Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— To wszystko, co mogę powiedzieć na razie. Rozważ to, panie kochany, rozpatrz się. Kiedyż mógłbyś mi dać decyzyę ostateczną?
— Dam ją, dam ją... jutro.
— Jutro, o tej samej porze?
— Tak, ale to już ja zgłoszę się do szanownego kolegi.
— Proszę, proszę... W mieszkaniu Chmielnickiego. Więc o tej porze?
— O tej porze...
— Żegnam cię kochany panie i życzę: przynieś mi jutro zgodę.
Doktór Węglichowski wyciągnął rękę z życzliwym uśmiechem i przez chwilę zatrzymał w niej dłoń Judyma. Później prędko się oddalił.
Było ciemno. Judym nie kazał babie przynosić światła i po wyjściu dyrektora błądził zamyślony z kąta w kąt gabinetu. Już się zdecydował na wyjazd. Rozpoczynał jak gdyby nową stronicę życia. Czasami błąkał się w jego myślach zgryźliwy frazes: filister zabiera się do robienia karyery, filister, filister, — lecz szybko ta gorzka nuta ginęła w cichej rozkoszy, jak tęsknota ściskająca piersi. W mroku napływającym do pokoju zdawały się być z nim uśmiechy dziewicze i śliczne twarze, już prawie zapomniane, uparcie wymykające się od schwycenia ich wyobraźnią, jakby między ciemnemi drzewami szły w przestworze. Ukazywały się i cofały w ciemny obłok. Tam jedna z nich w ramie bujnych, czarnych włosów, twarz biała, tak biała, że zdaje się światło naokół rozlewać.