Jep Bernadach/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Pouvillon
Tytuł Jep Bernadach
Wydawca Polskie Towarzystwo Nakładowe
Data wydania 1905
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Jep
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


III.
Klub.

Zapukano do drzwi kuźni. Rozległy się trzy puknięcia ciche, w odstępach umówionych, zupełnie jak w loży masońskiej.
Wprowadzeni przez Bepę, weszli: p. Sabardeilh, nauczyciel i sekretarz Bocamy, zwany »Jojotte«.
— Pozdrowienie wam obywatele! — przyjął ich dragon.
— Pozdrowienie i braterstwo! — odrzekł poważnie p. Sabardeilh — czy nie przeszkadzamy?
— Ładne pytanie!... Bepa, wypłucz-no nam szklanki i wyciągnij butelczynę. Tego starego... wiesz... lepszego! Wypijemy za zdrowie Jepa.
— Zdejm-no tam po drodze kociołek! — dodał Jojotte; — oto coś, co można wsypać do niego.
I na stół posypały się kasztany, które zakrystyan przyniósł w kapiszonie swej »kapoty«.
— To wyborny gatunek, kasztany górskie, prezent od proboszcza, prezent, który go nic a nic nie kosztuje. Dostał je wczoraj, dużo, cały worek z domu z Puy-Valador w Capcir.
— Znam tę miejscowość — rzekł dragon — niema tam nic więcej prócz niedźwiedzi, proboszczów i kasztanów! Proboszcze są do niczego, ale kasztany wyśmienite, podjemy sobie. Cóż wy na to Sabardeilh?
Nauczyciel odwinął wielki, wełniany szalik, w którym twarz jego tonęła aż po oczy i wyplątał się z ogromnego, fałdzistego płaszcza chroniącego go od zimna w równej mierze, jak przed ciekawością sąsiadów, gdyż te wycieczki nocne, te narady mogły go łatwo skompromitować. Metodycznie złożył płaszcz i powiesił go na poręczy krzesła. Ten konspirator, był czcicielem porządku. — Z tajemniczą miną wyciągnął potem z kieszeni zadrukowany papier i rozkładając go z szacunkiem i ostrożnością, rzekł:
— I ja mogę wam coś ofiarować dzisiaj... oto numer »Reformy«. Kolega mój z Prades, Costaséque podprenumerował to pismo i wczoraj wieczór przesłał mi przez naszego przyjaciela, szynkarza Chucasse... Znajduje się tutaj artykuł Lamennais’go!...
— I jakież wieści?
— Swarzą się ludzie w Paryżu ciągle. Changarniér i Prezydent skaczą do siebie z nożami.
— Dalej, dalej moi panowie! Nuże na siebie wzajem, nie będzie po was dziury w niebie! Wart jeden drugiego!
— A tam w kraju Gavatx, co czynią republikanie — spytał Jojotte. — Opowiedz nam o tem coś kochany Jepie... udziela ci się głosu.
— Kluby pozamykano, w chwili gdym opuszczał Narbonę; ale wiem, że mimo tego przygotowywano się do oporu.
— Narbona, wielkie miasto! — objaśniał nauczyciel; — Miasto handlowe, katedra prastara, zbieg kanału Roubine, z kanałem południowym... Zapomniałem w tej chwili liczby mieszkańców. Pamięć moja pierzcha już... więc mówisz Jep, że ci Narbończycy gotowi są iść...?
— Ludzie z Pays Bas są uparci: marynarze żeglujący po kanale powstaną jak jeden mąż. Podobnie stoją sprawy w Marcorignan, w Candiés i w Saint-Paul.
Tak samo chłopi w Estagel, tylko jedno Conflent wzdraga się — zauważył dragon.
— Ci chłopi tacy głupcy! Na szczęście Katlar nie stanowi Francyi.
— Armia mnie głównie niepokoi — oświadczył Sabardeilh.
Jakże chcecie, by żołnierze wahali się w wyborze pomiędzy Changarnierem zarzucającym ich proklamacyami, a Prezydentem, traktującym ich szampanem? Co do republikanów zaś, to stosunki ich z armią były dotąd nieszczególne. Strzelali do niej dotąd wyłącznie. O, armia nie jest republikańską!
