Król Husytów/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wincenty Rapacki
Tytuł Król Husytów
Wydawca Kasa przezorności i Pomocy Warszawskich Pomocników Księgarskich
Data wydania 1913
Druk Tłocznia L. Bogusławskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIII.

Stary Jagiełło w towarzystwie Oleśnickiego i kilku panów polskich, wraz z dworem i nieodstępnym Ciołkiem wybrał się do Nowogródka, gdzie go czekała narzeczona.
Witoldowi zależało na pośpiechu ze względu na gotujące się wypadki, które mogły pokrzyżować jego plany.
Nazajutrz więc po przybyciu króla odbył się obrzęd przejścia księżniczki na katolicką wiarę, gdzie otrzymała imię Zofji i uroczyste zaślubiny.
Nie przeczuwała młoda rusinka, że się stanie kiedyś matką całej Jagiellońskiej dynastyi, boć i każdy z obecnych, patrząc na ten pączek przy boku starca, podśmiewał się w duszy z gotowości Jagiełły, a urągał chytremu Witoldowi, który sprzągł to dziwne stadło, tymczasem młoda królowa zachowała się tak, jak gdyby już oddawna zrosła się z koroną, którą jej niebawem na głowę miano włożyć.
Złośliwi szeptali, że znowu się zaczną sceny zazdrości, jak to było z każdą prawie małżonką Jagiełły, a dla paszkwilistów obszerne pole się ściele. Przyszłość jednak zadała kłam tym ludzkim sądom. Królowa Zofja była najwzorowszą małżonką, chociaż nie uniknęła, jak wszystkie żony, podejrzeń zazdrosnego króla.
Zarzucano jej wprawdzie, że hołdowała zabobonom i jakoby znała się na czarodziejskich sztukach. Ale wówczas każdy wyższy i energiczny umysł musiał mieć do czynienia z nadludzkiemi siły. To pewna, że ta rusinka przeznaczeniem wyższej woli stworzona była na matkę dynastyi, która tyle wieków miała Polsce panować.
Piękna, smagłego oblicza, przenikliwych czarnych oczu, bujnych kruczych włosów, była typem owych rusinek, jakie jeszcze dzisiaj spotkać można nie rzadko, a które poezya ukraińska nazwała czarnobrewemi, rusałkami, świteziankami. Ta ruska rasa mieszana z krwią lacką dawała nam ludzi silnych, zdeterminowanych, a przebiegłych. Chytry, jak rusin, mawiano wówczas, tak, jak i dzisiaj się mówi.
Rozpoczęły się uczty i to uczty nielada.Witold suto lubił podejmować, koroniarze nie mogli się nigdy odchwalić gościnności litewskiego kniazia. Piekły się na rożnach woły, owce, żubry, cielęta, wieprze, kapłony, kurczęta,zające, ryby, piwa, miody, wina. Pękały beczki małmazyi — cóż dopiero mówić o podarkach, które każdy z gości otrzymał.
Mistrz Marcin wygotował horoskop młodej parze, gdzie wywiedzionem było, jak na dłoni, przyszłe potomstwo Jagiellonów, czem uradował mocno starego króla i rozweselił gości. Poczciwiec, duchem świętym natchniony, zbudował wieczno-trwałą sławę swojej nauce i stał się nadal wyrocznią, bez której już nie rozpoczynano żadnej ważnej czynności.
Zaraz po uroczystościach weselnych zajęła się królowa zorganizowaniem swojego dworu, który chciała mieć z samych polskich dziewic i matron, co było arcy-politycznie. Jedna tylko rusinka znalazła się w jej fraucymerze, a tą, któżby temu uwierzył, była Agata, którą tak sromotnie wygnał Korybut.
Gdzie znalazła protekcyę i kto ją tam wśrubował, pozostanie wieczną tajemnicą. Sprytna dziewka, niby Kameleon, potrafiła brać na siebie różne skóry. Potrafiła zniewalać ku sobie kogo tylko zapragnęła. Tak to niedola potrafiła ją ukształtować.
