Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


szczególnie jakoby paradnych historyjek, »czerkies» z nienacka zapytał:
— Ale, ale, możebyście wyjechali na prowincyę?
— Czego? — krzyknął dr. Tomasz.
— Nic, nic! Ja tu mam misyę wyszukania asystenta dla mojego kolegi Węglichowskiego, który jest dyrektorem zakładu w Cisach. Jeśli wy nie chcecie, to trzeba będzie szukać kogoś innego. Na śmierć zapomniałem...
— No to ja nie pojadę na prowincyę.
— To nie jest jakaś ordynarna prowincya, jakieś Kurozwęki (choć to stamtąd niedaleko), ani tym podobny Łagów. Uchowaj Boże!
— Nie jadę do Kurozwęk, ani nawet do Łagowa.
— Ach! Czy ja was biorę za kołnierz i ciągnę do Łagowa? Mówię tylko, relata refero. Niezwłocznie obraza! Rozumie się, że wy nie możecie tam jechać. Jakto? Być w Paryżu u Lucas Championier’a i potem jechać do Cisów. To przecie nonzens.
— Spodziewam się, że to nietylko »nonzens«, ale nadto nonsens.
— Bez wątpienia. No, ale nie idzie za tem, żebyśmy nie mieli deliberować nad kwestyą obsadzenia asystentury u tego kochanego Węglicha.
— Co to znaczy słowo Węglich?
— Węglichowski jest moim kolegą z Dorpatu. Mieszkaliśmy razem. Tęgi lekarz... mógłby z niego być, gdyby nie to, że ten człowiek zawsze wszystko brał lekko. Nie lubi czytać — ot co jest. A od chwili znanego przewrotu w medycynie warszawskiej, kto nie czyta, kto nie pozuje na uczonego, ten musi szukać jakichś Cisów. Znasz kolega Cisy?