Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nika, listopada, grudnia, stycznia i lutego, nie zjawił się w tem mieszkaniu ani jeden pacyent, ani jeden »kulawy pies, niosący w zębach rubla«, jednak nie upoważniało to wcale do zrywania tablic, a tem mniej do jakichkolwiek przerw i uchybień w kształceniu woli. Było i jest rzeczą wiadomą, że początki praktyki i t. d. To też doktór Tomasz czekał niezachwianie.
Lokal składał się jak gdyby z trzech pokojów. Największy z nich (właśnie »gabinet«) oddzielony był sienią od znacznie szczuplejszego, który stanowił »poczekalnię«. Zarówno sień, jak poczekalnia przepołowione były forsztowaniami, pierwsza na sień i pseudo kuchnię, druga na poczekalnię właściwą i, jeżeli godzi się tak go nazywać, pokój sypialny. Cały apartament mieścił się na dole, od frontu, co zaopatrywało go wprawdzie w turkot ulicy Długiej, oraz w wilgoć, ale za to pozbawiało światła dziennego. Co się tyczy umeblowania, to doktor Judym żywił i wprowadzał w czyn mniemanie radykalne: Poco — myślał — mam meblować mieszkanie — cui bono? Czy mój pacyent zyska co na tem? Czy może ja zapomocą kanap i obrazów zyskam pacyentów? Bynajmniej!
Co postanowił, to wykonał, a raczej nie wykonał w tem mieszkaniu nic prawie. W »gabinecie« stał stolik, przykryty bibułą, na nim kałamarz, pióro i papier do pisania recept. Obok stolika czekały cztery drewniane stołki. Przy ścianie nudziła się stara sofa, obita czemś wzorzystem.
W »poczekalni« mogło się rozsiąść wygodnie co najmniej pięciu pacyentów. Była tam kanapa, dwa fotele, parę stołków, Tygodnik illustrowany, pojedyucze