Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


panie konsyliarzu, któżby przykładał swoje cierpienia do tego, co znosi nieszczęśliwa ludzkość.
— Patrzajcież... — myślał Judym — a to co znowu?
— Zapewne pan konsyliarz słyszał... — zaczęła dama, poprawiając się na krześle i przyciskając do piersi swoją torebkę, — o naszem stowarzyszeniu, którego celem jest nawracanie dziewcząt, pojmuje pan konsyliarz, złego prowadzenia się...
Tu dama spuściła oczy i zaczęła patrzeć w kąt gabinetu.
— Nic a nic nie słyszałem... — rzekł Judym.
— Otóż... celem naszego stowarzyszenia jest — po pierwsze.
I jazda! Minęło pół godziny, trzy kwadranse, godzina... Dama bez przerwy mówiła o celach stowarzyszenia. Na początku drugiej godziny zaczęła mówić o środkach, a właściwie o braku środków.
Gdy upłynęło mniej więcej sześć kwadransów od chwili zaczęcia tej dyskusyi, nastąpiła wreszcie prośba o wsparcie zasiłkiem stowarzyszenia, które i t. d.
Doktór bez wahania wyjął rubla papierowego, położył go na stole i rozprostował palcami. Dama niezwłocznie wzięła datek, zapisała coś w karneciku i znowu wśród słów biblijnych, ukłonów, uśmiechów i dziękczynień wionęła za drzwi.
Walentowa po wyjściu kwestarki dostała wściekłego kaszlu. Doktorowi, gdy stał na środku gabinetu i świstał przez zęby, wydało się, że »grzmot«, który, rozumie się, podpatrywał przez dziurkę od klucza, pęka ze śmiechu, że się dusi i parska...