Kurjer carski/Część druga/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Kurjer carski
Data wydania 1926
Wydawnictwo Bibljoteka Groszowa
Drukarz Drukarnia Bankowa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Leo Belmont
Tytuł orygin. Michel Strogoff. Le courier du tzar.
Źródło Skany na commons
Inne Cała część II
Indeks stron
ROZDZIAŁ II.


Postawa Alcyda Jolivet’a.




Iwan Ogarew przyprowadzał Emirowi cały korpus — piechotę i kawalerję. Nie mogąc wziąć górnego Omska, pozostawił tam dostateczny garnizon oblężniczy, i nie chcąc opóźniać operacyj wojennych, przybywał celem połączenia się z Feofar–Chanem. Postanowiono obrać Tomsk za podstawę przyszłej ofenzywy.
Z Ogarewym przybyła również gromada jeńców, pobranych po drogach. Bez ochrony nad głową, nędznie karmieni, ci nieszczęśliwi nie wiedzieli, jaki los ich czeka. Czy kapryśny Emir zdziesiątkuje ich przez kaprys? — to było tajemnicą.
Za korpusem ciągnęły tłumy żebraków, maruderów, kupców, cyganów — wszyscy, co korzystali z łupów wojny w pustoszonym kraju. Śród nich była gromadka cyganów, towarzysząca Ogarewowi na statku „Kaukaz“, wyprzedzona przezeń w drodze do Iszyma, później znów z nim połączona. Strogow rozpoznał w tej grupce cygankę Sangarrę, która kiedyś zmierzyła go przenikliwem spojrzeniem. Kobieta–szpieg była złym duchem Ogafewa, wspólniczką wszystkich jego intryg. Ona to przez członków swej bandy pozyskiwała dlań mnóstwo uszu i oczu w krajach najechanych. Zresztą Ogarew opłacał grubo tę bandę szpiegów.
Niegdyś zesłana za jakąś ciężką zbrodnię na Sybir znalazła ratunek dzięki oficerowi rosyjskiemu i przez wdzięczność zaprzedała mu się duszą i ciałem. Nie mając ojczyzny ani rodziny, posłuszna instynktom swojej rasy, podzielała z rozkoszą awanturniczy żywot zdrajcy. Jej dzika energja nie znała pardonu i litości. Sangarra była godną wigwamu Apasza.
Gotowa też była z okrucieństwem czerwonoskórej poddać torturom wleczoną za obozem Martę Strogową, dla wydarcia jej sekretu, mogącego przynieść pożytek jej panu. Ale godzina dogodna nie nadchodziła. Stara Sybiraczka, śledzona, podsłuchiwana i podpatrywana przez Sangarrę, zamknęła się w milczeniu. Wyczekiwane słowo: „Syn“ nie wyszło z jej ust.
Na dźwięk fanfarów naczelny koniuszy i szef artylerji emira wyszli złożyć hołd Ogarewowi, zamierzając towarzyszyć mu do namiotu Feofar–Chana. On przyjmował hołdy dostojników tatarskich ze zwykłą obojętnością. Odziany był skromnie — przez bezwstydną brawurę nosił jeszcze mundur oficera rosyjskiego.
— W chwili gdy dosiadał konia przy kordonie obozowym, zbliżyła się doń Sangarra.
— I cóż? — zapytał.
— Nic jeszcze.
— Bądź cierpliwa.
— Czy zbliża się godzina, gdy stara przemówi?
— Tak, w Tomsku.
— Kiedy tam będziemy?
— Za trzy dni.
Z błyskawicami w czarnych oczach odeszła.
Ogarew na czele eskorty ruszył przed namiot Chana. Feofar oczekiwał go śród swojej Rady Wojennej. Ogarew zsiadł z konia i znalazł się przed obliczem Emira.
Feofar–Chan liczył około lat czterdziestu. Twarz blada, złe oczy, spadająca na piersi broda, wysoki wzrost — wszystko składało się na wrażenie imponujące i groźne. W kostjumie, błyszczącym złotem i srebrem, z jataganem, wysadzonym drogiemi kamieniami, w kasku zdobnym w djamenty, wydawał się jako by Sardanapalem tatarskim, potężniejszym władzą od swego pierwowzoru. Jednym gestem mógł odbierać i darowywać życie.
Kiedy Ogarew wszedł do namiotu, siedzieli tam na poduszkach ze złotemi festonami dygnitarze wokół Feofara. Chan powstał i stąpnął po dywanie bucharskim naprzeciw gościowi. Dał mu pocałowanie. Było to oznaka najwyższej łaski — przyjęci do rady wojennej. Ogarew zasiadł przy Chanie w charakterze wysokiego sztabowca („Khodja“).
Chan przemówił:
— O nic nie pytam, Iwanie. Mów sam. Wszystkie uszy cię słuchają.
— Takhsir — rzekł Ogarew, poczynając przemówienie tatarskie mianem, dawanem sułtanowi Buchary — nie pora na próżne słowa. Twoi jeźdźcy mogą pławić dziś konie swoje w Iszymie i Irtyszu, które stały się rzekami tatarskiemi. Trakt syberyjski od Iszymu do Tomska jest w twojej mocy. Możesz pchnąć kolumny na zachód,lub na wschód, według swojej woli.
