Królestwo Polskie 1815—31/Rok 1830

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Królestwo Polskie 1815—31
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1925
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Rok 1830.

Lat 15 trwał pokój w nowem Królestwie Polskiem, chociaż niejedna chmura w ciągu tego czasu zasłaniała pogodny błękit nieba, choć nieraz głuchy pomruk nadchodzącej burzy zwiastował nową nawałnicę.
Warszawa jednak napozór spokojna, i wszystko w niej, jak było: mustra na Saskim placu, Niemcewicz pisze w Ursynowie, uczeni pracują i radzą w Towarzystwie Przyjaciół Nauk, tylko w królewskim zaniku nowy portret panującego cesarza i króla, Mikołaja I.
Czy to nie wszystko jedno?
Niezupełnie. Aleksander I przynajmniej udawał przyjaciela Polaków, nie śmiał występować przeciw nim otwarcie, — Mikołaj I jest zaciętym wrogiem Polski i jej konstytucji. Koronował się wprawdzie na króla polskiego, bo przed wojną turecką pragnął zjednać sobie Polaków, może uśpi ich czujność, ale za to ustępstwo mścić się zamierzał srogo przy pierwszej sposobności.
Więc wszędzie tropią spiski, wszędzie szpiegów pełno, a więzienie u Karmelitów przepełnione. Nie zmieszczą się tam oskarżeni o to, że kochają ojczyznę i dążą do przywrócenia jej wolności.
Okropna zbrodnia!
Za tę zbrodnię sądzić ich będą Polacy: sąd sejmowy. Są dowody, że należeli do związku Wolnych Braci Polaków, niechże ich za to karzą właśni bracia. Nie car, ale Polacy muszą wydać wyrok, a za takie przestępstwo śmierć albo katorga.
Niewolno w Polsce marzyć o odbudowaniu ojczyzny, — sędziowie Polacy sami to potwierdzić muszą.
Wszystkie serca zabiły lękiem: czyż się taka straszna rzecz stanie? Czy sąd sejmowy polski potępi pragnienie wolności? Wszyscy z niepokojem czekają wyroku, car Mikołaj uśmiecha się szyderczo: według prawa osądzić muszą!
Sądzą, badają, — nadszedł dzień wyroku: jakie słowa zabrzmią w zamku królów polskich?
Marszałek sądu sejmowego głosi:
Oskarżeni nie popełnili zbrodni stanu: zawinili tem tylko, że należeli do towarzystw zabronionych. Za to kara więzienia podług prawa.
Warszawa odetchnęła, w całym kraju spadł ludziom z serca ciężki kamień. Ale sza! cicho! radości objawiać nie można: cesarz pieni się z gniewu, nie chce zatwierdzić wyroku, do Petersburga wzywća[1] oskarżonych.
Niewszyscy pojadą, niejeden już umarł w więzieniu. Ale Polak i o tem śpiewa:

Czego tęsknisz za chatą, za chatą,
Gdy ci dobrze za kratą, za kratą — Jest!

Nie boim się złodziei, złodziei,
Bo pilnuje z kolei, z kolei — Moch!

Mamy pokój książęcy, książęcy,
Łóżko, miotłę i więcej i więcej — Nic!

Mamy wszelką wygodę, wygodę,
Chleb, kapustę i wodę i wodę — Wciąż!

Więc nie tęsknij za chatą, za chatą,
Gdy ci dobrze za kratą, za kratą — Jest!





A co się dzieje w Szkole Podchorążych?
Tam najgoręcej kipią młode serca oburzeniem[2] bólem, rozpaczą. Czyż godnem jest Polaka patrzy,[3] na to, co się dzieje? Czyż nie lepiej zginąć w szlachetnej walce o wolność?

