Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/203

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    — Żandarmi są blisko, czy mam ich zawołać? — drwił Galderyk. Idź spać stary głupcze!
    Dragon rzucił się na niego, ale Galderyk chwycił szablę i wydarł ją z rąk starcowi.
    — Tak, to moja sprawka — rzekł — i chlubię się tem. Ta gadzina Jep zamyślał mię zabić, jestem tego pewny, prędzej czy później byłby to zrobił, albo podpalił nasz dom. Teraz będziemy mieli spokój!
    — Milcz łajdaku! Milcz kainie! — krzyknął dragon, grożąc mu obiema pięściami.
    Gniew go dławił. Zawróciło mu się nagle w głowie i padł w tył na ręce Bepy i pani Sabardeilh. Oczy mu wyszły z orbit, usta wykrzywił kurcz, parę kropel piany ukazało się na wargach.
    — To atak! — zawołała pani Sabardeilh. — Prędko octu i szczyptę soli do ust! Może szczęśliwie minie, nie bój się moja droga! Przedewszystkiem zanieśmy go do łóżka.
    — Nie dacie rady same, czy chcecie bym wam pomógł? — spytał Galderyk.
    Jak śmiesz? — krzyknęła Bepa. — Precz stąd! Zdradziłeś brata i może zabiłeś dziadka mego. Idź i opowiedz matce... pochwal się jej, jakiego ma syna. Precz stąd i nie pokazuj się, kamienie tych murów same spadłyby ci na głowę!
    Galderyk roześmiał się:
    — Kamienie tych murów... pięknie powie-