwością. Cukru i bułek dr. Tomasz nigdy w szafie nie znalazł, choćby się z głodu wił pod jej drzwiami, natomiast niezamiecione okruszyny słały się wszędzie, a szczególniej w łóżku... Jedna poręcz wyścielanej otomany, kupionej za gruby pieniądz, wkrótce okryta została jakimś szczególniejszym tłuszczem, a druga uczerniona szuwaksem i zwalana błotem, jak to mówią, do cna. Wyobraźnia doktora widziała niby w biały dzień na jednym z wałków cennego mebla wypomadowaną głowę panny Zośki, a na drugim oparte tejże Zośki »kopyta« (wyobraźnia widziała mianowicie »kopyta« — nie nogi). Stolik świeżo »na moje sumienie« politurowany, kiedy go kupowano w sklepie, był wkrótce zbiorowiskiem okrągłych śladów, wymownie świadczących o tem, że jednakże samowar doktorski produkuje znakomity wrzątek. Z początku dr. Tomasz usiłował wytworzyć stosunek pełen życzliwości, braterski. Nim upłynął miesiąc, już walczył, a w listopadzie był zwyciężony i wzięty do niewoli. Odtąd, jeżeli nawet zastał Zośkę wylegującą się na kanapie z »kopytami« obarczonemi błotem, jeżeli nawet spostrzegał Walentową, żłopiącą herbatę z arakiem przy stole obficie zastawionym jego wiktuałami, stosował jedynie możliwą, aczkolwiek mało skuteczną metodę włoską: guarda e passa. Nie było innej rady... Zamykał się w swym »gabinecie«, a resztę mieszkania oddawał in direptionem...
W godzinach przyjęcia doktór Tomasz nie ośmielał się czytać książek. Siedział za swym stolikiem wyprostowany i czekał. Tak było we wrześniu, w październiku... Z czasem pozwolił sobie na czytanie gazet w pozie już to siedzącej, już leżącej. Przy końcu grudnia tegoż roku czytanie gazet odkładał w ciągu doby na godziny przyjęć, a po nowym roku zaczął znosić do gabinetu na te właśnie godziny rozległe utwory Zoli, Jokaja, Dumasa, Lama. W sieni zawsze o tej porze siedziała Walentowa na wyścielanem krzesełku z nogami okręconemi jakimś grubym wojłokiem. Z początku tak zwanej wizyty, baba kaszlała, stękała, wzdychała na świadectwo czuwania, — w środku stopniowo zacichała, a wkrótce potem dawało się słyszeć tęgie chrapanie. Bywały dnie takie, że w ciągu drugiej części programu rozlegał się rumor i łoskot: Walentowa w trakcie drzemki zlatywała z chwiejnego krzesła. Po każdym takim wypadku doktór musiał jej dawać kopiejki na arak, gdyż przysięgała na wszelkie świętości, że to słabość z głodu i czczości tak nią rzuca o ziemię. Kilkakrotnie wzywano młodego eskulapa do mieszkańców domu w raptownych wypadkach zasłabnięć przeważnie poniedziałkowej natury. Raz w jesieni przyszedł stary introligator z sąsiedniej kamienicy, zadzwonił, zbudził Walentową i narobił istnego piekła. Judym badał go, stukał, pukał, wyginał, kładł na sofie, gniótł, oglądał ze wszystkich stron i wypuścił, rozumie się, bez pobrania honoraryum. Po tem zdarzeniu nastała cisza, trwająca dobre dwa miesiące. Pewnego dnia w marcu, znowu w godzinie przyjęć dał się słyszeć cichy głos dzwonka. Walentowa otwarła drzwi i wpuściła małą, chudą damę w czerni, o twarzy wywiędłej, suchej i mizernej.
Przybyła spytała o doktora Judyma i, powziąwszy wiadomość, że jest u siebie, weszła do gabinetu.
— Pacyentka, jak mi Bóg miły!... — jął myśleć doktór Tomasz i doznał ciepłego uczucia na samą myśl o pierwszym rublu, zapracowanym we własnym apartamencie.