Mierz siły na zamiary,
Nie zamiar podług sił!


powtarzają słowa Mickiewicza. Niegodzien ten wolności, komu nie jest droższa nad życie. Wszak oręż mamy w ręku. —
— Ciszej, ciszej — szepczą rozsądni — Tu ściany mają uszy, szpiegów pełno.
— Więc na latarnię szpiegi! Śmierć tyranom! Już ich nic nie powstrzyma. Na ich czele gorący młodzian, Piotr Wysocki, nie generał, lecz podporucznik i instruktor. Łatwo domyślić się, że dobrze uczy! I tuż pod bokiem księcia, bo Szkoła Podchorążych w parku łazienkowskim, w jednym z oddzielnych budynków. Tu, tak blisko, w wojskowej szkole, książę nie podejrzewał polskich uczuć, które tropił zaciekle w całem mieście.
Musieli jednak młodzi mieć się na baczności, tembardziej, że przyjaciół mieli wszędzie: w wojsku i pomiędzy cywilnymi. Zamiar rósł i dojrzewał, wszyscy czekali hasła.
— Czas! czas! — powtarza zapał. — Dość niewoli!
— Czas! czas! — powtarza ból.
— Czekajcie! — przemawia rozsądek — zastanówcie się jeszcze. Czy macie prawo kraj cały narażać na zgubę? — Gdzież pewność zwycięstwa? A co będzie po klęsce?
Więc się zbierają, radzą. Trzeba wreszcie coś postanowić. Zrzec się mrzonek, albo przystąpić do czynu. Puste słowa są śmieszne.
Zebranie liczne, niech przemówią wszyscy: i cywilni, i starsi, co kto myśli. Przed tak poważnym krokiem trzeba wysłuchać każdego.
Więc okok[4] podchorążych widzimy poetę Goszczyńskiego i przyjaciela jego Nabielaka, Mochnacki, dzielne pióro, mądra głowa, dalej siwe włosy, mundury wojskowe. Wielkiem niebezpieczeństwem jest samo zebranie, ale — muszą się porozumieć.
Przemawia Piotr Wysocki. Wiele mówić nie potrzebuje, bo wszyscy wiedzą, widzą, pamiętają: zdeptana konstytucja, ucisk, bezprawie, krzywdy, Wilno, więzienie karmelickie, szpiegi, upodlenie narodu, który do niewoli przywyka, aż przestanie czuć, że to hańba! Czas, czas! tak żyć nie można, lepiej umrzeć

Hej, bracia, dzieci, żołnierze,
Za broń, za broń, za broń!
Przyszedł czas, gdy zrywamy obroże!
Śmierć przywłaszczycielom,
Tyranom![5]

(p. S. Wysp.).

Wszyscy tak samo czują, wszyscy podnoszą ręce:

Jednością silni — rozumni szałem —
Razem, młodzi przyjaciele!


— Więc dziś — hasłem pożar, — śmierć tyranom! Książę zamordowany i cały kraj musi zerwać się do walki, bo niema ucieczki przed zemstą. Bóg śmiałym sprzyja. Jeszcze Polska nie zginęła! Zwyciężymy.
Lecz podnosi się starzec.
— Posłuchajcie, bracia. Mam obowiązek powiedzieć, co myślę, choć może pogardzicie tem, co powiem. — Na co się porywacie, dzieci bezbronne i słabe? Chociażby całe wojsko stanęło za wami, cóż może znaczyć 30.000 wobec silnego państwa? I skądże wiecie, że was naród nie potępi, gdy narazicie go na stratę swobód, jakie dziś mamy dane i zaprzysiężone? Cesarz Mikołaj może jest surowy, lecz ludzie przemijają, a prawa zostają. Praw strzeżmy i nie zrywajmy się do walki, niepewnej i nierównej. Straszną odpowiedzialność bierzecie na siebie.
Milczenie — szmer niechęci...

....................

Nie przekona uczucia zimny i ostrożny rozsądek: spełnią, co postanowili...



Listopad.


My w nieszczęściu razem —
Albo wytępim wroga tem żelazem,
Lub za najświętszą wielkich Bogów wolą
W grobie się wolni schronim przed niewolą.