Na kilka tygodni przed weselem zjawiła się u księżniczki Sońki i potrafiła ją sobie zjednać opowiadaniem o krakowskim dworze, tak, że stała się dla niej nieodstępną towarzyszką. Trwające bez przerwy bankiety nie przeszkadzały bynajmniej polityce. Średniowieczne mózgi, aby mogły dobrze funkcyonować, podsycano obfitem jadłem i piciem.
Zbigniew Oleśnicki, już biskup krakowski, po Jastrzębcu, który zajął gnieźnieńską katedrę, silną dłonią objął rządy nad Jagiełłą i tem ostrzej stawiał się Witoldowi, krzyżując wszystkie jego plany, które przenikał, co wielkiego kniazia zapalało nienawiścią.
On, oparty na husytach, marzył o wielkiej monarchii litewskiej, o podboju całego wschodu.I mocen był, aby sobie zbudować wielkie państwo, a nie być, jak dotąd, wasalem starzejącego się Jagiełły, rządzonego przez przebiegłego klechę i możnowładców.
Jego agent, Cybulka, w ustawicznych podróżach po Europie, obrabiał pańskie interesy to u Zygmunta, to u Krzyżaków, to wreszcie w Watykanie. Przebiegły, zimny, tajemniczy — prototyp średniowiecznego Talleyranda, który mógł powiedzieć, jak jego następca, że mowa ludzka jest po to, aby ukrywać myśli. Pracował, aby panu swemu zdobyć koronę litewskiego króla. Znano go na dworze wawelskim, a pojawienie się jego zwiastowało nowe matactwo Witoldowe. Mawiano też, że gdzie Cybulka, tam i kisiel litewski.
Przebiegając karty Witoldowych dziejów, spotyka się to nazwisko na każdej prawie stronicy. Wygląda on, jak gdyby prawa jego ręka, która spełnia to, co głowa pomyśli.
A Witoldowa głowa roiła myśli wielkie.W komnacie nowogrodzkiego zamku zamknęli się trzej mężowie.
Jest to Witold, Zbigniew i król. Zbigniew siedzi spokojny przy Jagielle, podczas kiedy wielki kniaź chodzi szerokim krokiem po komnacie, rzucając gromkie słowa. Niekiedy zatrzyma się przy biskupie z zaciśniętemi pięściami, jak gdyby go chciał rozszarpać. On, który zwykle tak panuje nad sobą, w tej chwili puścił wodze gniewowi.
— Wybije dla was godzina, mnichy. Nie będziecie więcej dzierżyli koron królewskich. Tam, przy ołtarzu wasza władza, a tu wam wara!
— Bronimy prawa kościoła, który jest fundamentem wszelkiej władzy, bo władza pochodzi od Boga. Tylko przez nasze ręce królowie rządzą ludami. Wasza Wysokość dla swych ambitnych celów chcesz nas poróżnić ze Stolicą Apostolską, podając ręce heretykom najstraszliwszym, jakich piekło wydało.
— Dość! — krzyknął Witold, uderzając w stół pięścią. — Czechy garną się pod naszą opiekę i my ich weźmiem. Wreszcie Korybut ma instrukcyę, aby ich nakłaniać do powrotu na drogę chrześcijańską. Niech więc wasza gorliwość biskupia tą razą pofolguje. Zresztą uda mu się, czy nie, my później będziemy się rachować z Rzymem.
— Zanim Wasza Miłość z Rzymem się porachujesz, Krzyżak wkroczy do Polski.
— Aha, tędy droga! Jużeście Krzyżaka podburzyli, widzisz, — zwracając się do króla, — jak prowadzi interesy twój wierny sługa.
— Krzyżaków podburza Zygmunt — odrzekł Jagiełło.
— A Rzym im chętnie w pomoc spieszy, — dorzucił Zbigniew. — Czyż Wasza Wysokość nie przewidziałeś tego? Toż jedyna dla nich pora, aby nam spaść na głowy.
— Bądź spokojny, światły biskupie, jużem ja to obliczył. Ojciec Święty złamanego denara im nie da. Luxemburczyk drży o własną skórę, którą radzi garbują husyci, poradzimy sobie z Krzyżakiem.
