Kościół Święto-Michalski w Wilnie/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kościół Święto-Michalski w Wilnie
Podtytuł opowieść historyczna z pierwszej połowy XVII-go wieku
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1908
Druk Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Mówił ktoś
Z kimsi coś —
Co? jednem słowem powiedzieć
Trudno — ale chcecież wiedzieć?
Lepiej, niżeli mnie pytać,
Do końca wszystko przeczytać!

Coś nowego. 1652.

W samej bramie kalwińskiego zboru zeszły się dwie osoby: pan Józef Pietkiewicz, dozorca zboru, i Daniel Naborowski, sędzia grodzki wileński. Był to ranek zimny, zwyczajny jak w jesieni. Pan Pietkiewicz miał na sobie futro i sobolową czapkę. Nizkiego był wzrostu, a twarz jego oznaczała człowieka z rzędu tych, o których nic ani powiedzieć, ani napisać nie można. Oczy jego nie miały życia, usta zdawały się być skrępowane, wszystkie władze jego były natężone do zrozumienia jeśli doń kto przemawiał, a czy pojął czy nie, świętym swoim zwyczajem najprostszej rzeczy się dziwował. Jednem słowem, była to wyborna machina potakująca, dla użytku tych, którzy role rozumnych grać chcieli. Nie było przytem na świecie zegara, któryby z panem Pietkiewiczem mógł iść o regularność w zawody, taki był minucista we wszystkich, najdrobniejszych nawet życia czynnościach.
Pan Daniel Naborowski, który się z nim spotkał w bramie, niedarmo był poetą, bo też i poetyczną miał minę, twarz długą, nos orli, oczy czarne i wielkie, czoło wysokie, rumieniec i uśmiechające się oblicze. Wszyscy owych czasów poeci tak jak on wyglądali, bo wówczas nie znano jeszcze literatury, coby jak dziś zbledziła, schudziła i zubożyła człowieka. Dawniej nie było u nas prawie poetów z profesyi; przy szklance, przy oklaskach, przy dobrze napakowanym żołądku i nie próżnej kieszeni, rodziły się ody i pieśni.
Kiedy pan Daniel poeta milczał, usta jego ożywione dowcipem, któremu miłość własna mocy dodawała, uśmiechać się zdawały; kiedy zaś mówił, słowa jego drugie tyle nabierały wartości od gestów i gry fizyonomii, w wysokim stopniu przezeń posiadanej.
— Daj ci Boże dzień dobry, odezwał się pan Pietkiewicz do Daniela poety.
— Także to rano wychodzisz mości dozorco, odpowiedział Naborowski, a chociaż nie venator, sub Jove frigido nie boisz się pozostać, z gorliwości o dobro twoich owieczek.
— Mam wiele do czynienia, mości sędzio, przerwał dozorca, i dla tego nawiasem tylko oznajmuję waszmości, że bratowa księdza Jurskiego syna powiła, będziemy mieli chrzciny.
— O to! to! odezwał się Daniel, zaśpiewam odę nowonarodzonemu. Właśnie w sam czas przyszedł na świat, bo już oddawna palce mi świerzbią do pisania, a ten sąd przeklęty, w którym zasiadam, chwili mi odetchnąć nie daje i, gminnymi przedmioty napełniając głowę, poetycznym wyskokom rodzić się i dojrzewać nie dozwala.
— No! no! to być może, choć ja waszmości nic a nic nie rozumiem, ale mnie spieszno do miasta, rzekł pan Pietkiewicz, żegnam waszmości, sługa najniższy.
— Całuję stopy twoje. Ledwie po tych słowach kilka kroków byli uszli, kiedy się znowu dwie osoby zbliżyły. Był to sam ksiądz Jurski, i kaznodzieja zborowy ksiądz Balcer Łabędzki.