K. Ujejski.

Na drzwiach pałacu w Belwederze ktoś przylepił żartobliwe ogłoszenie:
Mieszkanie do wynajęcia!
Książę się niepokoi: czyż niewszyscy jeszcze pod kluczem? Gdyby można w jakiem więzieniu zamknąć całą Warszawę? cały naród? Jaka szkoda, że niema takiego więzienia!
Szpiegi gorliwie węszą i szukają, ostrożny Nowosilcow wyjechał z Warszawy, coś przeczuwa.
Nadszedł dzień oznaczony, 29 listopada.
Plan ułożony. Garstka najodważniejszych wpadnie do Belwederu i zamorduje księcia lub go weźmie jako zakładnika, — podchorążowie w porozumieniu z wojskiem polskiem rozbroją pułki rosyjskie i opanują Warszawę.
A potem?
Mochnacki żąda, aby utworzono zaraz rząd rewolucyjny, który po wybuchu powstania natychmiast obejmie władzę; ale plan jego wydaje się przedwczesny. Skoro naród cały powstanie, to sam rząd sobie wybierze.
Nadszedł wieczór: wydane hasła, serca uderzają mocniej: wybiła godzina czynu.
Zmrok zapadł wcześnie, wieczór pochmurny i mglisty. Łazienki toną we mgle.
Jak tu dziwnie w pustce i ciszy. Coś szumią nagie drzewa, coś szepczą głucho, trwożnie, wicher niesie wieść jakąś tajemniczą...
W mroku jaśnieje biały pomnik Sobieskiego: tutaj mają zgromadzić się spiskowi. O 6-ej ujrzą łuny podpalonego na Solcu browaru i młyna na Nowolipiu — to hasło.
Ciemno, pusto, mglisto i cicho. Jakaś postać przy pomniku króla. Zbliża się druga — trzecia —
Stoją — milczą — nie szepczą nawet. Oczekują. Jedna łuna błysnęła, lecz zagasła, drugiej nie widać wcale. Co to znaczy?
Upływają minuty i kwadranse. Jest ich szesnastu tylko, a miało być przeszło trzydziestu. Tam zdala świecą okna Belwederu.
Goszczyński z Nabielakiem decydują się podejść do Szkoły Podchorążych. Może się czego dowiedzą. Przecież tak stać bezczynnie niepodobna.
Spotkali Wysockiego, który szedł właśnie do nich: dodaje im dwóch podchorążych. Czas zacząć.
Szczupły zastęp dzieli się na dwie kolumny: dziewięciu, tak, dziewięciu! wedrze się od frontu, ażeby zabić księcia. Druga dziewiątka zabezpieczy tyły, gdyby „ptaszek“ chciał uciec ku Łazienkom.
— Śmierć tyranowi! — rozlega się okrzyk, i garstka śmiałków wpada do pałacu.
Ktoś drzwi zatrzasnął, wysadzają je ramieniem, jedne, drugie — tam w kącie kryje się szpieg — ciemiężyciel, wice-prezydent miasta — Lubowidzki. Pchnięcie bagnetem. Dalej, do komnaty księcia!
Ale komnata pusta, łoże rozrzucone, jeszcze ciepłe, — spał tu przed chwilą. Gdzież uciekł?
— Śmierć tyranowi! — rozlega się znowu i biegną dalej przez szereg pokoi, pustych, milczących — Oto sypialnia księżnej. Otwierają drzwi gwałtownie: w komnacie pełno kobiet, wszystkie na kolanach, modlą się głośno ze wzniesionemi ku niebu rękami.
Spiskowcy zatrzymali się na chwilę.
— Książę zabity! — dolatuje okrzyk tryumfu z podwórza. — Śmierć tyranowi!
Cofnęli się natychmiast: zadanie ich spełnione. Nie przyszli tu wojować z kobietami.
Nie wiedzieli, że między niemi klęczał książę, w bieliźnie, jak w śmiertelnej trwodze wyskoczył z łóżka, nieprzytomny, drżący ze strachu.
Na podwórzu zabito uciekającego generała Gendra, zausznika wielkiego księcia, którego w zmroku wzięto za tyrana.

Opuścili Belweder z przekonaniem, że książę Konstanty nie żyje. Czas był wielki, gdyż pomoc nadbiegała.




W Szkole Podchorążych godzina wykładu, — na progu staje Piotr Wysocki, przemawia silnym głosem:

