Król Husytów/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wincenty Rapacki
Tytuł Król Husytów
Wydawca Kasa przezorności i Pomocy Warszawskich Pomocników Księgarskich
Data wydania 1913
Druk Tłocznia L. Bogusławskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XIV.

Młody Korybut, niby ptak wypuszczony z klatki, leciał na czele swoich dzielnych rycerzy.Gorączka czynu go paliła. Trzeba było hamować kniazia wszelkiemi siły, aby dał wytchnąć ludziom i koniom.
Cudna wiosna śmiała się swoją krasą i zdawała się pozdrawiać przybyszów.
Piękna ziemia czeska ze swemi wzgórzami radowała oczy, przywykłe do mazowieckich nizin. Ziemia plenna, bogata, usiana teraz w zgliszcza, które, niby rany, szpeciły to piękne ciało.
Z chat, dworów i zamków wyzierały głowy ciekawe, nieufne, a ręce, uzbrojone w cepy i haki, tę straszną broń husytów, gotowe w każdej chwili ściągać jeźdźców z koni, aby ich gnieść, jak robaków.
— Kto? z czym? — pytano.
— Polacy! na pomoc braciom Czechom.
— Na zdar! — odpowiadano i wtenczas luźne kupy przyłączały się do naszych jeźdźców, gwarząc pobratymczą mową.
Pięciotysięczny zastęp złożony z najprzedniejszego rycerstwa Litwy i Rusi, wyćwiczonego w bojach Witoldowych z Tatarami, niósł na swoich czołach zwycięstwo. Za nim tłumy uzbrojone szlachty awanturniczej, której liczba zwiększała się coraz bardziej.
Pod Uniczowem, pierwszym warownym czeskim grodem, wyprawił Korybut proldamacyę, donosząc Czechom o swoim przybyciu i rozkazał otworzyć bramy.
Nie posłuchano rozkazu. Trzeba było gród zdobywać.
Po dwudniowym szturmie, gdy się wreszcie porozumiano dostatecznie, otwarto bramy pod warunkiem, że wiara husycka w niczem nie dozna uszczerbku, na co otrzymali przyrzeczenie.
To pierwsze starcie przekonało oblegających, że mają do czynienia z narodem twardym i niedowierzającym, a podzielonym na stronnictwa. Rozesłano gońców na wszystkie strony, donosząc Czechom o przybyciu Witoldowego namiestnika.
Na rynku miejskim zebrała się rada przedniejszych mieszczan z duchownym husyckim na czele.
Po krótkiem przemówieniu pozdrowił ich Korybut, wreszcie rzekł: — Tu, na tej czeskiej ziemi pragnę się zbratać z wami wiarą i obyczajem waszym.Pragnę zyskać ufność waszą. Niech nas złączy najświętszy węzeł. Ojcze duchowny, racz mi udzielić komunii pod dwiema postaciami.
Skwapliwość, z jaką młody Korybut chciał się niejako uczeszczyć, obudziła szemranie w rycerstwie, ale za to wielce uradowała polskie zastępy szlachty, pragnące się okryć niby płaszczem husytyzmem. Siestrzeniec przelatywał szeregi i zachęcał oporniejszych, natomiast kniaź Dorohostajski, oburzony, ozwał się do Korybuta:
— Wasza Wysokość przyrzekłeś nakłaniać Husytów do przymierza z kościołem i wyrzeknięcia się błędów... a tu... Jakże to będzie? —
Jam nic nie przyrzekał. Wreszcie ja sam zdam sprawę wielkiemu księciu i królowi z moich czynów. Tak zaś nakazuje mądra polityka — odparł szorstko Korybut.
— Eh, nie mądra to polityka. Farbowane lisy puszczą barwę i zostanie baran.
Zatrzęsło młodym kniaziem, ale powaga wielka, jakiej używał posiwiały rycerz Witoldowy, ochłodziła go nieco.
Tymczasem ceremonia komunii odbyła się uroczyście.
Był to pierwszy krok niefortunny Korybuta. Młoda, zapalona głowa, odurzona wielkością swej misyi, podsycana zapałem, jaki gorzał na około niego, już widziała koronę na swoich skroniach. Nie umiał się liczyć z rzeczywistością.Niby drugi Aleksander macedoński, o którego czynach tyle się nasłuchał w młodości, jednym uderzeniem miecza chciał rozcinać węzły gordyjskie.