Dama wśród ukłonów obustronnych zajęła miejsce i rozejrzała się po umeblowaniu.
— Pani dobrodziejka jest cierpiąca? — zapytał doktór.
— O, tak, panie konsyliarzu... Od lat, od całego szeregu lat...
— I jakież to cierpienie?
— Gdybyż to jedno! Cały szereg chorób, które inną osobę, mniej wytrzymałą, dawnoby wpędziły do grobu.
— Ale główna, zasadnicza?
— Czy ja wiem, panie konsyliarzu. Zapewne wątroba...
— Wątroba... Otóż...
— Bo to jakaś duszność, bezsenność, kaszel, bóle...
— Więc są bóle? I to w tej okolicy?
— Ach, jakie bóle! Język ludzki wyrazić tego nie jest w stanie!
— Bóle... rozdzierające, uczucie rozdzierania, nieprawdaż?
— Tak, bywa i to. Nieraz budzę się rano, to jest, podnoszę się rano, przepędziwszy noc bezsenną, i jestem tak upadająca...
— Proszę pani, apetyt?
— Ale któżby na to wszystko zwracał uwagę, panie konsyliarzu, któżby przykładał swoje cierpienia do tego, co znosi nieszczęśliwa ludzkość.
— Patrzajcież... — myślał Judym — a to co znowu?
— Zapewne pan konsyliarz słyszał... — zaczęła dama, poprawiając się na krześle i przyciskając do piersi swoją torebkę, — o naszem stowarzyszeniu, którego celem jest nawracanie dziewcząt, pojmuje pan konsyliarz, złego prowadzenia się...
Tu dama spuściła oczy i zaczęła patrzeć w kąt gabinetu.
— Nic a nic nie słyszałem... — rzekł Judym.
— Otóż... celem naszego stowarzyszenia jest — po pierwsze.
I jazda! Minęło pół godziny, trzy kwadranse, godzina... Dama bez przerwy mówiła o celach stowarzyszenia. Na początku drugiej godziny zaczęła mówić o środkach, a właściwie o braku środków.
Gdy upłynęło mniej więcej sześć kwadransów od chwili zaczęcia tej dyskusyi, nastąpiła wreszcie prośba o wsparcie zasiłkiem stowarzyszenia, które i t. d.
Doktór bez wahania wyjął rubla papierowego, położył go na stole i rozprostował palcami. Dama niezwłocznie wzięła datek, zapisała coś w karneciku i znowu wśród słów biblijnych, ukłonów, uśmiechów i dziękczynień wionęła za drzwi.
Walentowa po wyjściu kwestarki dostała wściekłego kaszlu. Doktorowi, gdy stał na środku gabinetu i świstał przez zęby, wydało się, że »grzmot«, który, rozumie się, podpatrywał przez dziurkę od klucza, pęka ze śmiechu, że się dusi i parska...
Takie były w krótkim zarysie dzieje początkowe karyery doktora Judyma. Resztki funduszu zostawionego przez ciotkę, wyczerpały się, kredyt u sklepikarzy był poderwany, a przyszłość nadchodziła mglista. Od chwili wypowiedzenia niefortunnej lekcyi o pauperyzmie w salonach doktora Czernisza, Judymowi było w świecie lekarskim nijako. Nie mógł się skarżyć na to (nie miał prawa), żeby ktokolwiek odsunął się od niego, czy świadomie stronił, ale czuł dokoła siebie próżnię i wyziębłe miejsce. Starsi i młodsi koledzy witali go, jak dawniej, uprzejmie; byli tacy, co może nawet niżej kłaniali mu się kapeluszami, ale w powietrzu drgała rada: bierz manatki, filozofie, i ruszaj w świat, bo tu nic nie wysiedzisz...
Doktor Tomasz rozumiał to sam znakomicie, że w organizmie żywym uczepił się, jak obce ciało, które tamuje krążenie krwi pulsującej. Gdyby się był zbliżył do ludzi wybitnych, zasięgnął ich wskazówek, odwiedzał ich, jako gość i domownik, stałby się wkrótce jednym z trybów tej maszyneryi i zyskał klientelę. Rozumiał to wszystko bardzo pięknie, widział, jakby być mogło, coby należało zrobić, ale dzikie myśli i uparte trzymanie się tego, co one już spłodziły, powstrzymywały go od zmiany trybu postępowania.
