Jep Bernadach/Rozdział XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Pouvillon
Tytuł Jep Bernadach
Wydawca Polskie Towarzystwo Nakładowe
Data wydania 1905
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Jep
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XVI.
Noc.

Na to rozpaczne wołanie nadpłynęła odpowiedź.
— Jep, czy to ty?
I równocześnie na prostokąt ciemnego błękitu obramowany ramą drzwi, padł cień jakiś. Ktoś dychał ciężko, jakby zmęczony biegiem.
— Bepa! — wykrzyknął chłopak.
Porwał ją w objęcia i cisnął do siebie.
— Tyś, to ty?!...
Broniła się.
— Masz! — rzekła — weź te pieniądze i odejdź jak najprędzej. Tutaj nie jesteś bezpieczny. Dojrzałam cię z dołu, inni też mogą zobaczyć.
— Jeśli Galderyk mnie dojrzy, tem lepiej. A jeśli przyjdzie tu po mnie, to jeszcze lepiej. To mi oszczędzi schodzenia na dół. Właśnie mam mu parę słów powiedzieć i twoja obecność nic a nic temu nie przeszkodzi. Śledziłem was, dojrzałem wszystko!
Mówił tak, gdyż użyte przez Bepę słowo: »inni« zbudziło nagle wszystek ból, i czar spotkania od tego bólu prysnął.
— Cóżeś ty dojrzał?
— Rzecz pewną, która atoli nie powinna mnie była zdziwić. Cóż w tem dziwnego, że dziewczyna zamienia kochanka na innego, gdy płyną stąd korzyści...
— A ta dziewczyna, to ja? ja? Tyś pewnie zwaryował mój biedny Jep!
— Ty nie zwaryujesz, bo nie masz serca.
— Podejrzenia! wymówki! To tak mnie witasz? Ej, to chyba niemożliwe, może mnie uszy mylą. Powiedz, że to nieprawda!
— Mów, mów, słów ci nie zbraknie, wiem, wiem. Tego towaru kobiety mają zawsze dosyć na składzie. Zresztą wszystko jedno, ciekaw jestem dowiedzieć się, co miał Galderyk do roboty dzisiaj u was?
— Był właśnie w twojej sprawie. Przysłała go Aulari. Ustawicznym płaczem i prośbami skłoniła wreszcie męża i syna, by ci przyszli z pomocą, a że przypuszczała, iż my może wiemy gdzie ciebie szukać, przysłała ci pieniądze przez Galderyka. Sto franków, bierzże... ale ponieważ mnie podejrzywasz, przerachuj czy nie brakuje...
— 1 ty wierzysz tym historyom? Ja nie. Chcą mnie wciągnąć w pułapkę a ty będziesz przynętą. Ty grasz kartami Galderyka... hę?
— Jeszcze nie przestajesz mnie krzywdzić? No tego już za dużo! Po roku takiej przyjaźni, po roku pożycia razem i tylu dowodach... za kogóż ty mnie właściwie masz?.... Dosyć tego. Bądź zdrów Jep. Nienawidzę cię!
Chciała odejść. Jep ją przytrzymał i przemocą wciągnął do chaty.
— Daruj mi — bełkotał wybacz mi. To dlatego, że cię tak kocham. Rozumiesz? daruj mi!
— Nie, nie! — wołała, odpychając ręce i usta Jepa, które jej szukały. Ale on nie ustępował.... począł ją całować.
— Nie, nie kocham cię już!
— A ja ciebie kocham! Waryuję z tego Bepa!
— Waryacya, to jeszcze nic! Są waryaci, co nie krzywdzą nikogo... ale złośliwość!
— Już nie będę... Bepa... pogódźmy się!
— Pod jednym warunkiem. Matka twoja i ja drżymy dzień i noc, wiedząc, że grozi ci niebezpieczeństwo. Obiecaj mi, że pójdziesz, że przejdziesz przez granicę tej jeszcze nocy.