— Polacy! godzina wybiła. Dziś zwyciężym lub zginiem!
— Do broni! do broni! — rozległy się okrzyki, i wszyscy już gotowi. Dawno oczekiwali na tę chwilę.
Garstka walecznych szerzy w mieście trwogę: wróg zaskoczony nie zna sił powstańców, nie wie, z kim walczyć będzie. Pułki rosyjskie otaczają dzielnice Belwederu i Łazienek, dwukrotnie przebił się przez nie Wysocki i na czele stu sześćdziesięciu dąży ku Nowemu Światowi.
Na placu Trzech Krzyży po raz pierwszy generał Polak zastępuje im drogę. Jest uczciwym Polakiem, patrjotą, lecz czyn ich nazywa szaleństwem, spieszy na pomoc księciu.
— Do broni! do broni! — wzywają powstańcy, idąc przez puste i ciemne ulice. Czyż Warszawa się z nimi nie połączy?
Tu i owdzie uchyla się zamknięta brama, wysuwa się z niej szybko ciemna postać i staje obok idących.
Szeregi zwolna rosną.
— Do broni! do broni! — rozlega się co chwila grzmiący okrzyk.
Dokąd idą?
Do arsenału po broń dla powstańców. Arsenał na ulicy Długiej, więc droga dość daleka. Tam ich czeka walka zacięta. Arsenał zdobyć muszą.
Do Belwederu na wezwanie księcia spieszą tymczasem polskie i rosyjskie pułki. Generałowie o spisku nie wiedzą, nie rozumieją, co to wszystko znaczy. Maszerująca garstka otacza każdego spotkanego na drodze:
— Generale, prowadź. Śmierć tyranom! Za wolność i Ojczyznę!
— Szaleńcy!
— Generale, błagamy!
— Dzieci! Szaleńcy! Coście uczynili!
— Prowadź nas do zwycięstwa!
— Do zguby.
Proszą, błagają. Opór ich rozdrażnia. Jakto! Polacy przeciw nim? z tyranem?
Jeszcze wzywają, proszą.
Nakoniec strzał pada.
Jednego zabijają przez pomyłkę, nie dosłyszawszy nazwiska.
W taki sposób zginęło siedmiu podczas marszu. Droga do arsenału krwią polską znaczona.
Tam rozpoczyna się walka.



Noc zapadła, pochmurna noc listopadowa, w ciemności wicher wyje pieśń zagłady, — ale dla kogo?
Powstanie opanowało część stolicy, więźniowie od Karmelitów wypuszczeni, arsenał zdobyty, broń rozdana, mieszczaństwo zbroi się z zapałem.
W mieście porządek: bank, gmachy rządowe, więzienia kryminalne — pod wojskową strażą.
Książę Konstanty z wojskiem rosyjskiem w Alejach Ujazdowskich. Ma przy sobie jeden pułk polski, który na pierwsze wezwanie pospieszył. Książę ochłonął z przerażenia, lecz nie wie, co czynić. Nie chce, czy nie śmie zaczepiać powstańców, — wyczekuje.
Zwycięzcy biwakują na ulicach. Na placach rozpalono ognie, przy nich obozują żołnierze i cywilni pod bronią. Słychać gwar rozmów, pieśni:

Hej, Chłopicki, wojak, dzielny, śmiały,
Powiedzie naszych zuchów w pole zwycięstw, chwały!

Huk armat, szczęk pałaszy,
Moskala wnet odstraszy,
Hej, bracia, w imię Boże,
Bóg nam dopomoże!