Nazajutrz opuścili Uniczów, ale Litwa już nie z taką gotowością ciągnęła z Korybutem.
Kniaź Dorohostajski rozpisał listy do Witolda, nie wróżące tej sprawie powodzenia.
W Czasławie, który rozwarł już bramy i witał uroczyście polskich żołnierzy, Korybut rozkazał zwołać sejm. Zgromadziła się szlachta, Utrakwiści i mała garstka Taborytów Żyżkowych. Książę wygłosił płomienną mowę, w której podniósł braterstwo ludów słowiańskich, ich potęgę, przed którą się żaden mocarz nie ostoi.
— Podajcie mi wasze wyznanie wiary — wołał — niech przysięgnę tu uroczyście, że będę jej gorliwym czcicielem i wyznawcą i bronić jej do ostatniej kropli krwi, że nie złożę oręża dopóki morderca Husa, wróg naszego języka, król Zygmunt istnieć będzie.
Wtedy jeden z duchownych odczytał mu cztery artykuły husyckie, które były: 1) wolność wyznania księżom chrześcijańskim; 2) najświętszy sakrament pod dwiema postaciami; 3) księża nie mają posiadać żadnych dóbr doczesnych; 4) grzechy śmiertelne mają być karane publicznie przez urzędy.
Korybut na nie poprzysiągł.
Tu już oburzenie Litwinów nie miało granic. Dorohostajski krzyczał głośno, że Korybut jest niedojrzałym młokosem i że zdradza swojego króla i wielkiego księcia, którzy mu nie taką dali instrukcyę. Polacy natarli na Litwę, że śmie znieważać namiestnika królewskiego. O mała nie przyszło do bitwy.
Rozważni Czechowie starali się łagodzić zwaśnione strony. Ale większa ich połowa stanęła po stronie Litwy, widząc w postępku Korybuta tylko młodzieńczą butę, a brak dojrzałego rozsądku.
Jeden z Czechów powiedział:
— Kto tak łatwo zrzeka się swojej wiary, ten jej nikomu w życiu nie dochowa.
Na list, który Korybut wysłał do Żyżki, wódz Taborytów odpowiedział grubijansko i odmówił mu tytułu księcia.
Ślepy wódz nie należał do tych, którzy przyzywali na tron Jagiełłę. Pod Grunwaldem doświadczył, jakie to niesnaski i niezgoda szarpały nieraz polaków. On, twórca porządku i karności, obawiał się wybujałego już wówczas, i niesfornego animuszu polskiej szlachty i słabego często króla, który nie uczcił w nim jak należy walecznego rycerza i mądrego doradcy, aby korzystać ze zwycięstwa i znieść do szczętu krzyżacką hydrę. Zresztą ideałem Taborytów i wszystkich zagorzałych fanatyków była republika opierająca się na źle pojętych miejscach biblii.
Nastąpiło rozdwojenie między Czechami, jedni za Korybutem, drudzy przeciw niemu stanęli.
To młodzieńca otrzeźwiło z gorączki.
Przypomniał sobie mądrego starca, stróża koronnych skarbów i w myśl jego umartwieniem i postem starał się do równowagi przyprowadzić ducha.
Już teraz wolno i z rozwagą posuwali się ku Pradze.
Lecz zanim w niej stanęli, dane im było przypatrzeć się dokładnie, jak to husyci prowadzą wojnę.
Niedaleko od Kutnej-Hory, gdy wjechali na wzgórek, ujrzeli w dolinie mały tabor. Były to wozy, ustawione w dwa szeregi. Z tych wozów kobiety, dzieci, starcy, strzelali ze strzelb i łuków do napadającego nieprzyjaciela. Po obu zewnętrznych stronach taboru stała jazda; ta, skoro tylko ją ścigano, chowała się za wozy, które umiano bardzo szybko otwierać i zamykać. Tabor okazał się niezwyciężonym. Jazda Filistynów, jak Niemców nazywali, podała tył.W tem wysunęło się kilkudziesięciu mężów z pikami i hakami i poczęli ściągać z koni niemieckich jeźdźców, a którego sięgną, dobijają.Mordercza walka.
Nasi drżeli z rozkoszy, patrząc na to żniwo. Czyż mieli stać bezczynnie? Pierwszy Korybut rzucił się na Niemców. Wpadł w sam środek kupy, gdy jeden z nich, Ditrych z Rotenburgu, rzucił nań arkan i już go wlókł za koniem. Dopadł go Andrzej z Dąbrowy i odciął. Dopieroż rzeźba się stała okrutna. Ani jedna głowa niemiecka nie ostała się przy życiu.
