Kraszewski więzień

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Buszczyński
Tytuł Kraszewski więzień
Pochodzenie Kraszewski więzień i Niemcy
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1883
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


„I oświadczam się przed Tym, który wszystko widzi i wie pierwej, niżeli się stanie, iż nie z nienawiści, ani dla ohydy jakiéj mówić chcę, iż gniew i gorzkie serce odrzuciwszy, Polak z Polaki, brat z braty, krew z krwią, sąsiad z sąsiady, ku dobremu z podania jak mniemam Ducha Świętego rozmawiam.“
K. Skarga.


„Kraszewskiego aresztowano!... Kraszewski w więzieniu“...
Jak iskra elektryczna, wieść ta obiegła cały kraj nasz od Wisły i Odry do Dniepru i Dźwiny, od Baltyku i Niemna do Dniestru. Uderzyła w każde serce polskie.
Jakieś nieokreślone uczucie owładnęło wszystkimi: przerażenie czy podziw, trwoga czy boleść?... coś przygnębiającego duszę, tłoczącego myśl, rozpalającego wyobraźnię... jakieś upokorzenie... uczucie strachu i pragnienie zemsty... uczucie bezwładności i obrażonej dumy... ciężki smutek i chęć skargi... przed kim?... chyba przed jednym Bogiem!
My, wymazani z karty mocarstw, — my, wygnani z rodzin ludzkości, — parjasy pośród społeczeństwa, — pozbawieni praw człowieka, praw, jakie Opatrzność dała najlichszemu zwierzęciu, — gdy nas więżą, gdy nas mordują, wieszają tysiącami, — gdy nas miljonami od stu pietnastu lat wysyłają na lodowe pustynie i w podziemia, aby tam wymrozić i wymorzyć, — gdy nam wydzierają język, — gdy nam nie wolno odmówić pacierza nauczonego przez matkę, — gdy nam odebrano wszystko, nawet świątynie na chwałę Boga wzniesione, — poskarżyć się nie mamy przed kim!...
Głos dwudziesto-miljonowego narodu, głos narodu poćwiertowanego, od wieku męczonego, ale nie zamęczonego jeszcze, głos niedosłyszany, pogardzany, ginie jako wołającego na puszczy!
Kogokolwiek z nas wolno obedrzeć, uwięzić, zabić jak zwierzę niepotrzebne, albo szkodliwe, — bo to Polak! bo upomina się wiecznie o swoje prawa przemocą wydarte, o prawa, które mu dała wyższa ręka, których używał przez lat tysiąc, w obronie wolności, światła i ewangelji, — bo chce odebrać zagrabioną mu ojcowiznę, — bo nie chce umrzeć dobrowolnie, ani sam się dobić, nie chce być Niemcem ani Moskalem, — bo jest niepoprawnym, marzycielem... niespokojnym, rewolucjonistą, pochodnią buntu przeciw ustalonej władzy, — bo nie chce nad sobą uznać potęgi brutalnej siły, nie chce pogodzić się ze swym losem, poddać się nieubłaganej konieczności.... bo szalony!... nie chce wyrzucić z siebie duszy polskiej i zrzucić polskiej skóry, — „aby być szczęśliwym!“
Taką słyszymy od wieku przeszło odpowiedź na narzekania i na szczęk broni naszej, na nasze prośby i na strugi przelewanej krwi, na nizką pokorę i na dumną postawę godności.
Taką odpowiedź, niestety, słyszymy nawet pośród braci naszych upadłych a obłąkanych, słabych albo odstępców!
„Więc niech ginie ten naród! — wołają silni. Trzeba go zniszczyć, wytępić ze szczętem!“ Takie rozkazy idą z Berlina, z Petersburga, z Moskwy.
„Niech ginie!“ mówi Piłat — Europa.
I niszczą nas wszelkiemi środkami! niszczą jak gdybyśmy byli zwierzętami drapieżnemi, — niszczą jak owady obrzydłe albo dokuczliwe!
Przejrzyjcie dzieje ludzkości. Czyż był kiedy podobny przykład, aby silniejsi zmówili się na wytężenie całej potęgi swojej dla wyniszczenia żywego narodu, który nikomu nic nie zawinił?!
