Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/198

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Bepa ujęła go za rękę.
    — Mój mężu. Ciężko to rozstać się z sobą po tem co zaszło, trzeba jednak i to zaraz.. ale... prawda, będziesz grzeczny... wobec innych...
    — Jakich innych?
    — Dziewcząt, które będą biegały za tobą.
    — Niech sobie biegają do woli, mnie tam nie złapią.
    — A więc idź, idź już! Gdybym cię jeszcze raz pocałowała... jużbym nie miała odwagi odejść. Bądź zdrów!
    Znikła. Jep w myśli towarzyszył jej do wioski, do kuźni. Myślał: Teraz jest w kuchni, przyrządza wieczerzę... siądą zaraz do stołu. Pewnie jeszcze jest zmięszana i zarumieniona... pewnie nie ma apetytu. Głupstwo! nasyciła się pocałunkami i miłością. Może teraz poczekać.
    Położył się, chciał spać, by być rzeźwiejszy w drodze. Droga taka daleka! Chciał zasnąć, ale sen mu uciekał z powiek... nie mógł przestać myśleć o niej. Jeszcze na posłaniu ziół odciśnięte były jej kształty i zda się żar z niego jeszcze nie uleciał, żar, w uściskach miłosnych splecionych ciał.
    — Bepa! moja jedyna Bepa!
    Co za głupiec z niego, że ją puścił tak prędko, czemu nie zatrzymał jej na noc całą! Kto wie, kiedy ją ujrzy znowu? A gdyby tak zaraz? Żeby się tylko nie bał... I tak tamtędy musi iść do Fillhol, przejdzie obok, prawie tuż podedrzwiami. Cze-