Pierwszy był chudy, wysoki, blady; drugi garbaty, krzywy, z małemi oczkami, miną surową i szedł kaszlając co chwila. Na twarzy księdza Jurskiego niezmyślona malowała się wesołość i przytem nieco skłonności do żartu; wyraz surowego zamyślenia cechował twarz księdza Balcera, była to uosobiona krytyka i zażartość kaznodziejska.
Ksiądz Balcer zbliżając się ku Naborowskiemu szydersko usta wykrzywił, i pozdrowił go tylko lekkiem głowy skinieniem, na co poeta uchylił czapkę nieznacznie. Ksiądz Jurski zaś chwycił go za rękę, uśmiechnął się i zawołał:
— Bogdajby tak zawsze panie sędzio dobrą witać nowiną! przybył światu jeden mieszkaniec, a Bogu sługa nowy.
— Tak, słyszałem, dołożył poeta, pono pracowita Lucyna w dom twój obfitość wniosła?
— Umf! przerwał Balcer — czy nie mogłeś waszmość tego samego powiedzieć księdzu Jurskiemu, nie mieszając imienia bóstwa pogańskiego? jest to znieważenie religii, kiedy też sama gęba, pogańskimi zbrudzona błędy, święte jej tajemnice opowiada.
— Jak uważam, ksiądz Balcer dziś w żółciowym humorze, rzekł uśmiechając się sędzia.
— Mniejsza o to! przy winie się ta żółć rozejdzie. Proszę waszmości na czwarty tego miesiąca na chrzciny.
— Najchętniej przybędę, skoro taka wola wasza, odpowiedział kłaniając się poeta. A jakże zdrowie żony waszej?
Tu ksiądz Balcer rzucił wzrok srogi na rozmawiających i wyszedł przez bramę do miasta.
— Zdrowa, do usług waszmości, choć to waść pono mając swoją żonę, cudzych usług nie potrzebujesz... cha! cha! cha! cha!
Ksiądz Jurski tak serdecznie zaniósł się od śmiechu, że wrotny, który cały dzień i noc u kalwinów bramy pilnował, wyjrzał z okienka swojego zdziwiony.
— O! patrz-no go! dodał zaraz ksiądz Jurski, wszak ci to i stary Dydak ma jeszcze kawałek ciekawości! cha! cha! cha! Ale mogłeś mój kochany poznać po głosie, że to ja, bo tu we zborze nikt się tak głośno i tak szczerze nie śmieje. A pasierb-że waszmości, dodał Jurski, obracając się do sędziego, co tam?
— O! już o niego, me hercle, i pytać się nie warto, odpowiedział Naborowski; jest to pijak zabity, a Bachus i Wenera są jego całem zatrudnieniem. Pali on na ich ołtarzach drogi ogień, który inna młodzież zwykła Bellonie, Minerwie, lub złotowłosemu Apollinowi poświęcać; ale temu winna jejmość pani matka, która go rozpieściła i zepsuła, zwyczajnie jedynaka.
— Nieszczęśliwe bo też ot i nazwisko, rzekł kalwin; pamiętamy jego imiennika królobójcę!
— Srogie to i haniebne wspomnienie! odparł sędzia; gdyby jeszcze obłąkanie nie ulżyło tego występku w oczach świata, byłaby to plama dla narodu.
— A przytem, podchwycił ksiądz Jurski, i wiadomo, co o tem ludzie gadali... były to niemieckie sprawki... Ale dość o tem; o smutnych rzeczach choćby najkrócej rozprawiał, zawsze będzie za długo.
— Ksiądz Balcer innego jest zdania, odpowiedział Naborowski; on życie we łzach i płaczu przepędzać każe!
— O! wielka rzecz, podchwycił ksiądz Jurski, a mnie licho nadało smucić się bez przyczyny? Kto ma czyste sumienie, ten nie powinien gryźć się i dręczyć. Ale otóż i ksiądz Frejtag ku nam idzie.