„Dlatego — twierdzą obłąkani i olśnieni przepychem a urokiem przemocy, mierzący małą miarą nieśmiertelnego narodu życie, — „dlatego musimy przyjąć czyn dokonany, „myśleć o ocaleniu bytu, zapomnieć o przeszłości, wyrzec „się narodowości, tradycji, marzeń; — musimy iść za innymi ludami w ślady, — ukorzyć się przed silniejszym, utonąć w łonie nowych państw, zlać się w jedno ciało ludzkości, zetrzeć z siebie wszelkie znamiona indywidualizmu, stać się martwemi członkami społeczeństwa, aby żyć życiem spólnem.“
Nie widzą ciemni tego potwornego spisku na dwudziestomiljonowy naród, za to tylko, że walczy z przemocą w obronie siebie i ludzkości całej, — za to że walczy, choćby zwycięztwo było dalekiem, — za to że jeszcze nigdy nie zwątpił! Wiara w moc wyższą, w sprawiedliwość Opatrzności, która niezbadanemi drogami nas prowadzi, ta wiara najpotężniejszą bronią naszą, — największą zbrodnią w oczach tych, co nas jeszcze dodławić nie mogli.
Więc tysiące i krocie tysięcy, więc cały naród i jednostki, więc maluczkich i wielkich, winnych i niewinnych, bezbronnych i uzbrojonych, pracujących i bezczynnych skazano na zagładę. Ale moc Boża nas obroni!




W imię siły! (bo nie w imię prawa) uwięziono Kraszewskiego. W imię siły; — bo czyż można mówić o prawie w Europie, gdzie ośm miljonów żołnierzy, gotowych na skinienie, czyha aby wzajemnie szarpać się, nurzać się we krwi bliźnich?! Czy można w Europie mówić o prawie, gdy najswobodniejsze państwa, szanujące ustawy narodowe, rozbroić się nie mogą — gdy na utrzymanie wojska muszą obarczać lud podatkami; — bo chciwy sąsiad rozszerzyć chce granice, bo chce zagasić światło, stłumić wolność, wprowadzić władzę opartą na mieczu, strzeżoną niezliczonemi tłumami niewolników i szpiegów!
Jeden rozkaz! I siedemdziesięcioletni starzec, przed którym czoła chylą mieszkańce całej kuli ziemskiej w więzieniu!
Pierwszy, nędzniejszy zbir ma władzę, ma moc, „ma prawo“ uwięzić tego, który przez lat pięćdziesiąt trzy pracował, z wysileniem przechodzącem siły i pojęcie ludzkie, dla ojczyzny, dla społeczeństwa, dla prawdy, — tego, który dał z siebie wzór cnoty i mądrości, — który jest chlubą nie tylko narodu swego lecz ludzkości! Ta władza, ta moc — od złego ducha!
Przed półwiekiem, w Wilnie, Kraszewski porwany z uniwersytetu, cierpiał w klasztornem więzieniu osadzony, przez ciąg walki o niepodległość Polski, podczas Listopadowego powstania. Po długiej pracy na polu piśmienniczem, przeniosłszy się do Warszawy, gdy chciał kierować spokojnie duchem rozjątrzonej młodzieży, w powstaniu Styczniowem, skazany na wygnanie. Został tułaczem. Przez ćwierć wieku prawie, cudzem oddychał powietrzem. Obca ziemia stała się jego mieszkaniem. Niemcy go przyjęli, aby potem pochwycić zdradziecko i wydać w ręce siepaczów!
Podczas jego wygnania, córka zapędzona na Sybir, padła ofiarą łaski carskiej. Nawet carska łaska była dla niej narzędziem śmierci!... Otrzymawszy pozwolenie wrócenia do kraju, po utracie męża, tuląc dzieci przy sobie, wśród śnieżnej zamieci, na moskiewskich sankach zgon znalazła. Niewstrzymany niczem woźnica pędził przez stepy zmrożoną kobietę. Do pocztowej stacji przywiózł trup matki z dziećmi w objęciu rąk skostniałych. Serce jej pękło.
Niedawno, gdy młodsza córka wychodziła za mąż, gdy żona jego będąc śmiertelnie chorą, pragnęła z nim widzieć się, dyktator carstwa nie dozwolił mu na kilka dni przybyć do Warszawy. Zemsta ciemięzców nie zna czasu ani granic! zemsta nad tymi którzy śmieją spełniać powinności sumienia narodowego.