— Niech żyje Chłopicki!
— Niech żyje Lelewel!
— Chłopicki wodzem! Niech żyje naczelnik! Chłopicki na wszystkich ustach.
Któż to jest ten Chłopicki? Gdzież on dzisiaj? Żołnierz napoleoński i generał. Znają go legjoniści jako mężnego wodza, odznaczył się w Hiszpanji, potem — na Saskim placu.
Kiedy książę Konstanty zwrócił jego uwagę, że maszeruje złym krokiem, miał odpowiedzieć dumnie:
— Tym krokiem szedłem z Madrytu do Moskwy i nie zmienię go nawet na rozkaz jego wysokości!
Za tę odpowiedź księciu uwielbiała go Warszawa, we wszystkich sercach polskich wzbudził wdzięczność i nieograniczone zaufanie. Z wojska wystąpił i żył na uboczu, nie mieszając się do niczego. Rewolucjoniści widzieli w nim wodza.
Więc śpiewają pieśni na cześć Chłopickiego, lecz znaleźć go nie mogą. Niema go w domu, niema u znajomych, daremnie go szukają w całem mieście. Czyżby nie chciał przyjąć dowództwa? On? Ten wróg Konstantego?
— Hej, Chłopicki, wojak, dzielny, śmiały! — brzmi ciągle na ulicach: to nadzieja i radość, — może za wczesna jeszcze?
Wielki krok uczyniono, naród powstał, wstrząsnął łańcuchem, lecz pęta nie rozkute, książę żyje.
Chłopicki nie objął dowództwa i niewiadomo nawet, co myśli o powstaniu, — a gdzie rząd?
Ktoś przecież od początku rządzić musi, organizować ruch, przygotować kraj cały do obrony, — jak najspieszniej.
Bez rządu nic istnieć nie może, a tembardziej powstanie całego narodu przeciw potężnemu ciemięzcy. Lecz rewolucjoniści jakby o tem zapomnieli: ktoś tam sobie rząd weźmie, Polacy, ci postąpią, jak kraj zechce.
Inaczej rozumieją rzecz członkowie rządu, ludzie doświadczeni, starsi, patrjoci, lecz rządzący się rozsądkiem więcej, niż uczuciem.
Gdy tamci biwakują i śpiewają pieśni, oni się zebrali, by radzić. Noc upłynie, dzień przyjdzie: trzeba działać.
Jak? Co robić?
Jest między nimi poeta Niemcewicz, który służył ojczyźnie całe życie, walczył z Kościuszką pod Maciejowicami, dzielił z nim więzienie, a potem tułactwo. Jest dobry Polak książę Adam Czartoryski, jest minister Lubecki, który dzielnie bronił konstytucji, kilku innych; nie zdrajcy, tylko nie podzielają ani wiary, ani zapału młodzieży.
Drżą o los kraju. Jak go ratować, ocalić?
— Czy łączymy się z powstańcami?
— Szaleństwo! Dziecinne uniesienie, zguba. Mikołaj czeka tylko, żeby zmiażdżyć Polskę, dali mu broń do ręki. Całe szczęście, że książę żyje. Trzeba, aby mógł świadczyć, że to wybryk garstki szaleńców, dzieciństwo. Zginą ci nieszczęśliwi, lecz kraj ocalimy. Niewiadomo dziś, co powie o tem cały naród. Czyż możem brać na siebie taką odpowiedzialność? czy nam wolno?
— Cóż zatem uczynimy?
— ?
— ?
Noc długa, długa noc listopadowa upływa na wahaniu, niepewności. Co czynić?
Poranek ich zastaje znużonych, wybladłych, o spojrzeniu przygasłem, czołach zoranych troską niepokoju. Podpisują odezwę do narodu w imieniu Mikołaja I, wzywając do spokoju i rozwagi.
...Tak im się zdaje najbezpieczniej.



Grudzień.

W salach redutowych na Krasińskim placu pełno, głowa przy głowie: ludzie wszystkich sfer, wojsko, rewolucjoniści, studenci, uczniowie, kobiety: to zebranie Towarzystwa Patrjotycznego, które stworzyła rewolucja, aby postawić je przeciw rządowi.
Bo rząd od pierwszej chwili stanął przeciw rewolucji, i w kraju są dwie władze.
Rewolucja wzywa kraj cały, by powstał; chce zwyciężyć lub zginąć; głosi hasło, że śmierć lepsza od niewoli.
Rząd dąży do pojednania się z księciem Konstantym, do uzyskania przebaczenia cara za chwilowy wybryk szalonej młodzieży.
A Chłopicki?
Chłopicki oburzony na „warjatów“, którzy zrobili taką awanturę, wymyśla na nich i zgrzyta zębami, ale przyjmuje naczelne dowództwo, aby nie dopuścić do walki.
Jednak wszyscy mu wierzą; tłumy z entuzjazmem pozdrawiają go na ulicy, widzą w nim zbawcę ojczyzny. Przeniknął go tylko Mochnacki. Ale jak zedrzeć maskę z bóstwa tłumu?
Rzuca strzał pierwszy: w salach redutowych, na zebraniu Towarzystwa Patrjotycznego stawia publicznie żądanie, by Chłopicki niezwłocznie uderzył na księcia, który z wojskiem rosyjskiem stoi w Wierzbnie pod Warszawą i prowadzi układy z rządem.
Propozycję przyjęto z uniesieniem. Wszyscy odczuli, że to prosta droga, to rozstrzygnięcie wahań, to nakoniec — walka.
Rząd przyjmuje żądanie, przyrzeka je spełnić, lecz nazajutrz wieść się rozchodzi, że wielki książę cofnął się ku Litwie.
I nikt mu nie przeszkodził. Uprowadził nawet więźnia, jednego z najlepszych Polaków, Walerjana Łukasińskiego. Nieszczęśliwej ofiary nie wydarto z paszczy tygrysa.
Zawrzał gniewem Mochnacki: to wyraźna zdrada! Niechże chociaż tym kosztem naród się przekona, komu ufa i wierzy. Wypuścić zakładnika! — pozwolić mu zabrać 7 tysięcy wojska! Czegóż w przyszłości można się spodziewać od podobnego wodza?
I na zebraniu wobec tłumów zgromadzonych oskarża go publicznie:
— Chłopicki zdradza rewolucję!
Nieopisany zamęt zrywa się wśród publiczności, oficerowie dobywają szabel, tłum ciśnie się ku mówcy pełen groźby, gotów rozszarpać go na sztuki.
— Precz z nim!
— Śmierć zdrajcy!
Wdzierają się z klątwami na mównicę, ale pogasły światła i Mochnacki zniknął w ciemności.
Zniknąć musiał na zawsze. Szukano go nazajutrz, aby skazać na śmierć. Chłopicki był zwycięzcą.