— A jednak — wtrącił Jep — mieliśmy w klubie narbońskim także i wojskowych: dwu sierżantów i kaprala, i byli to najwięksi zapaleńcy.
— Żołnierze to zupełnie jak kasztany, trafią się dobrzy, ale trafią się i źli — rzekł Jojotte, pomagający Bepie przebierać kasztany i nadcinać przed wrzuceniem do kociołka.
Niebawem były gotowe, należało je teraz upiec.
Dragon i Jojotte pilnowali z uwagą, by operacya ta odbyła się wedle wszelkich reguł.
Jep śledził ruchy Bepy. Stała ona teraz pochylona nad żarem, a odblask płomienia barwił jej policzki i biegał po czarnych włosach. Ale nauczyciel nie biorący udziału w tych przygotowaniach, snuł dalej swą myśl, problem organizacyi wojskowej.
— Czego nam najbardziej potrzeba — mówił do Jepa — to milicyi narodowej, uświadomionych bagnetów. Pomyśl tylko; bierne posłuszeństw o kasarniane przez całych siedm lat, czyż to nie absurd? Przestaje się być obywatelem, nie jest się człowiekiem, gdy się stamtąd wychodzi. W szkole raczej należałoby wybierać rekruta. Weźmy na przykład Katlar. Mamy tu dzielnego starca, weterana armii rewolucyjnej... myślę tu o ojcu Malhibern..., prawdę powiedziawszy, wyszedł nieco z wprawy, ale zawsze jeszcze umie dosyć, by wyuczyć, wymustrować naszych malców i podrostków. Godzina, podczas rekreacyi... wystarczyłoby w zupełności. Ja czuwałbym nad rygorem, a w dni uroczystych obchodów narodowych odbywalibyśmy przegląd naszych młodocianych wojsk. To byłoby wspaniałe.
Błyskawica entuzyazmu mignęła na uroczystem i naiwnem obliczu nauczyciela. Zjawy nowego, lepszego porządku społecznego, szczęśliwości ogólnej, pojawiły się przed oczyma jego duszy. Widział się prawodawcą, mędrcem tchnącym w tłumy idee wolności, i wiodącym tłumy, co zerwały kajdany, po bezbrzeżnych drogach postępu.
— Konstytuanta upadła — sformułował swą myśl po chwili milczenia — gdyż nie pokładała wiary w ludzie. Ach, gdybym ja był rządem!...
Rządził od rana do wieczora małą armią dzieci szkolnych i zaledwie podołał uskromić najgwałtowniejsze wybryki. Wzamian za to rządziła nim absolutnie żona, chłopka skąpa i despotyczna. Terroryzowała go formalnie i biedak musiał iść ciągle jak na sznurku. Pozwalając mu wydalać się wieczór z domu, czyniła to jedynie dla zaoszczędzenia ognia pod kuchnią i światła. Podczas gdy mąż jej korzystał ze światła i ciepła u innych, kładła się po ciemku do łóżka, naciągała kołdrę na głowę i świadomość, że oszczędza, pozwalała jej znosić torturę oczekiwania.
Tymczasem smakowita woń pieczonych kasztanów rozeszła się po izbie. Przysmak był gotowy. Położyło to koniec polityce. Wszyscy zabrali się do obłupywania kasztanów, które wynurzały się z czarnej skorupy, złote, rumiane. Sabardeilh, trzymany przez żonę na stałej dyecie, tak, że po jedzeniu miał jeszcze apetyt, nie pogardził też deserem niespodziewanym. Obłupywał sumiennie kasztany, a ruch szczęk paraliżował jego elokwencyę.
— Łyk wina przyjacielu! — proponował dragon. — Dla popłukania gardła.
Bepa nalała kolejkę, potem drugą. Wypili i nabrali ochoty do śpiewu. Sabardeilh łączył w swej osobie także godność kierownika chóru kościelnego w parafii. Było to prawem obyczajowem, a pani Sabardeilh chętnie godziła się na połączone z tem dodatkowe wynagrodzenie. Więc uproszony przez przyjaciół, zaintonował pieśń Żyrondystów głosem chrypliwym i niskim, nadającym temu hymnowi rewolucyjnemu charakter majestatyczny i religijny.