Pójdę, obiecuję ci to, ale nie natychmiast. Tak nam dobrze razem, zostań jeszcze chwilę. Pomyśl, że od miesiąca prawie nie przycisnąłem cię do siebie, nie pocałowałem!
— Jeśli będziesz mnie tak ciągle całował, nie będę mogła do ciebie mówić, a mam ważne rzeczy do powiedzenia. Słuchaj! Aulari wszystko przygotowała do ucieczki. Pieniądze masz już, w Fillhol znajdziesz muła i przewodnika Sermet’a węglarza; on cię zaprowadzi do Hiszpanii.
— A kiedyż powrócę? Czy będziesz na mnie czekała?
— Całe życie, jeśli będzie potrzeba.
— Tak długo?
— Napiszę do ciebie...
— Chodź lepiej zemną!
— A dziadek? Czyż mam go opuścić?
— Przyjedzie do nas. Nie brak kuźni w Katalonii a robotę na dniówkę tak samo się płaci jak u nas. Ty będziesz pracowała także, we dwoje utrzymamy siebie i starego.
— W jego wieku nie zmienia się przyzwyczajeń. Będę cię oczekiwała tutaj Jep. A teraz, wszak obiecałeś, trzeba iść. Pocałujmy się jeszcze raz i w drogę.
Całował bez końca. Posadził ją obok siebie i przechylił w tył na posłanie ziół. Mdlała od jego pieszczot.
— Dosyć! — wołała broniąc się. — Nie chcę! Nie chcę!
— Nie kochasz mnie niedobra dziewczyno?
— Zapomnisz o mnie potem! — broniła się jeszcze. Ale opór słabł już. Nie zdając sobie sprawy ze słów własnych i ruchów, oddawała mu się i broniła równocześnie. Miłość zwyciężyła. Stało się co się stać miało...
Noc już była późna, gdy wypuścił ją z ramion. Długą chwilę stali nic nie mówiąc w progu chaty.
Poprawiała włosy, wtykała kosmyki włosów pod chustkę.
— Jestem rozczochrana — rzekła. — Pewnie wszyscy się domyślą...
— No i cóż z tego? Jesteśmy zaręczeni prawda? Któż ma co do zarzucenia?
Bepa ujęła go za rękę.
— Mój mężu. Ciężko to rozstać się z sobą po tem co zaszło, trzeba jednak i to zaraz.. ale... prawda, będziesz grzeczny... wobec innych...
— Jakich innych?
— Dziewcząt, które będą biegały za tobą.
— Niech sobie biegają do woli, mnie tam nie złapią.
— A więc idź, idź już! Gdybym cię jeszcze raz pocałowała... jużbym nie miała odwagi odejść. Bądź zdrów!
Znikła. Jep w myśli towarzyszył jej do wioski, do kuźni. Myślał: Teraz jest w kuchni, przyrządza wieczerzę... siądą zaraz do stołu. Pewnie jeszcze jest zmięszana i zarumieniona... pewnie nie ma apetytu. Głupstwo! nasyciła się pocałunkami i miłością. Może teraz poczekać.
Położył się, chciał spać, by być rzeźwiejszy w drodze. Droga taka daleka! Chciał zasnąć, ale sen mu uciekał z powiek... nie mógł przestać myśleć o niej. Jeszcze na posłaniu ziół odciśnięte były jej kształty i zda się żar z niego jeszcze nie uleciał, żar, w uściskach miłosnych splecionych ciał.
— Bepa! moja jedyna Bepa!
Co za głupiec z niego, że ją puścił tak prędko, czemu nie zatrzymał jej na noc całą! Kto wie, kiedy ją ujrzy znowu? A gdyby tak zaraz? Żeby się tylko nie bał... I tak tamtędy musi iść do Fillhol, przejdzie obok, prawie tuż podedrzwiami. Czemuż nie w stąpić? Tylko na jeden pocałunek... może to szaleństwo, ale jakże ponętne!
