Kościół Święto-Michalski w Wilnie/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kościół Święto-Michalski w Wilnie
Podtytuł opowieść historyczna z pierwszej połowy XVII-go wieku
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1908
Druk Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Kto bi ne plakal zde?
Kdie moj otcik, otcik mili?
Zahreben w hrobecku,
Kde ma mati, dobra mati?
Trawka na nei roste!
Niema brata, nemam sestry,
Junosu mi wzali!..

Opustena.

Pan Desaus siedział w swojej izbie, przy ogromnym kominie, na którym palący się ogień resztę mieszkania oświecał.
Na zegarze kalwińskiego zboru wybiła już była dziewiąta, wiatr dojmował zimny, a kupiec chodził, chuchał w palce i ogrzewał się ze wszystkich stron przy kominie.
Izba była obszerna, dwa jej okna na plac przed kościół Święto-Michalski wychodziły. Kilka sztychów: a między niemi Henryk I i rzeź św. Bartłomieja zdobiły ściany; prócz tego stały dwie ogromne szafy, kilka stołów, stołków i łóżko, z firankami w niebieskie kwiaty.
Na jednym stole, tuż naprzeciw komina, leżała rozwarta księga, a przy niej siedziała w milczeniu dziewica wysokiego wzrostu. Ciepła, długa, ciemnego koloru z galonem złotym, wedle ówczesnego zwyczaju suknia, okrywała ją. Blask ognia oświecał twarz jej piękną, lecz napojoną wyrazem jakiejś szczególniejszej surowości, którą rzadko zobaczyć w kobiecie tego wieku; bo nieznajoma więcej nad lat dwadzieścia mieć nie zdawała się. Oczy jej, pełne ognia, rzucały wejrzenia do pogardliwych podobne, a usteczka wzniesione w górę, milcząc zdawały się rozkazywać.
Była to panna Justyna Desaus.
Przy kominie siedział Mateuszek, z wielką księgą in folio na kolanach; czytał bardzo pilnie, a niekiedy ukradkiem rzucał wzrok szybki i przelotny na kupca i jego córkę... Panna Justyna poziewała szeroko, kupiec kaszlał i stękał, Mateuszek wzdychał półgłoskiem, zresztą zupełna cisza panowała w około. Nareszcie tonem oschłym i obojętnym odezwała się panna Justyna, wstając ze swego miejsca.
— Wszakci późno... możebyś się spać panie ojcze położył?...
— I nie! odpowiedział krótko kupiec, sen mnie coś nie bierze, jeszcze posiedzę.
— Jak ci się podoba, odpowiedziała Justyna. Ale któż tak późno stuka do bramy? to chyba matka Marya przyszła przenocować: kilka dni jak już nie była.
— Może kto po wino, dodał kupiec, bo dość mocno stuka. Nie śmiał jednak kazać otworzyć, póki Justyna, wyjrzawszy przez okno, nie odezwała się tonem nakazującym do chłopca:
— No! idźże tam, otwórz.
Kupiec, który tylko wyroku córki czekał, co jej we wszystkiem ulegał i nic bez jej wiedzy nie stanowił, powtórzył także za nią: — No! a idźże, otwórz!
Chłopiec wyleciał, jak opętany, i w chwilę drzwi się otworzyły i głos ponury odezwał się na progu:
— Niechże będzie pochwalony Jezus Chrystus! Sama sobie odpowiadać muszę: na wieki wieków amen! bo wy kalwini tego nie zrobicie.
Osoba, która te słowa wyrzekła, zasłoniona jeszcze była szerokim kapturem komina, lecz gdy parę kroków postąpiła, ukazała się przy blasku ognia kobieta wysokiego wzrostu i mocnej ciała budowy.
Mateuszek poddmuchał przygasający ogień, a fantastyczna jej postać błysnęła w całem świetle. Czarna wytarta suknia okrywała ją całkiem, a na głowie, dumnie wzniesionej, unosiły się zeschłe kwiatów i krzewiów gałązki; rysy jej twarzy chociaż wiek zeszpecił, nosiły jednak cechę dawnej piękności; oczy miała duże i czarne, nos mały, usta ściśnione i wpadłe, czoło wysokie, a nad niem zwijało się kilka puklów czarnych posiwiałych włosów. Wyraz jej oczu i całej postawy miał w sobie coś tak uderzającego, iż raz ją zobaczywszy, niepodobna było zapomnieć. Wejście jej, długi, olbrzymi cień postaci rysujący się na przeciwnej ścianie, jej słowa i mina, stanowiły scenę godną lepszego pióra.
