Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


numery różowego czasopisma Głos i jakiś impresyonistyczny rysunek w ramkach na ścianie. Wszystkie te meble z wyjątkiem naturalnie Tygodnika, Głosu i rysunku, kupione zostały za gotówkę na ulicy Bagno w pewnym, bardzo renomowanym składzie bardzo »hrabskich« mebli. Podłogi zostały świeżo pomalowane olejną farbą, w przedpokoju umieszczono lustro (wszystko ku wygodzie i niezbędnej potrzebie pacyentów). Co prawda lustro miało właściwości szczególne. Pacyent najbardziej trzeźwo usposobiony, mógł dostać pomieszania zmysłów, ujrzawszy w tej tafli szklanej swe oblicze... Nos ukazywał się tam zawsze rozdęty, jak kolba dubeltówki, jedno oko w czole, a drugie tuż przy prawej dziurce nosa, usta literalnie od ucha do ucha i nad podziw imitujące buzię nosorożca. Obowiązki gospodyni mieszkania, służącej, a zarazem portyerki, któraby na pierwszy odgłos dzwonka otwierała drzwi pacyentom, przyjęła niejaka pani Walentowa, małżonka wędrownego bednarza. Mieszkała w suterynie tego samego domu, a tuż pod »gabinetem« doktora Judyma, co w znacznej mierze ułatwiało komunikowanie się za pośrednictwem walenia obcasem w ziemię. Pani Walentowa, było to babsko stare, grube, skręcone przez rozmaite suterynowe »łamania«, niewątpliwie żłopiące »monopol« w dużej ilości, aczkolwiek w sekrecie, — jednem słowem »grzmot« warszawski.
Jako wyręczycielka »mamy« spełniała czynności mniej więcej piętnastoletnia córka, dosyć ładne dziewczątko, czekając tylko odpowiedniego wieku, ażeby wyjść na ulicę z ciemnicy suterynowej.