Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

wolności, i wiodącym tłumy, co zerwały kajdany, po bezbrzeżnych drogach postępu.
— Konstytuanta upadła — sformułował swą myśl po chwili milczenia — gdyż nie pokładała wiary w ludzie. Ach, gdybym ja był rządem!...
Rządził od rana do wieczora małą armią dzieci szkolnych i zaledwie podołał uskromić najgwałtowniejsze wybryki. Wzamian za to rządziła nim absolutnie żona, chłopka skąpa i despotyczna. Terroryzowała go formalnie i biedak musiał iść ciągle jak na sznurku. Pozwalając mu wydalać się wieczór z domu, czyniła to jedynie dla zaoszczędzenia ognia pod kuchnią i światła. Podczas gdy mąż jej korzystał ze światła i ciepła u innych, kładła się po ciemku do łóżka, naciągała kołdrę na głowę i świadomość, że oszczędza, pozwalała jej znosić torturę oczekiwania.
Tymczasem smakowita woń pieczonych kasztanów rozeszła się po izbie. Przysmak był gotowy. Położyło to koniec polityce. Wszyscy zabrali się do obłupywania kasztanów, które wynurzały się z czarnej skorupy, złote, rumiane. Sabardeilh, trzymany przez żonę na stałej dyecie, tak, że po jedzeniu miał jeszcze apetyt, nie pogardził też deserem niespodziewanym. Obłupywał sumiennie kasztany, a ruch szczęk paraliżował jego elokwencyę.
— Łyk wina przyjacielu! — proponował dragon. — Dla popłukania gardła.
Bepa nalała kolejkę, potem drugą. Wypili i na-