Grudzień i styczeń.

Biała zima ogłosiła się królową świata, zmęczona ziemia zasnęła pod śniegiem, chce odpocząć do wiosny. Biało, cicho, spokojnie. Czy długo tak będzie?
Ziemio polska, zbudzą cię strzały armatnie, napoi krew gorąca: losy twoje się ważą.
Czy pozostaniesz nadal niewolnicą, czy z wiosną na twych polach zakwitnie cudny kwiat wolności?
Po białych drogach jadą do stolicy posłowie z całego kraju: otwarcie sejmu 18 grudnia. Wtedy dopiero przedstawiciele narodu zdecydują o listopadowem powstaniu.
Tymczasem dyktatorem jest Chłopicki i robi wszystko, co jest w jego mocy, by nie dopuścić do walki. Nie powiększa liczby wojska, nie przyjmuje do niego ochotników, nie wyrabia broni, nie gromadzi zapasów, lecz śle do Petersburga pokorne poselstwo, starając się przejednać samodzierżcę, zbadać jego nieodwołalne wyroki.
Sejm chciałby odwlec aż do odpowiedzi, obawia się, co on powie. Otwarto go wbrew woli dyktatora.
Sejm nie potępia braci. Uznaje powstanie za dzieło narodu, sprawcom wyraża wdzięczność.
To hasło do walki.
Chłopicki się oburza, składa dyktaturę, nie chce być naczelnym wodzem.
Znowu błagają, — wydaje się widać, że bez niego wszystko stracone.
— Bić się nie bodę — powtarza Chłopicki — bo nie chcę być pobitym. Nie jestem waszym wodzem, znać was nie chcę. Szaleńcy!
— Musisz być wodzem, sejm ci rozkazuje.
— Szelmą będę, jeżeli przyjmę z rąk waszych dowództwo!
Zrozumieli nareszcie, kogo uwielbiali, komu ufali tak długo. Szkoda, ogromna szkoda, że nie wcześniej. Tyle czasu!
Cały naród spieszył z ofiarą serdeczną, by ją złożyć na świętym ołtarzu ojczyzny, chłopi dawali zboże, konie, bydło, mieszczanie pieniądze, kobiety złoto, srebro i klejnoty, młodzież garnęła się z zapałem do szeregów, lecz dotąd wszystko szło jakby na marne.
Więc trzeba wynagrodzić czas stracony. Lelewel wygłasza hasło: niech żyje Polska w odwiecznych granicach! to jest: z Litwą i Rusią. Oba kraje pragną się złączyć z powstaniem, lecz trzeba działać szybko.
Jeden z posłów do cesarza Mikołaja, wysłany przez Chłopickiego, powrócił właśnie z Petersburga i przynosi odpowiedź monarchy;
„Pierwszy strzał z waszej strony będzie zagładą dla Polski. Niema łaski dla buntowników“.
Posłowie słuchają w głębokiem milczeniu. Nagle zrywa się okrzyk:
— Niema Mikołaja!
— Precz z Mikołajem!
Niemcewicz pisze akt detronizacji.

Teraz wojna wypowiedziana: niema już pośredniej drogi, tylko zwyciężyć lub zginąć.