Wieś pogrążona była w głębokim śnie, w karczmie nie świeciło się również, gdy Jep wyszedł z chaty. Był już zdecydowany. Zręcznie szedł jak kot, a sandały jego prawie nie tykały ziemi, biegł za swem przeznaczeniem. Przyszedłszy pod ogród Malhiberna, przeskoczył przez mur terasy, wcisnął się w gąszcz laurów i nadstawił uszu. Badał, nadsłuchiwał; cisza dokoła. Ostrożnie podpełznął pod dom. Ciszę przerywało tylko chrapanie Malhiberna i tykot zegara ściennego, wybijającego sekundy. Ze stancyjki Bepy błyskało jeszcze światło przez szczelinę w okiennicy. Nie spała jeszcze i na pierwsze zawołanie wyskoczyła z łóżka. Boso, w spódnicy ukazała się w uchylonych drzwiach.
— Czegóż tu szukasz nieszczęśniku! — wyrzekła z rozpaczą w głosie. — Idź, idź, uciekaj!
— Tylko chwilkę! — prosił.
Zawahała się przerażona, ale w tej chwili objął ją Jep ramieniem i wciągnął do środka.
— Zasuń przynajmniej zasuwkę! — prosiła.
Zasuwka zgrzytnęła, światło zagasło, cisza zapadła głęboka.
Wtedy z za węgła wyszedł cień i podsunął się pod okno. Był to Galderyk.
Przyłożywszy ucho do okiennicy słuchał, potem podniósł z gestem groźby pięść do góry i znikł w ciemnościach.
Był wściekły i zadowolony zarazem. Wściekły na to co dosłyszał, zadowolony, że wreszcie ma w rękach wroga.
Liczył zrazu na żandarmów, że uwolnią go od brata, potem, gdy do aresztowania nie przychodziło, postanowił im dopomódz. Prędzej czy później, myślał, zakochani spróbują zejść się, może już się nawet porozumieli, a że Bepa nie będzie mogła sama biegać często tak daleko, bez zwrócenia na siebie uwagi, przeto prawdopodobnem było, że Jep w końcu kiedyś spróbuje przyjść do niej, do kuźni. Tam go właśnie wypatrywał. Nienawiść paliła bardzo Galderyka. Tymczasem zwierzyna nie spieszyła się w zasadzkę. Byłby już nawet dał za wygraną, gdyby miłość Aulari dla syna, nie była mu ułatwiła całej sprawy. Prawdopodobnie Jep nie omieszka przed udaniem się na długie wygnanie zobaczyć się z kochanką... Tak bez wątpienia. Kochankowie w objęciach miłosnych zapomną pewnie, że czas mija, a on zdąży tymczasem do Prades, uwiadomić żandarmów. Pochwycą Jepa wychodzącego wprost z łóżka... noc tak dobrze zaczęta... co za szkoda! Galderyk roześmiał się głośno, na myśl o minie brata.
— Gruchajcie, gruchajcie moje gołąbki! — mówił — przestraszycie wy się za małe półgodzinki! Śmiał się, biegnąc szybko. Niebo czyste, gwiazdy świecą, droga dobra i tylko mała milka do Prades.
Ale w żandarmeryi z początku napotkał pewne trudności. Był wprawdzie rozkaz aresztowania Jepa, ale sprawa już została biurowo załatwioną, złożono ją do aktów i przestano o niej myśleć. Przytem denuncyant był podejrzany. Brat żądający aresztowania brata? Naiwny brygadyer nie chciał z początku wierzyć. Galderyk musiał nalegać, powoływać się na urząd pierwszego radnego municypalnego w gminie piastowany przez ojca. Wreszcie osiodłano konie. Galderyk wskazywał drogę. Wsiadł za jednym z żandarmów z tyłu na konia. Przez całą drogę popędzał go piętami. Nie biegł dlań dość szybko. Przy moście na Castellance ukryto konie w pustej szopie młyna oliwnego, dwu żandarmów stanęło na czatach przy drzwiach kuźni a Galderyk i brygadyer strzegli drzwi od strony ogrodu. Gdy tylko Jep ukaże się w drzwiach pochwycą go natychmiast. Brygadyer podjął się tego sam, w razie oporu Galderyk miał mu przyjść w pomoc. Tylko czy Jep tymczasem nie zemknął? Nie, przybyli w sam czas, właśnie w domu poczęto się ruszać. Niedługo zgrzytnęła zasuwka i drzwi się uchyliły. Na tle ciemnego wnętrza ukazali się oboje, Bepa zarzuciła ramiona na szyję kochanka. Wymieniali ostatnie pocałunki. Wpół naga, drżąca jeszcze cisnęła usta do jego ust. W chwili rozstania właśnie spragnioną była najbardziej.