Zdecydował się iść drogą, którą sobie był obrał, no, i szedł, rzecz prosta, w niezupełnie całych butach.
W tym czasie (przy końcu marca) wczesnym rankiem przybiegła Wiktorowa z wiadomością o mężu. Rozpowiadała, jak co było głosem z płaczu oślizgłym blizko godzinę, a później, wymieniwszy wszelkie szczegóły skrupulatnie, zabrała się i odeszła do swej fabryki.
Doktór długo siedział w mieszkaniu, pełen myśli iście marcowych. Wszystko szło dziwnie źle, opacznie, piętrzyło się, jak zator kry na rzece, tamując bieg życia. Rozmyślał o tem, że musi obecnie pomagać bratowej, utrzymywać i ją i całą familię w zastępstwie Wiktora, gdyż zostawić ten obowiązek wyjątkowo na barkach biednej kobiety — nie było możności. Tymczasem finanse były w stanie opłakanym. Pełen gorzkich myśli udał się Judym do swego szpitala. Wyszedł stamtąd wcześniej, niż zwykle, czuł bowiem w sobie jakąś niemoc wewnętrzną, przeszkadzającą mu w pracy. Ze wstrętem powlókł się do mieszkania Wiktora. Zastał tam tylko ciotkę, która coś pod oknem ścibała, i dzieci, dokazujące w sąsiedniej izbie. Ciotka miała oczy przekrwione od płaczu, usta zacięte, nos jeszcze bardziej ostry. Przywitała go wzrokiem pełnym niechęci, prawie odrazy. Zawsze na niego krzywo patrzyła, jako na pupila i spadkobiercę siostry swej, którą przed laty okropnemi słowami wyklęła... Teraz, widać, zawziętość wzmogła się i dosięgła ostatniej granicy.
Judym nie zwracał na starą uwagi. Usiadł w kącie i sennem okiem przypatrywał się izbom, dotąd nieuporządkowanym. Widok zdziczałych dzieci nasunął mu myśl, żeby teraz, kiedy nic lepszego nie ma do roboty, zająć się edukacyą tych siostrzeńców. Wziął na spytki chłopca i przekonał się, że urwis czyta jako tako, choć z ciężkiem stękaniem, ale poza tem ani be, ani me. Owa sztuka czytania było to dzieło ciotki, która teraz z pod oka patrzyła na praktyki Judymowe. Karola zaledwie umiała rozróżnić litery.
Był prawie zmrok, kiedy doktór stamtąd wyszedł. Brnął z nastawionym kołnierzem, ze wzrokiem upadłym, pełen wewnętrznej nudy i lenistwa. Odruchowo, nie widząc ani ludzi, ani ulic, żeglował w stronę cukierni, gdzie czasami czytywał dzienniki. Na rogu, szybko skręcając w dzielnicę ludniejszą, zetknął się z doktorem Chmielnickim.
— O, cóż to kolega tak siarczyście maszeruje? — zawołał grubas, — o małoście mię nie uszkodzili...
— Ja? Ale gdzież tam, — idę...
— Widzę, widzę, — do chorego.
— Akurat! — parsknął Judym na całe gardło.
— Nie do chorego? — spytała chluba miasta Chmielnika z odrobiną ironii w głosie.
— Nie mam wcale chorych! — rzekł Judym i wyciągnął rękę na pożegnanie.
— Zaraz, czekajcie chwileczkę! Jeżeli wam do zdechlaków nie pilno, to dlaczegóż nie uciąć gawędki?
— Kiedy zimno. Chodź kolega na kawę, to będziesz gadał, a ja posłucham.
— Dobra! Idę na świeżego Kuryera, akurat mam odrobinę czasu.
