Strona:PL Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni 01.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Takie były w krótkim zarysie dzieje początkowe karyery doktora Judyma. Resztki funduszu zostawionego przez ciotkę, wyczerpały się, kredyt u sklepikarzy był poderwany, a przyszłość nadchodziła mglista. Od chwili wypowiedzenia niefortunnej lekcyi o pauperyzmie w salonach doktora Czernisza, Judymowi było w świecie lekarskim nijako. Nie mógł się skarżyć na to (nie miał prawa), żeby ktokolwiek odsunął się od niego, czy świadomie stronił, ale czuł dokoła siebie próżnię i wyziębłe miejsce. Starsi i młodsi koledzy witali go, jak dawniej, uprzejmie; byli tacy, co może nawet niżej kłaniali mu się kapeluszami, ale w powietrzu drgała rada: bierz manatki, filozofie, i ruszaj w świat, bo tu nic nie wysiedzisz...
Doktor Tomasz rozumiał to sam znakomicie, że w organizmie żywym uczepił się, jak obce ciało, które tamuje krążenie krwi pulsującej. Gdyby się był zbliżył do ludzi wybitnych, zasięgnął ich wskazówek, odwiedzał ich, jako gość i domownik, stałby się wkrótce jednym z trybów tej maszyneryi i zyskał klientelę. Rozumiał to wszystko bardzo pięknie, widział, jakby być mogło, coby należało zrobić, ale dzikie myśli i uparte trzymanie się tego, co one już spłodziły, powstrzymywały go od zmiany trybu postępowania.
Zdecydował się iść drogą, którą sobie był obrał, no, i szedł, rzecz prosta, w niezupełnie całych butach.
W tym czasie (przy końcu marca) wczesnym rankiem przybiegła Wiktorowa z wiadomością o mężu. Rozpowiadała, jak co było głosem z płaczu oślizgłym blizko godzinę, a później, wymieniwszy wszelkie szczegóły skrupulatnie, zabrała się i odeszła do swej fabryki.