— I nam-że teraz prowadzić wojnę? — ozwał się strapiony Jagiełło.
— Ty, braciszku, pilnuj młodej żonki, już my ją poprowadzim.
— Wasza Wysokość swojemi siłami nie wystarczy.
— A ty nam swoich wzbronisz, biskupie?
— Czy ja sejmem?
— Nie, tyś ich sumieniem, władcą ich dusz. Ale husyci was zreformują. Coraz więcej owieczek wymyka się z pod waszej władzy.
— Zanim husyci tu wtargną, powstaną wszyscy wielcy mężowie, których nie dotknęła jeszcze zaraza i w proch zdruzgocą heretyków wraz z ich przyjaciółmi.
— Grozisz?
— Nie ja grożę, ale majestat świętej wiary naszej.
— Wasza wiara, ich wiara, moja wiara, to tylko konary jednego pnia, a pytanie, który z nich więcej ma w sobie Chrystusa.
— To już orzekli najświatlejsi męże stulecia.
— Kąty! Palacze!
— Daruj Wasza Królewska Mość, że usunąć się muszę, niezdolen słuchać bluźnierstw, które Wielki Książę wygłasza.
— Zostań biskupie, a ty, miły bracie, nie mieszaj spraw wiary do świeckich naszych sporów.
— Jam już skończył, com miał do powiedzenia — odparł Zbigniew. — Na zakończenie powtórzę jeszcze W. Król. Mości to, com wyrzekł na początku. Trzeba wysłać rozkaz do wojsk i księcia Korybuta, aby wracali do domu.
— Księcia Korybuta jam wysłał i on moich tylko rozkazów słucha.
— Korybut wyjechał za mojem przyzwoleniem — rzucił prędko Jagiełło, wstając zirytowany. — Jam to oznajmić kazał posłom czeskim.
Zbigniew z ironicznym uśmiechem opuszczał komnatę.
— Wstyd mi doprawdy, że wobec tego klechy do podobnych między nami przychodzi sporów.
— Zapominasz zawsze, Witoldzie, że ten klecha, to rozum polski.
— Więc gdy on zechce, my nie zwiążemy się z Czechami.
— Nie zwiążemy.
— Ha, to ja sam przeprowadzę moje plany.
I już chciał wyjść, gdy naraz zatrzymał się, siadł przy królu, jął mu przekładać korzyści sojuszu z Czechami i plany zemsty nad cesarzem Zygmuntem, na co Jagiełło uśmiechał się chytrze, wiedząc bardzo dobrze, że tenże Zygmunt pracuje dlań, aby go usadowić na królewskim tronie Litwy i oderwać na zawsze od Polski.
Zbigniew przewidywał, że z tych mętów wypłynie na czystą wodę i poprowadzi łódź kościoła z tryumfem, ale nie obliczył, ile krwi i pożogi tryumf ten kosztować będzie.
Tymczasem wieści z Czech na daleką Litwę nie mogły się jeszcze przedostać. Zbigniew radził, aby się posuwać szybko ku Krakowowi.
Wśród przygotowań do podróży nadbiegł goniec z wieścią, że Krzyżacy gotują się do wojny.

— To sprawa Witolda — rzekł Jagiełło. — Niech on z nimi paktuje.



Wielki książę przez swą pupilkę pragnął zatrzymać Jagiełłę jak najdłużej w Nowogródku, ale młoda Rusinka, żądna koronacyjnych festynów i zabaw dworskich w rojnym Krakowie, oddała się całkiem namowom Zbigniewa i parła króla do pośpiechu. Wielkiego księcia irytowało to mocno, widząc, że wpływ na króla przez młodą żonę bierze przeciwny jego zamysłom obrót.


Już na wsiadaniu zatrzymał Zbigniewa.
— Radzę wam zwolnić nieco więzów, w których dzierżycie króla, żeby się cała burza nie zwaliła na głowę waszą.
— Bądź Wasza Wysokość spokojną — odparł chłodno Zbigniew — raczej dzierżcie dobrze waszego bratanka, żeby wam nie przysporzył kłopotu.

Witold zaklął z litewska biskupa... i tak rozstali się.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wincenty Rapacki (ojciec).