Poszli ulicą i wkrótce zasiedli przy marmurowym stoliku w pięknej cukierni. Dr. Chmielnicki wyładowywał ze siebie półgłosem rozmaite świeże »kawały«, z wielkim objektywizmem wciągając do tej seryi »kawały«, gdzie jego rodacy prezentowali się nieszczególnie. Judym śmiał się z anegdot, ale tym śmiechem warg, w którym oczy nie biorą żadnego udziału i który zbyt przeczulona subtelność narratora mogłaby poczytywać za impertynencyę. W trakcie jednej ze szczególnie jakoby paradnych historyjek, »czerkies« z nienacka zapytał:
— Ale, ale, możebyście wyjechali na prowincyę?
— Czego? — krzyknął dr. Tomasz.
— Nic, nic! Ja tu mam misyę wyszukania asystenta dla mojego kolegi Węglichowskiego, który jest dyrektorem zakładu w Cisach. Jeśli wy nie chcecie, to trzeba będzie szukać kogoś innego. Na śmierć zapomniałem...
— No to ja nie pojadę na prowincyę.
— To nie jest jakaś ordynarna prowincya, jakieś Kurozwęki (choć to stamtąd niedaleko), ani tym podobny Łagów. Uchowaj Boże!
— Nie jadę do Kurozwęk, ani nawet do Łagowa.
— Ach! Czy ja was biorę za kołnierz i ciągnę do Łagowa? Mówię tylko, relata refero. Niezwłocznie obraza! Rozumie się, że wy nie możecie tam jechać. Jakto? Być w Paryżu u Lucas Championier’a i potem jechać do Cisów. To przecie nonzens.
— Spodziewam się, że to nietylko »nonzens«, ale nadto nonsens.
— Bez wątpienia. No, ale nie idzie za tem, żebyśmy nie mieli deliberować nad kwestyą obsadzenia asystentury u tego kochanego Węglicha.
— Co to znaczy słowo Węglich?
— Węglichowski jest moim kolegą z Dorpatu. Mieszkaliśmy razem. Tęgi lekarz... mógłby z niego być, gdyby nie to, że ten człowiek zawsze wszystko brał lekko. Nie lubi czytać — ot co jest. A od chwili znanego przewrotu w medycynie warszawskiej, kto nie czyta, kto nie pozuje na uczonego, ten musi szukać jakichś Cisów. Znasz kolega Cisy?
— Nie znam. Słyszałem o tem coś... To w Kieleckiem, zdaje się...
— Aj, »zdaje się«... Jak można takich rzeczy... »Cudze rzeczy znać dobrze, a swoje potrzeba!«
— Kolega mi aplikuje niniejszą sentencyę, w sensie admonicyi, czy tylko jako wzór krajowego przysłowia?
— Doskonale, paradnie! Ale wracając do Węglicha...
— Ach, z tym Węglichem...
— Ależ posłuchajcie! Wy tam młodsi znacie się między sobą, łatwiej możecie wskazać odpowiedniego człowieka. Miejsce wcale niezłe. Dają tam sześćset rubli...
— Fiu — fiu...
— Pyszny lokal i całe utrzymanie.
— A cóż trzeba robić?
— Zwyczajne rzeczy. Głupstwa. Latem zjeżdża się dosyć chorych, więc pospołu z innymi lekarzami trzeba się nimi zająć. Kąpiele, uważacie, wanny, natryski — o takie rzeczy. Figle w gruncie rzeczy, a w okolicy praktyka, jak sto tysięcy dyabłów. To nie jest byle co. Może kto z waszych znajomych skusi się na te Cisy.
Judym zamyślił się, kazał sobie podać jeszcze jedną filiżankę kawy, wypił ją duszkiem, odstawił i rzekł do Chmielnickiego:
— No, dobrze, ja mogę jechać na to miejsce.
— A co? Nie powiedziałem! Pyszna myśl!
— Gdzież jest ten doktor Węglichowski?
— Jest właśnie w Warszawie i jutro zgłosi się do was.
— No to już może ja do niego?
— A dlaczego? Przyjdzie do was. O której godzinie?
— Między piątą a siódmą.
— Tam u was, na Długiej?
— Na Długiej.
— Dobra!