Gdyby Kraszewski był uwięzionym jako jednostka, moglibyśmy, nie wchodząc w słuszność lub niesprawiedliwość postępowania władz rządowych, zdarzenie to zaliczyć do częstych i zwykłych, do prześladowań jakie spotykały i spotykają najznakomitszych mężów. Może nawet kto powie: „Cóż! Kraszewski człowiek jakich wielu! Poeta, historyk, powieściopisarz, publicysta!“ Niejeden nic więcej w dziełach jego nie widzi! Wszak dwa razy strącano posąg Napoleona I z kolumny Vendôme. Raz wywracano go wołami... po zwycięztwie Prusaków! Jenerał Blücher i woły to były większe potęgi od tego bohatera!... Rozjuszona jak furja petroleuse’a u Victora Hugo, chcąca spalić bibliotekę Richelieu’go w Paryżu, gdy jej wymawiano szaleństwo zbrodni, za całą odpowiedź rzekła: „Ja nie umiem czytać.“ Wszak samego Victora Hugo wyśmiewano! Niemcy nazwali go „nadętym karłem!“... Dla takich ócz, dla takiego wzroku dość byłoby wziąć na wagę dzieła Kraszewskiego, — zmierzyć długość tomów jeden przy drugim położonych, — zliczyć ilość kartek które zapisał. Dość byłoby może obrachować ileby zarobił, jaki zebrałby majątek prosty rzemieślnik, wyrobnik, gdyby poświęcił grubej, ręcznej pracy, wszystkie godziny, które on oddał na usługi ludzkości.
Odkiedy znaną jest sztuka pisania, odkąd świat światem, jeszcze nie było człowieka, któryby tyle napisał co Kraszewski. Ale kto zmierzył głębie jego ducha? kto zbadał polot jego myśli? kto objął te obszary wiedzy jaką sobie przyswoił? kto nareszcie zajrzał do tajników wielu serc, aby tam zobaczyć ziarna przez niego zasiane, zasoby siły którą wszczepił, a z nią poczucie obowiązku, wytrwałość, dążność do najwznioślejszych celów?
Kraszewskiego mógł wydać tylko naród nasz, naród z całym ogromem wielkiej przeszłości, wielkiej chwały, wielkich cierpień, wielkiego posłannictwa. Uwięzić go mógł tylko tak nizko upadły naród jak Niemcy.
Kraszewski to Polska cała! To Polska z jej żywotnością nadludzką, niespożytą, dziwną, — z jej męczeństwem niesłychanem w dziejach, — z jej wytrwałością niepojętą, — z nadzieją, z pewnością bytu na szczycie najwyższej potęgi ducha, w nieśmiertelnem ciele, ciągle zabijanem a nigdy niezabitem, odradzającem się wiecznie pod wszelakiemi postaciami, niezłomną, niepokonaną siłą woli.
Uwięzienie Kraszewskiego to kopnięcie nogą Polski! To zniewaga dla całego narodu naszego, — to hańba dla zwycięzców, upojonych chwilowym tryumfem! Uwięzienie Kraszewskiego będzie wieczystą plamą na tle dziejów Europy, będzie najwymowniejszem świadectwem przewagi zwierzęcej siły a upodlenia niewolniczej społeczności!
Któż dziś bezpiecznym być może w tem olbrzymiem więzieniu które się zowie Europą? kto może być pewnym swego życia, swojej własności, praw swoich? Miljony złoczyńców chodzi swobodnie, doznaje niemal opieki społeczeństwa; a to zdeptanie praw boskich i ludzkich wzbudzi na jakiś czas zajęcie, ożywi ciekawość i przejdzie bezkarnie jak wiele innych!...
Gdyby obywatel Wielkiej Brytanji, gdyby lord jaki, albo dygnitarz potężnego państwa, albo bankier doznał takiej obelgi, Europa cała drgnęłaby z oburzenia i grozy. Wywieszonoby flagi okrętowe, rozpiętoby żagle na bojową wyprawę, zatrąbionoby wojenne hasła, spędzonoby niewolników tłumy dla pomszczenia zniewagi jednego. Widzieliśmy takie przykłady. Ale Polak!... wygnaniec!... kto za nim się ujmie?