Po drodze jeszcze stoczono kilka małych potyczek z oddziałami Niemców, rabującemi wsie i miasteczka, gdzie Korybut dał dowody wielkiego męstwa i zaprawiał się do okrucieństw, podżegany przez zajadłych husytów.
Poleciały o nim słuchy, które się obiły o uszy Zygmuntowe i doleciały do Rzymu.
16 maja stanął Korybut w Pradze.
Przyjęli go z ogólną radością Kalikstyni i Prażanie. Taboryci patrzali niechętnie i wyczekująco.
Chciano Korybuta poprowadzić na Hradczyn, aby tam obrał swoją rezydencyę, jako namiestnik królewski, ostrożny jednakże tym razem młody książę, obrał sobie siedzibę w domu Joszta na Małej stronie. Chciał niejako wyrozumieć stronnictwa, zanim zajmie stanowisko jakie mu się należy.
Zagotowało się w Złotej Pradze, niby po wylaniu wrzątku w mrowisko.
Żeby mieć pojęcie, czem była Praga w dobie wojen husyckich, przenieśmy się myślą do epoki bliższej nam, do Paryża w czasie wielkiej rewolucyi. Da nam to przybliżone pojęcie, jednak porównanie musi wypaść na korzyść Francuzów. Już sama zdobycz trzechsetletniej kultury musiała złagodzić nieco ludzkie zwierzę. Tu rządziło prawo, jakiekolwiek ono było, ale było.Trybunały rewolucyjne, zanim posłały na gilotynę, przeprowadzały formy prawne procesu.Ludzka bestya trzymaną była na smyczy. Tam panowało wyłącznie prawo siły zwierzęcej. Sekty Horabitów, Taborytów, Adamitów, Picardów, żarły się o słowa tekstu, o zdanie, o kropkę nad i. Nie chcieli uznać żadnej władzy nad sobą.Zwali się ludem bożym, naśladowali mojżeszową organizacyę szczepów. Czechy zwały się u nich Ziemią Obiecaną, przeciwnie mieszkańców Miśni zwali Moabitami, Sasów Edomitami, a innych Niemców Filistynami.
Nie pokazał się żaden ksiądz katolicki, bo pospólstwo krzyczało: „w sak mnisze, w sak!“ i topiło w Wełtawie. Najsprośniejsza sekta Adamitów, obnażona do naga, bestyalskich dokonywała okrucieństw. Choć Żyżka tępił ich tysiącami, wyrastali jak grzyby po deszczu.
Każdy dom to forteca, każdy plac to obóz.
Tu zamknęli się Kalikstyni, ówdzie katolicy, tam umiarkowani, a ulicami przewalało się najsprośniejsze pospólstwo.
Ono nie chce nad sobą żadnej władzy.Przyjazd Witoldowego namiestnika wywołuje wstręt. Kniaź słyszy przekleństwa i obelgi. Zwierzęca tłuszcza obrzuca dom jego nieczystościami.
Korybut, przy pomocy dzielnego Siestrzeńca i jego krewniaków, którzy, jak szczupaki zanurzali się w tem bagnie i wyławiali zeń najpotworniejszą czerń ludzką, ścinać każe dziesiątkami na placu ratuszowym.
Na raz jak grom padają słowa:
— Niemiec, Niemiec pod murami Pragi!
Wszystkie domy, wszystkie nory, wszelkie schronisko, które się ukryło przed karą, otwiera drzwi i wysypuje się lud zbrojny i śpieszy do odparcia. Niema już Adamitów, Picardów, Horabitów, Taborytów, jest tylko jeden wielki lud czeski.
Okrzyk: Na Niemca! na Niemca! grzmi nad miastami.
Kobiety, starcy, dzieci, kaleki, co żyje, co oddycha — leci, pędzi, ziejąc wściekłością.