Dr. Chmielnicki zapisał sobie coś w notesiku, patrząc do jego wnętrza lewem okiem, jak przez lupę, złożył gazetę na sąsiednim stoliku, gdzie właśnie jakaś »piękna Iza« szczerzyła zęby do wymokłego lowelasa, i podał Judymowi prawicę.
— A więc do jutra! Świetna myśl...
— Zobaczymy... — mruknął doktór Tomasz, zwieszając głowę.
Gdy dr. Chmielnicki zniknął, pogrążył się w rozmyślaniach:
— Tak, tak... Trzeba dokądś iść, to darmo. Wiktorowa się nie wyżywi, a i ja czyż długobym potrwał z taką sumą pacyentów, jak obecnie. Pojadę. Może nie na zawsze, może na rok, na dwa. Może, gdy wrócę będzie, do stu tysięcy dyabłów, co innego.
Za powrotem do domu, w nocy i następnego dnia bez przerwy myślał o wyjeździe. Żałował Warszawy całem sercem. Porzucenie jej było dla niego tem przykrzejsze, że sam był z urodzenia łykiem, mieszczuchem, znającym wieś z wycieczek letnich, z romansów, opowiadań ustnych, z rysunków. O tem, jak się to zimą mieszka wśród tych pól olbrzymich, po których zamieć tańcuje, nie myślał nigdy. Teraz to wszystko snuło mu się przed oczyma i przygnębiało.
Nazajutrz o godzinie piątej zasiadł w swym fotelu i spokojnie oczekiwał kataklizmów, mających nastąpić. Minęły zaledwie dwa kwadranse, gdy dzwonek mocno szarpnięty zadrżał jakby ze strachu i począł krzyczeć na starą o roztwieranie drzwi co rychlej. Wszedł do mieszkania i zapytał o Judyma pan nizkiego wzrostu w zniszczonych bobrach. Gdy doktór Tomasz wybiegł na jego spotkanie, usłyszał oczekiwane nazwisko:
— Węglichowski.
Był to człowiek lat pięćdziesięciu kilku, nizki, bodaj za mały, chudy, kościsty. Należał do rasy jędrnych, zdrowych, zwinnych staruszków, którzy prawie nie zmieniają się w ciągu piętnastu, dwudziestu lat, od czasu, gdy posiwieli. Twarz miał przyjemną, o rysach regularnych, ze skórą rumianą, koloru wypieczonego chleba. Z natury krótka, kędzierzawa broda, bieluteńka jak mleko i takież wąsy zdobiły ją harmonijnie i dopełniały mile barwę twarzy, nadając obliczu wyraz szczególnego wdzięku. Mimowoli witało się tę głowę myślą: jaki to przystojny, jaki ładny staruszek! Włosy na jego skroniach, zupełnie tak samo białe, jak broda, srebrzyły się dokoła łysiny. Nadewszystko uderzały oczy. Właśnie uderzały. Czarne, jak tarki, błyskotliwe, mieniły się od postrzeżeń, znamionując rozum, a raczej spryt pierwszorzędny. Dr. Węglichowski ubrany był w skromne, czarne suknie, które na nim dziwnie dobrze leżały. Jego zwykły, stojący kołnierzyk, czarny, nie modny krawat, były w harmonijnej zgodzie z całą postacią, a jednocześnie wskazywały na dbałość o siebie, daleką od elegancyi, na czyściuchowstwo, które stało się przywarą, nałogiem, prawem.
Wszedłszy do gabinetu, doktór Węglichowski zmierzył badawczem wejrzeniem (wcale nie ukradkiem, ani przelotnie) wszystkie sprzęty, usiadł na podanem krześle zdala od stolika, strzepnął jakąś prószynkę z klapy surduta, zmrużył powieki i wlepił w Judyma swe mądre oczy. Ten doznał bardzo niemiłego uczucia przymusu, a raczej podwładności wobec tego człowieka, którego pierwszy raz w życiu widział i z którym był mocen rozejść się bez zwłoki. Poznanie wewnętrzne mówiło mu, że nie mógłby władać tym staruszkiem zapomocą żadnej siły: ani zapomocą pieniędzy, ani zapomocą siły nauki. Jakby dla skasowania tej obserwacyi twarz dra Węglichowskiego rozwidnił grzeczny uśmiech:
— Przyjaciel mój z czasów dorpackich, doktór Chmielnicki, mówił mi, że kolega zgodziłbyś się wyjechać z Warszawy w charakterze asystenta...