Ani wyróżnienie go od innych uczonych przez samych monarchów, ani ordery nadane za naukowe zasługi przez zacnego cesarza Austrji, przez szlachetnego króla Italji, ani cześć okazywana mu od najznakomitszych mędrców we wszystkich krajach, nie zasłoniły patryarchy naszego przed ciosem teutońskiej zaciekłości. On, przyjmowany niedawno z największemi honorami w Stockholmie, przez króla szwedzkiego, przez cały naród skandynawski, uczczony przez Włochów, zaszczycony pierwszem miejscem przewodniczącego na literackim kongresie międzynarodowym w Wiedniu, na jedno skinienie porwany w stolicy, która się mieni ogniskiem powszechnej cywilizacji; bez względu na wiek, na stérane siły, na ciężką chorobę, osadzony w więzieniu tajemnem, srogiem, jak pospolity zbrodniarz!
W kraju Zulusów, w kraju najdzikszych ludożerców nie dopuszczonoby się takiego czynu, będącego zakałą XIX wieku.
Nie Kraszewskiego tylko mamy tu na względzie; ale zasadę, ale cechę bezprawia, cechę rozbestwionego zuchwalstwa, przechodzącego wszystko cokolwiek dotąd uczyniono z ujarzmionem społeczeństwem. Niech ludy ockną się, niech przejrzą do czego już doszło, do czego prowadzi żelazna ręka despotyzmu, co ich czeka w przyszłości! Niech naród nasz opamięta się jak jest poniżony!
Jakaż Kraszewskiego zbrodnia? Nie inna tylko ta że się urodził Polakiem.
Jesteśmy sponiewierani jak chwast niepotrzebny. A ci co godności nie czują, naszą godność za zbrodnię uważają; nie mogą nam przebaczyć że żyjemy, pomimo zadawanych nam tortur na ciele i na duchu. Pastwią się na mistrzach, na apostołach naszych.
Co nam daje tę wyższość nad innymi ujarzmionymi narodami, tę zdumiewającą siłę żywotną? Miłość ojczyzny.
Ale odpadki od ciała narodowego, zgangrenowane członki naszej wielkiej rodziny podają nas w poniewierkę. Im to zawdzięczamy że nasz naród został parją w gronie europejskich ludów, w oczach rządów. Zwątpili sami, stracili wiarę w przyszłość Polski i obojętność w umysłach słabych zaszczepili. Jakież następstwo takiej doktryny? Założyć ręce i iść na zarżnięcie!...
Ciemiężcom naszym, zarówno jak ludom Europy, nieznającym wewnętrznych stosunków Polski, nieznającym ducha, który ożywia i utrzymuje wiernych synów ojczyzny, zdawać się może, iż ci, co siedzą na wyżynie, co zajmują wyniosłe krzesła, akademickie katedry, są jedynymi, głównymi przedstawicielami narodu. Nie wiedzą, że oni składają drobną tylko cząstkę społeczności naszej; nie wiedzą, że ich przewodnictwo jest przywłaszczonem, że nie jest powszechnie uznanem, że naród z nimi walczy, a zasady, prowadzące żywych na zatracenie, ogół odtrąca z pogardą.
Wielkich królów i hetmanów naszych duchy mówią: „Narzekacie! Ale pośród was są ludzie, którzy utorowali najezdnikom drogę do obezwładnienia was, do zgaszenia waszego zapału. Śpiewacie: Jeszcze Polska nie zginęła! Lecz obok tych słyszymy inne dźwięki; słyszymy, że Targowica nie zginęła! Kto pierwszy sponiewierał, kto wyszydził, kto podeptał nasze dzieje, prawdziwy patrjotyzm? Frydryk Wielki. A za nim nasi rodacy, mężowie stanu, uczeni, których nazywacie mędrcami. Słyszymy, jak w sejmowych salach, na kazalnicach, nad grobami wznoszą się pochwalne głosy na cześć tych mędrców. Wynieśliście ich ponad wszystkich cichych pracowników. Bijecie przed nimi czołem. Stawiacie ich za wzory naśladowania godne przed młodzieżą. Widzicie w nich polityczny rozum, praktyczny rozsądek; uważacie ich za najlepszych patrjotów. Kto obrzucił błotem ofiary, poświęcenie? kto podał na pośmiewisko obrońców ojczyzny? kto wydobył najczarniejsze karty z dziejów naszych, ze złą wiarą, w mylnem świetle, nie