Gdy to mówił, zbliżała się ku rozmawiającym postać sucha, długa, wywiędła jak mumia z piramid egipskich, żółta i koścista. Nie wiem, czem się to dzieje, że od najdawniejszych czasów historya nam nie pokazuje ani jednego tłustego matematyka: wszystko chudzi, lub przynajmniej bledzi. Musi to być kara Boża na nich, że sobie mózg suszą nad niepotrzebnemi bredniami.
Otóż ksiądz Frejtag zbliżył się powoli i pozdrowił rozmawiających głosem ochrzypłym:
Salutem vobis dico fratres.
— Nawzajem! odpowiedział ksiądz Jurski. A co, czy skończyłeś waszmość tę robotę co tam wszystko szeptałeś pod nosem: caput Algol... i Saturnus sextilis?
— Prawie, odpowiedział poważnie matematyk.
— I cóż?
— Hm!... Mala mixta bonis, bona mixta malis...
— Ha! to tak jak w kalendarzu przepowiadają, stronami deszcz, stronami pogoda.
— Urodził się, mówił dalej matematyk, pod aspektem Raka, a Waga...
— O! to będzie uciekał ostrożnie! przerwał poeta, rad zawsze z dowcipem się popisać; i to kawał rozumu!... jam się tego nie po jednodniowem dziecięciu nie spodział! cha! cha! cha!
— Ale nie, przerwał znów trochę urażony matematyk, to dowodzi, że będzie miał głowę...
— Byle nie do pozłoty.
— Ale nie: to dowodzi, że będzie miał głowę rozumną, lecz namiętności, pasye...
— O! namiętności! to nie nowina, że je mieć będzie, wszakże nie ocet w jego żyłach płynie.
— Tak, ale ja mówię, że namiętności będą jego rozum dręczyć i przyciągać do ziemi.
— Naturalnie, przerwał znów poeta, byle te namiętności nie okulbaczyły go tak, jak mego pasierba, który butelkami brukuje sobie do piekła gościniec.
— O! mam nadzieję, dodał ksiądz Frejtag, że będzie trochę rozumniejszy.
— Czy tylko trochę? e! to kłaniam uniżenie!
— No! któż wie, może i nie trochę! bo co ten pan Piekarski, to wielki sowizdrzał, z waszem pozwoleniem, panie sędzio.
— Ręczę waszmości, rzekł poeta szybko, że on bez mego pozwolenia został sowizdrzałem! Ba! gdyby się mnie był chciał o pozwolenie zapytać!...
Te kilka słów tak zaraźliwy śmiech wzbudziły, że i matematyk oprzeć mu się nie mógł, a w tej chwili ujrzano wracających z miasta pana Pietkiewicza z księdzem Balcerem.
Ksiądz Balcer jeszcze gorzej się zmarszczył niż zazwyczaj na widok wesołych twarzy, było to jego zwyczajem; a pan Pietkiewicz z pełną zadumienia miną, właściwą ludziom ograniczonego umysłu, stanął przy nich i udawał, że się śmieje.
Tymczasem kaznodzieja, szybko minąwszy wesołą gromadkę, kroczył prosto ku zborowi.
— Cóż to, ani chwili nie zabawisz z nami księże kaznodziejo? zapytał odchodzącego ksiądz Jurski.
— Śmiejcie się bracia, odpowiedział surowy kalwin, ja płaczem i zgrzytaniem zębów za swoje i wasze błędy będę pokutował tymczasem.
— Chwałaż Bogu! zawołał Naborowski, to już my od pokuty zupełnie wolni będziemy, jeśli ją ksiądz Balcer wziął całkiem na siebie: módlże się waszeć i pokutuj za mnie!...
— I za mnie! dodał ksiądz Jurski.
— I za mnie! rzekł matematyk.
— I za mnie! cha! cha! cha!... powtórzył za drugimi pan Pietkiewicz, nie wiedząc sam co mówił.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.