Polacy i Litwini patrzą zdumieni na tę moc rozszalałego ludu. Takiej nienawiści, takiego szału oni dotąd nie widzieli w życiu. Wszelkie poswarki, wszelka niezgoda gdzieś znikły, pozostała tylko zemsta okrutna, ziejąca z ust pianą zakrwawioną. Drapią się na mury i tłuką, jak robactwo. Z ciał własnych tworzą obronne wały. Gdy mury oczyścili, walą się poza mury i tam gryzą, jak szczury. Kawały mięsa ludzkiego rzucają na miasto, aby tłum mógł się pastwić. Niemcy ustępują w nieładzie, ale za niemi pędzą tłumy, urywając, chwytając, gryząc. Gdy Żyżka ruszył z Taboru i pośpieszył na odsiecz, widział tylko garstki niedobitków w ucieczce i zastał pole zasłane trupami.
Młody Korybut patrzy zdrętwiały i bezsilny.Teraz dopiero otwierają mu się oczy, teraz widzi, czem to są Czechy ze swoim straszliwym Żyżką na czele. Teraz dopiero dojrzał, że z takim ludem świat zwyciężyć — to igraszka, ale go trzymać należy w silnych karbach porządku. Zabrał się też doń gorliwie i porządek się ustalił.
Na ratuszu siadł ślepy wódz Taborytów w otoczeniu swoich wiernych.
Długie brody, ponure wejrzenia wyróżniają ich z pomiędzy wszystkich husytów. Przy jego boku dwóch mnichów Prokopów, Wielki i Mały, niby dwoje rąk ślepca.
Wprowadzono doń Korybuta.
— Witam cię, Janie Żyżku.
— Kto mówi?
— Jam namiestnik wielkiego księcia Litwy i króla polskiego.
— A jakże to być może, Wy husyta namiestnikiem katolickiego króla?
Kniaź się zmięszał, ale wnet zapanował nad sobą.
— Jam husyta, bo mi tak sumienie moje każe. Nienawidzę równo z wami mordercy Husa, apokaliptycznego smoka, nieprzyjaciela narodu słowiańskiego.
— Dziwnym wy narodem. Miast jednego, macie kilku króli, bo oto jeden sprzyja husytom, drugi biskup służy szalbierzowi Zygmuntowi, trzeci zaś Witold z Krzyżakami szachruje, anowie znów biorą husycki chrzest i komunię.Ja moją rózgą nauczyłbym was, krnąbrne dzieci, jak się kochać powinno naród, któremu służby poprzysiężono. Jeden już u mnie w niewoli jęczy. Znasz go? To Zawisza Czarny, kwiat waszego rycerstwa, pojmany przezemnie pod Niemieckim brodem, wierny sługa mordercy.
— Ja nie odpowiadam za czyny niczyje.Poprzysięgłem sprawie waszej i nie opuszczę jej do końca życia mojego. Wasza sprawa, to sprawa sprawiedliwego gniewu Bożego. To sprawa odwieczna walki ze złem, to sprawa odkupienia, którą sam Bóg prowadzi.
— Młodyś, słyszę to z twego głosu, który mi brzmi czysto, jak dzwon. Czuć tam rycerskiego ducha. Opowiadano mi też, jakeś podeptał Niemców pod Kutną Horą i uspokoił Pragę.
Dzielnyś! Nie lękasz się twoich przemożnych stryjów? Nie lękasz się gromów, co z Rzymu na ciebie spadną?
— Podołam im.
— Podaj mi rękę. Cokolwiek tam uknują na Twoją głowę, masz we mnie orędownika i przyjaciela. Ja spieszę pod Przybysław. Praga uspokojona. Ty odbierz Niemcom Karłowy Tyn.Bóg z Tobą.
W parę dni znalazł się Korybut pod Karłowym-Tynem, ale Karłowy-Tyn to twierdza niezdobyta, obsadzona silnie Zygmuntowem wojskiem. Po kilkodniowem oblężeniu musiał odstąpić. Ten sam los spotkał go pod Opocznem.Obiecana pomoc Taborytów nie przyszła, a polska i litewska jazda wraz z czeską szlachtą i Prażanami nic nie mogli dokazać. Mimo to młody kniaź pierwszy wdarł się na mury i byłby śmierć poniósł, gdyby nie nagła pomoc Hynka z Kolsztyna, który uniósł rannego i omdlałego młodzieńca.
Otoczono go staranną opieką. Sympatya ku niemu rosła z dniem każdym. Zda się, że wszystkie stronnictwa stanęły po jego stronie.

Niewiasty szeptały po cichu i głośno, że takiemuby należała korona czeska, nie staremu Jagielle, albo nieco młodszemu Witoldowi.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wincenty Rapacki (ojciec).