Bracia, za najświętszą sprawę,
Gdy każdy z nas lać gotów krew...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Po pieśni Żyrondystów domagano się innej.
— Tyś podróżował po świecie Jep, powinieneś znać różne pieśni — odezwały się głosy.
Jep umiał na pamięć dużo pieśni. Nie mówiąc już o »Paryżance« i »Pieśni pożegnania«, któremi zawsze rozpoczynano posiedzenia klubu w Narbonie, słyszał i zapamiętał mniej więcej dokładnie mnóstwo piosnek politycznych, cieszących się wielką sławą po kabaretach i kawiarniach, które z chwilą zamknięcia i rozwiązania klubów, stały się ogniskiem propagandy demokratycznej. Zwłaszcza porwała audytoryum »Pieśń o kaszkiecie żołnierskim«, rozpowszechniona po Francyi szeroko i daleko. Powtarzano chórem refren:

»A genoux devant la casquette.
A genoux devant l’ouvrier!«

— Dalej, Jep, dalej! — wołano.
Wreszcie, gdy Jep wyczerpał swój repertuar: — Na ciebie kolej Jojotte! — rozkazał dragon.
Zakrystyan celował w piosnkach komicznych. Jego blada, pomarszczona twarz ściągała się złośliwie, podkreślając ustępy dowcipniejsze.
Dragon kładł się od śmiechu. Sabardeilh sam zapominał chwilami o swej zawodowej powadze. Nieprzyzwoitych zwrotów tylko nie mógł znieść.
— Dosyć Jojotte! Uszanuj uszy młodociane!
— Bepa nie myśli przecież pójść do klasztoru! — tłumaczył się Jojotte. — Niech się pośmieje trochę.
— Wiem, coby się podobało Bepie — rzekł domyślnie dragon.
— Piosenka do tańca... correndo... zatańczylibyście razem — dodał, zwracając się do Jepa. — A no dzieci poskakajcie trochę.

I głosem nosowym, nikłym, począł stary kowal śpiewać starą, odwieczną pieśń ludową:

»Dos aucels sos d’un espiga
No se poden pas tenir;
Dos galans per una nina
No se podeń mantenir«.

»Dwa ptaszki na jednej gałęzi długo razem nie usiedzą, dwaj zalotnicy do jednej pobiją się niezadługo«.
Sabardeilh i Jojotte wybijali takt. Nauczyciel klaskał palcami, imitując kastaniety, a zakrystyan bił w stół, to palcami, to łokciem, oddając w ten sposób dźwięki... pandero..., narodowego tamburina.
Bądź zdrowa polityko! Żegnajcie wzniosłe ideje! Tradycyjna potrzeba zabawy i wesela, tętniąca w każdym człowieku tej rasy, pochwyciła młodych i starych. Jep i Bepa wirowali w tańcu coraz to szybciej w takt przyśpieszony piosnki. W końcu wpadali w szalony galop, a Jep podniósł tancerkę w górę. Zwisała mu na ręku rozgrzana, zadyszana...
Oklaski rzęsiste zagrzmiały.
Pierwszy Sabardeilh zapanował nad sobą i odzyskał zimną krew.
— Już późno obywatele — rzekł — a porządek dzienny dotąd nie wyczerpany. Nie odczytaliśmy jeszcze »Reformy«. Nie wszystko polega na zabawie, trzeba się też oświecać.
— Oświecaj nas Sabardeilh, to twój fach! — rzekł dragon.
Usiedli kołem przy stole. Nauczyciel rozwinął gazetę, nałożył okulary. Twarz jego przyjęła zaraz... wedle wyrażenia przyjętego w protokołach klubów rewolucyjnych... wyraz »stosowny do okoliczności«. I poczęło się czytanie, powolne, metodyczne. Sabardeilh czytał z zachowaniem znaków pisarskich. Małą chwilę zawieszał głos tam, gdzie był przecinek, dłużej, gdzie średnik, przy kropce ustawał i oddychał głęboko, a przy wykrzykniku przeciągał pauzę, by słuchający mogli dać wyraz swej admiracyi. Potem odchrząknąwszy lekko, ciągnął dalej.
Czasem przerywał mu Jojotte, lub dragon, pytaniem, a wtedy nauczyciel komentował tekst, lub wyjaśniał myśl autora.
Było to nieraz potrzebnem. Proza p. Lammenais’go nad wyraz apokaliptyczna, wprowadzała w zakłopotanie słuchaczy, o inieligencyi pierwotnej i prostej. Ale jeśli ideje autora przekraczały zakres ich pojęcia, to muzykalność frazesów oddziaływała sama dodatnio. Nie rozumieli, co prawda, dobrze, ale budowali się niemniej słuchając, a przekonania się utwierdzały pod wpływem tej elokwencyi. Niebawem podziw stał się niemym. Najprzód dragon, potem Jojotte i Bepa, zasnęli, jak podczas kazania. Jep bronił się chwilę, ale zdrzemnął się też w końcu. Frazesy płynęły, słuchacze chrapali.
Sabardeilh przestał czytać. Zbudzili się.
— Amen! — wybełkotał Jojotte, któremu się śniło, że służy do mszy.
— Niech żyje Republika czerwona! — krzyknął Jep, w przywidzeniu, że znajduje się w klubie rewolucyjnym w Narbonie.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Pouvillon i tłumacza: Franciszek Mirandola.