— A jeśli pójdę przeciw słońcu?
— Zdobędziesz ziemię od Tobolska do Uralu.
— A jeśli pójdę z biegiem słońca?
— Zagarniesz z Irkuckiem najbogatsze kraje Azji środkowej.
— Jednak armje sułtana Petersburskiego...? zatrzymał się, dając to dziwne określenie.
— Tych nie lękaj się ani na wschodzie, ani na zachodzie. Nim zdążą, wszystko będzie w twej mocy. Gdy zjawią się, zginą jak pod Koływanią.
— A co każe ci iść z nami? — zapytał znów po chwili milczenia.
— To, że z wpadnięciem w Twoje ręce stepów wschodu, zmaleje władza Cara, a z upadkiem władzy Cara — Wielki Książe wpadnie w moje ręce.
Ogarew uznawał się za następcę Stieńki Razina, dążącego do rozkładu potęgi rosyjskiej w XVII. wieku. Parła go nieubłagana nienawiść względem Wielkiego Księcia, żądza zemsty.
— Dobrze, Iwanie — rzekł Feofar.
— Co rozkażesz, Takhsir?
— Dziś nasza kwatera generalna przeniesioną będzie do Tomska.
Ogarew skłonił się. Wyszedł, aby wykonać rozkazy Emira.
Gdy zamierzał dosiąść konia i udać się na przednie pozycje, nagle usłyszał jakieś krzyki i kilka wystrzałów. Zatrzymał się zdziwiony. Biegli ku niemu dwaj jeńcy, ścigani przez żołnierzy. Ci ostatni dopadli uciekających tuż przy Ogarewie. Wysoki urzędnik, który mu towarzyszył, housche–begui, uczynił gest, oznaczający dla jeńców śmierć. Ogarew rozpoznał w skazanych cudzoziemców — wstrzymał kaźń.
Byli to nasi znajomi, Blount i Jolivet. Niedopuszczani przez brutalne straże przed oblicze Ogarewa, wymknęli się z obozu jeńców i omal nie przypłacili samowoli śmiercią. Ogarew zawezwał ich. Gdy podchodzili doń, Jolivet szepnął do ucha Blountowi:
— Bacz! Ależ to jest ten grubjanin z Iszymu! Nie chcę patrzeć mu wprost w pysk. Wyłóż ty naszą sprawę. Masz zimniejszą krew...
I stanął bokiem do oficera–zdrajcy. Ogarew wniósł z postawy Francuza, że ten nim gardzi. Ale ukrył to; bodaj postanowił zaimponować cudzoziemcom swoją ogładą.
— Kim jesteście panowie? — zapytał niezwykle miękko.
— Dwaj korespondenci dzienników angielskich i francuskich — odparł Blount.
— Macie dokumenty?
— Oczywiście. Jesteśmy akredytowani u władz rosyjskich przez nasze rządy. Oto one.
— A! — przejrzał z uwagą papiery — i chcecie upoważnienia do śledzenia naszych operacji wojskowych?
— Chcemy być wolni, abyśmy mogli robić to, co się nam podoba.
— Pańska odpowiedź jest piękna. Jesteście wolni. I z przyjemnością będę czytał pańską kronikę w Daily Telegraph.
— To będzie kosztowało pana 6 funtów za numer z przesyłką! — odparł z flegmą Blount.
Ogarew nie zmarszczył brwi — skinął głową dziennikarzom, wskoczył na konia i znikł w obłoku kurzu.
— Co pan myślisz o tym pułkowniku Ogarewie — spytał Blount Jolivet’a.
— Nie zaimponował mi wcale. Gest Tatara, nakazujący ściąć nam głowy, zrobił na mnie większe wrażenie — odparł z uśmiechem Jolivet.
Uścisnęli się. W nieszczęściu zbliżyli się do siebie. Nie było już mowy między nimi o małostkowej rywalizacji. Teraz połączyli swoje zdolności — oko i ucho — ku większemu zadowoleniu swoich różnonarodowych czytelników.
— Tedy skorzystamy z naszej wolności, aby iść z wojskami tatarskiemi aż do Tomska, nieprawdaż? — spytał Blount.
— Tak daleko, póki nie spotkamy rosyjskich wojsk. Nie mam wcale chęci statarzyć się. Jestem pewny, że bańka mydlana tego najazdu pęknie pod podmuchem wiatru rosyjskiego. Jest to kwestją czasu..
Ogarew wybawił dziennikarzy z opresji. Michał Strogow oczekiwał odeń zguby. Lękał się, że ten go pozna — przypomni spór o pojazd w Iszymie — przeniknie jego zamiary. Zamierzał już uciec z obozu, ryzykując postrzał, pogoń, wreszcie pojmanie w drodze. Na szczęście, dowiedział się, że Ogarew i Feofar wyjechali natychmiast do Tomska z awangardą wojsk.
