Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i narzędzi do praktyki osobistej zimą, latem zaś urządzisz sobie ambulatoryum w specyalnym budynku poza parkiem. Istnieje tam nadto mały szpitalik także poza parkiem w dominium pani Niewadzkiej. Bo nie wiem, czy wiesz, że egzystuje zakład Cisy i majątek tegoż nazwiska, własność pani Niewadzkiej.
— Pani Niewadzkiej? — zapytał Judym, oszołomiony mnóstwem tych wiadomości.
— Tak jest. Stara babina, bardzo uczynna, kochany panie, bardzo... Matrona...
— Czy ta pani nie podróżowała w roku zaprzeszłym, czy nie była we Francyi?
— Była, a jakże, z wnuczkami.
— Z dwiema wnuczkami i nauczycielką?
— Tak, z panną Podborską. Skądże wiesz o tem, kochany panie?
— Ależ bo je spotkałem... Jeździłem z nimi do Wersalu.
Staremu dyrektorowi oczy się zaświeciły.
— Widzisz, kochany panie, to ładnie się składa. Nasza dziedziczka będzie zadowolona, gdy w nowym asystencie pozna towarzysza wycieczki. Co się tyczy lekarskiej strony Cisów, to ta przedstawia się, jak następuje.
Tu dr. Węglichowski rozwinął przed Judymem historyę tej instytucyi: pierwsze lata istnienia, rozkwit, później prawie zupełny upadek, blizkość ruiny całego przedsięwzięcia, zmiany różnych zarządów, a wreszcie swój w całej sprawie współudział. Na odchodnem wydobył z bocznej kieszeni surduta sprawozdanie roczne na ozdobnym welinie z widokami, mapą, tablicą i wręczył je Judymowi.