— Siadaj matko, odezwała się Justyna, musiałaś zziębnąć na dworze, przyszłaś przenocować zapewne... wiatr być musi dojmujący na dworze.
— Dojmujący! powtórzyła przybyła, wyciągając długie wyschłe ręce nad kominem, dojmujący; ale duszy nie przejmie, a kto ogień nosi w duszy, temu taki wiatr niczem!
Kiedy to mówiła, Francuz Desaus, zapewne do podobnych scen przywykły, mrugnął na chłopca i na palcach po cichu zgarbiony wyszedł z izby.
— Tak! zapewne, odpowiedziała Justyna Maryi, ale ten ogień duszy gaśnie z wiekiem.
— Może! może! przerwała stara, kiwając głową z powątpiewaniem, ale kiedyż moja młodość przeminie?
— O! moja panno, mówiła dalej, cóżbym ja dała, gdyby moje lice różowe na zmarszczone policzki kościelnej baby zamienić, i ten ogień na chłodne serce starości... a jednak nie mogę! bo Bóg za karę skazał mię na młodość wieczną. Patrz! dodała uśmiechając się okropnie, moje oczki, moje ząbki, moja kosa kruczych włosów, tak ładne jak przed laty! a serce tak młode jeszcze, jakbym dziś pierwszy raz kochać zacząć miała!... Nie dziw też to, nie dziw, wszak dziewiętnasty mam roczek, ogień młodości napełnił piersi moje! pierwsza iskra zaświeciła w oczach, ale, ach! i to przeminąć musi.
Justyna, słuchając tej mowy, ruszyła ramionami z politowania nad obłąkaną i odezwała się z cicha: — Pójdź spać matko!
— O! jeszcze nie czas, przerwała stara, spoglądając w około. Czekam na Stasia, przyjedzie koło północy, jak pierwszy kogut zapieje; usłałam jedno dla nas obojga łóżeczko, z pachnących ziółek zrobiłam posłanie, poduszkę z moich włosów, a to wszystko dla Stasia. Biedny! czy mróz, wicher czy słota, on zawsze przychodzi do mnie; a ogień, co przez dzień w sercu mojem przygaśnie, pocałunkami na nowo rozpali. Dobrze to mieć Stasia! dobrze to mieć dziewiętnasty roczek!...
Zegar zborowy dziesiątą w tej chwili uderzył, stara padła na kolana.
— Módl się, córko mojego serca, zawołała głośno, módl się! Bóg przypomina, że się modlić trzeba; ty się módl po swojemu, ja po swojemu; teraz, kiedy świat cały w cichości spoczywa, modły nasze polecą prosto do Boga!... W imię Ojca, i Syna, i...
Szelest jakiś dał się słyszeć na ulicy, stara porwała się z ziemi i zawołała:
— To mój Staś idzie! chwałaż Bogu! czekałam go tak długo, z nim razem zmówimy pacierze! on taki nabożny! zawsze mi o Bogu wspominał!...
— Kładnij się spać matko! bo jutro zapewne rano, jak pierwszy dzwon się przebudzi, pójdziesz obchodzić kościoły swoim zwyczajem.
— Od północy do ranka, odpowiedziała stara poważnie, dwa wieki!... Można się urodzić, żyć i umrzeć w tym czasie! Jak się postarzejem, moja duszo, to będziem spać dłużej... A ja, ja dziś ze Stasiem ślub brałam! Ach, żebyś wiedziała, sto świec błyskało w kościele, muzyka brzmiała jak chór Serafinów! pełno kobiet, rycerzy, kadzidła płyną w niebo niebieskiemi wstęgami. Ksiądz nas wiąże ze Stasiem: wiąże ręce... serca kto inny powiązał przed laty, a tu... trumna w kościele, a nieboszczyk w trumnie jak miecz w pochwie rozciętej na dwoje — na ustach znać jeszcze siny pocałunek śmierci, mróz na czole, oczy jak dwa wygasłe życia ogniska, w ręku jego krzyżyk matki...
Ha! wesele, wesele! łoże nasze usłane, róże w głowach, w nogach róże, rozkosz ulata nad nami, aniołowie kołyszą nas w powietrzu. I grób zasypali, i garść ziemi pokryła ciało, które najpiękniejsza dziewica życiem swojem odżywićby chciała, i za nim zamknęła się ziemia na wieki, a na grobie... cóż na grobie? we dwa wieki stało łoże małżeńskie, a proszek z jego kości stał się pyłkiem różanym, a z jego oczu drogie kamienie, a z jego ciałka łodyga różana wyrosła, a z jego serca gałąź pokrzywy...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.