Postanowił tedy na razie wlec się jeszcze z gromadą jeńców aż do tego miasta. Miała to być wędrówka trzydniowa. W Tomsku obiecywał sobie znaleść lepszą szansę do ucieczki. Gromada jeńców tymczasem urosła. Przyłączono do niej grupy wziętych przez Ogarewa i oddziały wywiadowców. Nieszczęsni szli zgłodniali, wychudzeni, prażeni przez słońce, gorejące na niebie bezobłocznem, popychani kolbami. Wypadało przejść 150 wiorst po okrutnych drogach. Wielu jeńców umierało. Przeganiając ich konno, Jolivet i Blount, patrzyli z żałością na ludzi, których losu cudem nie podzielili nadal.
Wpośród jeńców znajdowała się stara Sybiraczka. Mimo wieku musiała zdążać pieszo. Na postojach nieruchoma sprawiała wrażenie posągu boleści. Ale w milczeniu znosiła trudy i cierpienia: przedziwnie wytrzymała! Czasem Cyganka Sangarra zwracała na nią śledzące roziskrzone ślepia. Kobiela ani drgnęła pod tem spojrzeniem. Była to Marta Strogow.
Śród jeńców była także młoda dziewczyna, uderzająca pięknością twarzy, smutkiem oczu, dumną męką twarzy. Ona także bez skargi znosiła trudy podróży i męki niewoli. Zbliżyła się ze starą — podpierała ją w drodze — i bodaj bez jej pomocy Marta musiałaby paść z wysiłku. Stara przyjmowała jej czułą pomoc z milczącą wdzięcznością. Zgadywała, że jej młodą towarzyszkę trapi również, jak ją, jakaś troska niezmierna, przewyższająca cierpienia fizyczne.
Nadja — bo to było oczywiście ona — cierpiała okrutnie na myśl o cudownym towarzyszu, którego straciła. Była pewna, że zginął. Brała ją rozpacz. Z nimi razem zginęła jej nadzieja odnalezienia ojca. Bolała nad tem, że misja Strogowa nie została dopełnioną — zabrał jej tajemnicę, nie zwierzając się towarzyszce, która rada byłaby przejąć jego obowiązek.
Burzyła się na myśl, że nie pomścił obelgi w Iszymie. Marzyła o tem, aby stać się mścicielką jego obrazy, jego śmierci. Obraz Strogowa towarzyszył jej myślom nieustannie. Obie kobiety zbliżyły się ku sobie — nie wiedząc, że łączy je wspólność myśli o jednej kochanej głowie. Sprawiały wrażenie pary — babki i wnuczki — którą obóz otaczał podziwem i sympatją.
W pierwszych dniach znajomości Marta ograniczała się w rozmowie z Nadją niemal do tych kilku wyrazów: „Niechaj Bóg ci wynagrodzi to, co uczyniłaś dla mnie, starej!“ Obawiała się mówić więcej, aby nie wydać przed nikim, nawet przed nią, swojej troski matczynej. Nadja pierwsza rozbiła milczenie, dając ulgę wezbranemu sercu opowieścią o swoim szlachetnym opiekunie, Marta rozrzewniła się.
— Mów–że mi jeszcze o tym Mikołaju Korpanowie. Oh, to imię — znam je! Jakże mi jest drogie. Czyś pewna, że zwał się Korpanow, córko?
— Czemuż miałby mnie zwodzić?
— Powiadasz, że był nieustraszony.
— O, tak!
Jak mój syn — myślała Marta.
— I silny — i nie tracący głowy w niebezpieczeństwie i czuły zarazem?
— Był dla mnie bratem... siostrą... matką!
— I bronił cię, jak lew?
— Jak lew!
Mój syn! — myślała Sybiraczka.
— A jednak zniósł w Iszymie obelgę?
— Tak! Ala nie potępiaj go! — z drżeniem za wołała Nadja. Wtedy podziwiałam go najbardziej. Ciążył na nim jakiś wielki tajemniczy obowiązek... Był wówczas piękniejszy, niż kiedykolwiek.
— To był mój syn! — wyrwało się z ust starej.
— Twój syn?!
— Czy ci mówił kiedy o matce?
— O, tak!... Kochał ją mocno... Ale powiadał, że mu nie wolno zobaczyć jej, zanim dopełni swojej misji. To był obowiązek honoru i sumienia.
Teraz Marta zrozumiała wszystko. Nie wątpiła więcej, że nie omyliły jej oczy matki i że syn jej, wyrzekając się jej, działał pod musem, który ona winna uszanować, choćby jej samej zginąć wypadło wśród mąk najsroższych.
— Dziękuję ci, Nadju, za ten promień, który rzuciłaś w moje serce. Przebacz, że ci więcej powiedzieć nie mogę.
Sądziła, że nie powinna, a to w obawie jakiejś nieostrożności zawiadomić młodej dziewczyny, iż Strogow nie zginął — widziała go przecie późnej, po rzekomem utonięciu. Ale położyła jej dłoń na głowie i rzekła:
— Miej nadzieję, dziecko. Bóg dobry sprawi, że zobaczysz ojca, a może i... twego towarzysza podróży. Miej nadzieję, Bóg sprawia cuda. Ta moja żałoba nie jest po synu.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.