Słowa te brzmiały miękko i cicho.
— Tak, wspomniałem koledze Chmielnickiemu... — odrzekł Judym, bez własnej woli i wiedzy tym samym tonem, — chociaż zależałoby to od wielu okoliczności.
— Zależałoby od wielu okoliczności... Kochany panie.... Czy znasz kolega Cisy?
— Nie, ani trochę, tak dalece, że wczoraj nie umiałem powiedzieć, gdzie, w jakiej gubernii, w jakiej okolicy kraju leżą te Cisy.
Dyrektor Węglichowski milczał przez taką akurat chwilę, jaka mogła w sobie zawrzeć zdanie: Dziwi mię, że się tem chwalisz...
— Czemu chcesz wyjechać z Warszawy, kochany panie? — rzekł głośno.
— Dla bardzo prostej przyczyny: nie mam tu z czego żyć.
— Z czego żyć... — powtórzył doktór Węglichowski, jak echo takim głosem, jakby nietylko racya wydała mu się zupełnie wystarczającą, ale nadto jakby położenie młodego lekarza bez praktyki uważał za całkiem wzorowe i z prawem zgodne.
— Zresztą, — ciągnął doktór Tomasz niechętnie, — są jeszcze inne powody. Nie chcę ich ukrywać przed panem. Miałem tu w jesieni roku zeszłego odczyt, który jest wyrazem moich stałych i niezmiennych przekonań, a który nie podobał się ogółowi lekarzy. Nie mam nadziei, żebym kiedykolwiek mógł tutaj stworzyć sobie możność jakiejś szerszej działalności.
Dyrektor nie spuszczał z Tomasza oka, gdy ten mówił frazesy powyższe. Oczy jego nietylko przypatrywały się twarzy mówiącego, ale wywłóczyły zeń prawdę, jak magnes rusza i ciągnie z ich miejsc martwo leżące opiłki żelaza. Po długiej chwili takiego indagowania wzrokiem dr. Węglichowski rzekł:
— Wiem o tem. Opowiadano mi tę historyjkę ze wszelkimi szczegółami. Wiedziałem o niej, gdym się tu wybierał. Kochany pan byłeś w Paryżu?
— Byłem.
— Rok z górą?
— Tak jest.
— No i mówisz po francusku?
— Mówię.
— Płynnie, wykwintnie, po parysku?
— Czy tak znowu po parysku, tego twierdzić nie mogę. Mówię z zupełną swobodą.
— Z zupełną swobodą... Czy nigdy nie zdarzyło ci się widzieć za granicą urządzeń kąpielowych? Naprzykład hydropatycznych, wanien?...
— Owszem, widziałem to w Paryżu, a szczególniej w Szwajcaryi, w Albis, w Baden, na Righi i w innych miejscach. Jeździłem tam ze znajomym, pewnym inżynierem z górnictwa, który tułał się po takich zakładach. Wyciągnąłem go z ogródka systemu Kneippa w Zürichu i woziłem z miejsca na miejsce. Znudziło mię to prędko, więc zostawiłem go na pastwę kąpielowym w doskonałem Righi Kaltbad.
— Kaltbad... Doskonałem... Proszę kochanego pana, czy możesz mi określić, jakie jest twoje usposobienie, czy lubisz towarzystwo, tańczysz, bawisz się?
Judym musiał powtórzyć sobie w myśli to pytanie, ażeby przedewszystkiem samemu sobie zdać sprawę, jakie właściwie jest jego usposobienie.
— Zdaje mi się... — rzekł ze śmiechem, — że dosyć lubię towarzystwo, tylko nie bardzo umiem być człowiekiem miłej zabawy, gdyż pochodzę...