Luty.

Od rana wre bój krwawy pod Grochowem: 30.000 wojska polskiego dzień cały opiera się 100.000 nieprzyjaciół.
Bitwą kieruje Chłopicki. Nie jest naczelnym wodzem, nie przyjął dowództwa, lecz skoro niema już nadziei łaski, zrobił wielkie ustępstwo: przyrzekł kierować walką, gdyż naczelnym wodzem został książę Radziwiłł, jeden z napoleońskich generałów, który jednakże nie ma potrzebnego doświadczenia. Powierzono mu naczelne dowództwo ze względu na obietnicę Chłopickiego i pożądaną teraz łączność z Litwą. To przedstawiciel Litwy.
Zwycięstwo pod Stoczkiem, które przed 10 dniami odniósł generał Dwernicki nad większemi znacznie siłami Gejsmara, podniosło ducha w wojsku, nową wlało wiarę: Damy sobie radę z tą dziczą! — mówiono, chociaż armja rosyjska pod Grochowem przeszło dwukrotnie przewyższała siły polskie.
Chłopicki dowodzi. Zmienił się do niepoznania: wobec bitwy stał się żołnierzem, wodzem, wierzy w zwycięstwo, gotów zginąć śmiercią walecznych. Jest wszędzie, czujny, baczny. Dwa konie pod nim padły, podano mu trzeciego; płaszcz poszarpany strzałami, w oczach błyskawice, w twarzy stanowczość i niezłomne męstwo.
Patrząc na niego, żołnierz nie lęka się śmierci. Z takim wodzem zawsze zwycięstwo.
Książę Radziwiłł stoi na uboczu i potwierdza rozkazy Chłopickiego, bo niektórzy dowódcy w takiej chwili odmawiają mu posłuszeństwa. Dowódcy, nie żołnierze.
Najważniejszy punkt bitwy to lasek olszowy, Olszynka. Kto nią zawładnie, panem jest całego pola. Więc tu największe szturmy, najtęższa obrona. Olszynka dziesięć razy przechodzi z rąk do rąk: zajmuje ją wódz Dybicz, zwany Zabałkańskim od sławnych zwycięstw w wojnie tureckiej, to znowu wypierają go stamtąd Polacy.
Tu padł Żymirski bohaterską śmiercią, tu zdobył sławę generał Skrzynecki.
Grzmi blisko 400 armat, — Skrzynecki z bohaterską odwagą uderza znowu na Olszynkę, — pod Chłopickim pada koń trzeci, on sam ciężko raniony w obie nogi, dłużej dowodzić nie może.
Nikt nie kieruje bitwą, nikt nie rozkazuje, każdy walczy, gdzie widzi największe niebezpieczeństwo, opiera się i ginie lub zwycięża, ale takie zwycięstwo losu bitwy nie przeważy.
Padają generałowie i żołnierze, tysiące trupów na skrwawionej ziemi, tysiące rannych kona; dym, kałuże krwi w śniegu, kwik rannych, koni, gruchot armat, komenda, szczęk bagnetów, jęki, przekleństwa — i szary, mroźny zmrok...
Na drodze do Warszawy wozy broczące krwią, broczące krwią — to rannych wiozą. Krew spływa, krew na bruku, w powietrzu zapach krwi — krwawa droga dziś do stolicy.
Warszawa — jeden szpital. W każdym domu ranni, przed każdy zajeżdżają krwawe wozy, zdejmują ojców, mężów, synów, braci, niosą — niosą żołnierzy nieznanych nikomu: każdy dziś brat najbliższy. Kobiety opatrują, pomagają lekarzom, przewiązują okropne rany...
A przez most ciągną wozy, krwawe wozy, — szereg ich nieskończony, — ranni i konający obok siebie — na twarzach bladość, ból — jęk, płacz dokoła.
...Wiatr hula dzisiaj po Grochowskich polach i odgrzebuje z piasku białe kości, — deszcz je obmywa z kurzu, słońce suszy, białe kości poległych...

Noc zapadła. Na polu bitwy nieprzyjaciel. Polacy cofnęli się do Warszawy.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wzywa.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinien być przecinek.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być patrzyć bądź patrzeć.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – obok.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Fragment dramatu Noc listopadowa Stanisława Wyspiańskiego w luźnym przytoczeniu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.