dla nauki, lecz dla poniewierania nas, a najchlubniejsze czyny bohaterów pokrył milczeniem albo unieważnił, kładąc je na szali, jak towar bez znaczenia, bez wartości, jak przedsiębiorstwo, co nie daje pewnego a rychłego zysku? Powiedziano jest w Piśmie świętem: Ktoby zgorszył jednego z tych maluczkich, lepiejby zrobił, gdyby mu przywiązał kamień młyński do szyji i w wodę wrzucił. A wy gorszycie dzieci polskie i w ich duszach młodziuchnych kąkol nauki waszej zasiewacie. Obezwładniacie synów ojczyzny, zanim wyrosną. I jakież z nich wyszło pokolenie? Bez przywiązania do ziemi rodzinnej, dają sobie z pod nóg wydzierać ziemię ojców, pradziadów i cześć ojców, pradziadów!... Idą w świat, gdzie im dobrze; drogą, wiodącą do korzyści, choćby kosztem najszlachetniejszych uczuć, najświętszych powinności.... Przewodnicy młodzieży! Przejrzeliśmy wasze księgi szkolne, wasze dzieła, któremi karmicie młodociane umysły. Tam wyraz „ojczyzna“ wymazany z dziejowego słownika; tam narodowość utożsamiona z państwem obcem; tam kraj ojczysty określony piórem traktatów, przez pięciu ministrów spisanych, które wam służą za kodex i punkt oparcia, bo wy Bożego i narodowego prawa nie uznajecie; tam służba publiczna bez osobistego interesu sprzeciwia się postępowym zasadom ekonomji społecznej; tam cześć przed siłą a pogarda dla wszystkiego, co unosi ducha w sfery wyższe, na drogę poświęceń. Nie lepiejżeby było, gdybyście uczniom waszym uwiązali kamień u szyji a wrzucili ich w otchłań zapomnienia?!... Wszakże to wy uczycie ich, że konfederaci Barscy byli „awanturnikami“, posłowie Sejmu czteroletniego, twórcy Konstytucji 3go maja — „występnymi spiskowcami“, Kościuszko, Kiliński — „szlachetnymi zapaleńcami“, legjoniści — „najemnymi żołdakami“. Wszak to wy sławicie „polityczny rozum“ w służalczej, podłej pokorze króla Poniatowskiego; wszak to wy wynosicie „mądrość“ Katarzyny II, „energję“ Mikołaja Igo; wy podziwiacie rządy cara Iwana Okrutnego! Wszak wy nazwaliście powstanie Listopadowe „głupstwem“, a Styczniowe „zbrodnią“. Czytali to wrogowie nasi! I nic dziwnego, jeśli powiedzieli: Patrzcie! co to za naród! czyż on godzien współczucia, litości, szacunku?!... Poziomy umysł mniemanych badaczy i krytyków nie umiał wznieść się do ujrzenia wielkich dziejowych chwil narodu naszego, nie umiał ocenić ich doniosłości, ich znaczenia w wieczystym, olbrzymim pochodzie ducha. Podobni do robaków, wwiercających się w nadpsute, zchorzałe części ciała, rzucili się żarłocznie na to, co było dla nich pastwą i myśleli, że całe ciało takie. Ten nędzny pogląd dogadzał samolubom, podobał się ludziom krótkiego wzroku a płytkiego umysłu i rozszerzył się, jak zaraza. Ciemnym wydawał się nowością; bo nie wiedzieli, że pierwszym założycielem i mistrzem tej „szkoły“ był ów sławiony król-filozof, Frydryk II. On to dał przykład następcom swoim poniewierania Polaków, pogardzania nami. Widzimy tego dowody, codzienne prawie, w parlamencie teutońskim, w sądownictwie pruskiem. Berlińskim tradycjom, skojarzonym z polityką odwieczną Petersburga, z niezmordowaną dążnością do wyniszczenia nas, przyszli w pomoc nasi „uczeni“ członkowie Rady szkolnej, nasi przewodnicy młodzieży! Wyznaczyli jej zakres działania w granicach „możliwej praktyczności“. O nich to powiedział wieszcz nasz, jak gdyby znał ich osobiście: „Takie widzi świata koło, jakie tępemi zakreśla on oczy.“ I z tego stanowiska wychodząc, koryfeusze oświaty, głośni mowcy, zaczęli na żywych, pełnych nadzieji i zapału młodzieńcach odrywać, listek po listku, wszystkie kwiaty z wiekowej siejby, wszystkie latorośle wznioślejszych popędów, wszelką poezję. Żadnych marzeń!!!“....“