— Kochany panie, wiem, skąd pochodzisz i dlatego tu przyszedłem... — przerwał dyrektor głosem szorstkim, i patrząc mu w oczy tak prosto, jakby w tym wzroku i brzmieniu mowy istotna prawda zamknięta była. — Lekarz, kochany panie, ma w herbie lancet. Zresztą, o czemże to mówimy! Czy znasz warunki utrzymania w Cisach?
— Nie znam.
— Otóż są takie: lokal, światło, opał, całkowite utrzymanie, usługa, konie i t. d. Pensyi sześćset rubli rocznie. Prócz tego możesz czynić użytek z gabinetu i narzędzi do praktyki osobistej zimą, latem zaś urządzisz sobie ambulatoryum w specyalnym budynku poza parkiem. Istnieje tam nadto mały szpitalik także poza parkiem w dominium pani Niewadzkiej. Bo nie wiem, czy wiesz, że egzystuje zakład Cisy i majątek tegoż nazwiska, własność pani Niewadzkiej.
— Pani Niewadzkiej? — zapytał Judym, oszołomiony mnóstwem tych wiadomości.
— Tak jest. Stara babina, bardzo uczynna, kochany panie, bardzo... Matrona...
— Czy ta pani nie podróżowała w roku zaprzeszłym, czy nie była we Francyi?
— Była, a jakże, z wnuczkami.
— Z dwiema wnuczkami i nauczycielką?
— Tak, z panną Podborską. Skądże wiesz o tem, kochany panie?
— Ależ bo je spotkałem... Jeździłem z nimi do Wersalu.
Staremu dyrektorowi oczy się zaświeciły.
— Widzisz, kochany panie, to ładnie się składa. Nasza dziedziczka będzie zadowolona, gdy w nowym asystencie pozna towarzysza wycieczki. Co się tyczy lekarskiej strony Cisów, to ta przedstawia się, jak następuje.
Tu dr. Węglichowski rozwinął przed Judymem historyę tej instytucyi: pierwsze lata istnienia, rozkwit, później prawie zupełny upadek, blizkość ruiny całego przedsięwzięcia, zmiany różnych zarządów, a wreszcie swój w całej sprawie współudział. Na odchodnem wydobył z bocznej kieszeni surduta sprawozdanie roczne na ozdobnym welinie z widokami, mapą, tablicą i wręczył je Judymowi.
— To wszystko, co mogę powiedzieć na razie. Rozważ to, panie kochany, rozpatrz się. Kiedyż mógłbyś mi dać decyzyę ostateczną?
— Dam ją, dam ją... jutro.
— Jutro, o tej samej porze?
— Tak, ale to już ja zgłoszę się do szanownego kolegi.
— Proszę, proszę... W mieszkaniu Chmielnickiego. Więc o tej porze?
— O tej porze...
— Żegnam cię kochany panie i życzę: przynieś mi jutro zgodę.
Doktór Węglichowski wyciągnął rękę z życzliwym uśmiechem i przez chwilę zatrzymał w niej dłoń Judyma. Później prędko się oddalił.
Było ciemno. Judym nie kazał babie przynosić światła i po wyjściu dyrektora błądził zamyślony z kąta w kąt gabinetu. Już się zdecydował na wyjazd. Rozpoczynał jak gdyby nową stronicę życia. Czasami błąkał się w jego myślach zgryźliwy frazes: filister zabiera się do robienia karyery, filister, filister, — lecz szybko ta gorzka nuta ginęła w cichej rozkoszy, jak tęsknota ściskająca piersi. W mroku napływającym do pokoju zdawały się być z nim uśmiechy dziewicze i śliczne twarze, już prawie zapomniane, uparcie wymykające się od schwycenia ich wyobraźnią, jakby między ciemnemi drzewami szły w przestworze. Ukazywały się i cofały w ciemny obłok. Tam jedna z nich w ramie bujnych, czarnych włosów, twarz biała, tak biała, że zdaje się światło naokół rozlewać.
Oto druga: — szczupła, delikatna. Chowa w sobie milczącą a szaloną namiętność, która porywa, która wypełnia duszę zapachem, rozkoszą i westchnieniami...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.