Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Było to nieraz potrzebnem. Proza p. Lammenais’go nad wyraz apokaliptyczna, wprowadzała w zakłopotanie słuchaczy, o inieligencyi pierwotnej i prostej. Ale jeśli ideje autora przekraczały zakres ich pojęcia, to muzykalność frazesów oddziaływała sama dodatnio. Nie rozumieli, co prawda, dobrze, ale budowali się niemniej słuchając, a przekonania się utwierdzały pod wpływem tej elokwencyi. Niebawem podziw stał się niemym. Najprzód dragon, potem Jojotte i Bepa, zasnęli, jak podczas kazania. Jep bronił się chwilę, ale zdrzemnął się też w końcu. Frazesy płynęły, słuchacze chrapali.
Sabardeilh przestał czytać. Zbudzili się.
— Amen! — wybełkotał Jojotte, któremu się śniło, że służy do mszy.
— Niech żyje Republika czerwona! — krzyknął Jep, w przywidzeniu, że znajduje się w klubie rewolucyjnym w Narbonie.