„Czy zapobiegła temu spustoszeniu zdrowa, dobrze myśląca część społeczeństwa? Najzacniejsi nawet dali się unieść temu prądowi. Apatja ogarnęła wszystkich. Après moi le déluge! stało się ich hasłem. Jednostki, ożywione większem ciepłem, zostały wyszydzone. Wymyślono dla nich epitety różne na pośmiewisko. Zapał stał się śmiesznym. Opinja publiczna z ułudnym sztandarem, na którym wypisano te słowa bez treści, bez zamiaru nawet urzeczywistnienia ich, zmieniła się w narzędzie osobistych widoków, w narzędzie elastyczne, w chorągiewkę, obracającą się za każdym wiatru powiewem. Wynaleziono sofizmata, dające się nakręcać stosownie do okoliczności. Zaczęto upatrywać „dobre chęci“ tam, gdzie ich nigdy nie było, „zdolności“, pomimo wyraźnego nieuctwa, „błędy chwilowe“ w zasadniczych wyznaniach wiary, występnych, bo szkodliwych narodowemu organizmowi. Przebaczano najniebezpieczniejszym propagatorom fałszywych albo zbrodniczych doktryn, — nie z miłości bliźniego, nie przez pobłażliwość, — lecz w interesie osobistym, w nadzieji wzajemnego wspierania się. Solidarność, zasada w samej sobie szlachetna, wystąpiła jako czynnik obowiązujący, bez względu na to, że o ile solidarność w dobrem jest cnotą, o tyle w złem jest nieprzebaczalnym występkiem. Tymczasem zaraza ducha rozszerzyła się, trucizna weszła w organizm, w sposób myślenia świeżo dorosłych pokoleń. Serwilizm stał się alfą i omegą mądrości praktycznej w prywatnem i w publicznem życiu. Tak, w tych dzielnicach Polski, gdzie miejscowe ustawy dozwalają wybierać posłów narodowych, to prawo stało się polem spekulacji, środkiem, do osobistych wiodącym celów. Widzimy znowu przerażający obraz, którym nas przed trzemaset laty straszył wielki nasz kaznodzieja.
„On, jak powiada Mickiewicz, może najpierwej i najsilniej poczuł, czem była ta wolność w konstytucjach sejmowych i na papierze, a w rzeczywistości te oligarchiczne rządy kilku magnatów.“
„Możemy i dzisiaj, w boleści, zawołać ze Skargą:
„Patrzcie, do jakicheście nieprzystojności i prawie dziecinnych a śmiechu godnych postępków i zagmatwania przyszli. Najprzód: obieranie posłów na sejmikach takie jest, iż możniejsi i śmielsi czynią, co chcą; abo się sami obierają i drudzy mało nie dożywotni sobie ten urząd czynią, abo takie wystawiają, którzy ich myślom i przedsięwzięciom służą; a szlachta nie wiedząc, co się dzieje, przyzwala i wrzaskiem wszystko odprawuje. Taki rząd popularitatis ma swoje króliki.... Bo jedni są, którzy na księży i stan duchowny waśń głęboką w sercu noszą... Drudzy swego podwyższenia i pożytku spodziewając się, do tego wszystkie swe prace na sejmie obracają. Drudzy na swoje przeciwniki w domowych waśniach poselstwem onem pomocy szukają. Drudzy podobno od jakich panów natchnieni, — a drudzy snać upominkami kupieni, ich myślom dogadzają.“
Słychać głosy z za grobu, z pod mogił, z sybirskich podziemi, z tułactwa:
„Zamiast podniesienia ducha w tej nieszczęśliwej, upadłej na ciele ojczyźnie, wyście go osłabili; zamiast rozżarzenia gasnącego zapału, stłumiliście święty ogień; zamiast utrzymania godności w narodzie, podaliście go obcym na szyderstwo, przyczepiwszy do najwyższych dostojników w nauce i w urzędach, pospolite, płaskie znamiona trefnisia!... I wzrok wam dotąd się nie odsłonił! I jeszcze dotąd nie widzicie, że: „łatwiejby morze dłonią wyczerpać“, niż wyliczyć złe, krzywdy, szkody wyrządzone narodowi przez fałszywych apostołów, przez fałszywe powagi, przez zarozumiałość, pychę i upór?!«






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Buszczyński.