— Bądź zdrów! — rzekła wreszcie.
I gestem rozpacznym odepchnęła go od siebie w ciemną noc. Jakaś ręka spoczęła w tej chwili na ramieniu chłopca.
— W imię prawa! — zawołał żandarm.
Ale w tej samej chwili puścił zdobycz. Bepa ugryzła go strasznie w rękę. Jep wymknął się... Galderyk pochwycił go o kilka kroków dalej.
— Do mnie! Trzymam go!
— Łajdaku! — krzyczał Jep, rozpoznawszy głos brata.
Obaj taczali się, zmagając się wzajemnie, w reszcie upadli na ziemię. Tymczasem brygadyer wyrwał się z rąk Bepy. W jednej chwili Jep został obezwładniony, nawet jeszcze zanim nadbiegli inni żandarmi. Opór był daremny, prawo i sprawiedliwość odniosły zupełny tryumf. Ale na krzyki Bepy i łoskot spowodowany walką cały dom się rozbudził. Sąsiedzi pootwierali okna.
— Zabierzcie tego człowieka, prędko! — rozkazał brygadyer.
— Bądź zdrowa Bepa! — krzyczał Jep do kochanki, łamiącej ręce w rozpaczy.
Właśnie eskorta uprowadzała więźnia, gdy pani Sabardeilh ze świecą zapaloną i dragon uzbrojony swoją szablą, ukazali się w progu.
— Cóż to się stało? — krzyczał dragon.
— Żandarmi wzięli Jepa. A oto zdrajca! — odparła Bepa wskazując na Galderyka.
— Łajdaku, podły psie! — wrzasnął dragon.
— Żandarmi są blisko, czy mam ich zawołać? — drwił Galderyk. Idź spać stary głupcze!
Dragon rzucił się na niego, ale Galderyk chwycił szablę i wydarł ją z rąk starcowi.
— Tak, to moja sprawka — rzekł — i chlubię się tem. Ta gadzina Jep zamyślał mię zabić, jestem tego pewny, prędzej czy później byłby to zrobił, albo podpalił nasz dom. Teraz będziemy mieli spokój!
— Milcz łajdaku! Milcz kainie! — krzyknął dragon, grożąc mu obiema pięściami.
Gniew go dławił. Zawróciło mu się nagle w głowie i padł w tył na ręce Bepy i pani Sabardeilh. Oczy mu wyszły z orbit, usta wykrzywił kurcz, parę kropel piany ukazało się na wargach.
— To atak! — zawołała pani Sabardeilh. — Prędko octu i szczyptę soli do ust! Może szczęśliwie minie, nie bój się moja droga! Przedewszystkiem zanieśmy go do łóżka.
— Nie dacie rady same, czy chcecie bym wam pomógł? — spytał Galderyk.
— Jak śmiesz? — krzyknęła Bepa. — Precz stąd! Zdradziłeś brata i może zabiłeś dziadka mego. Idź i opowiedz matce... pochwal się jej, jakiego ma syna. Precz stąd i nie pokazuj się, kamienie tych murów same spadłyby ci na głowę!
Galderyk roześmiał się:
— Kamienie tych murów... pięknie powiedziałaś, ale i te kamienie nawet nie do was należą biedna mała, myśmy pożyczyli na nie pieniędzy! Muszą teraz za to odpowiadać. Idę sobie, ale wrócę i to nie sam. Sekwestrator ze mną przyjdzie. Bądź zdrowa Bepo! Do widzenia, niedługo!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Pouvillon i tłumacza: Franciszek Mirandola.