Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Nauczyciel odwinął wielki, wełniany szalik, w którym twarz jego tonęła aż po oczy i wyplątał się z ogromnego, fałdzistego płaszcza chroniącego go od zimna w równej mierze, jak przed ciekawością sąsiadów, gdyż te wycieczki nocne, te narady mogły go łatwo skompromitować. Metodycznie złożył płaszcz i powiesił go na poręczy krzesła. Ten konspirator, był czcicielem porządku. — Z tajemniczą miną wyciągnął potem z kieszeni zadrukowany papier i rozkładając go z szacunkiem i ostrożnością, rzekł:
— I ja mogę wam coś ofiarować dzisiaj... oto numer »Reformy«. Kolega mój z Prades, Costaséque podprenumerował to pismo i wczoraj wieczór przesłał mi przez naszego przyjaciela, szynkarza Chucasse... Znajduje się tutaj artykuł Lamennais’go!...
— I jakież wieści?
— Swarzą się ludzie w Paryżu ciągle. Changarniér i Prezydent skaczą do siebie z nożami.
— Dalej, dalej moi panowie! Nuże na siebie wzajem, nie będzie po was dziury w niebie! Wart jeden drugiego!
— A tam w kraju Gavatx, co czynią republikanie — spytał Jojotte. — Opowiedz nam o tem coś kochany Jepie... udziela ci się głosu.
— Kluby pozamykano, w chwili gdym opuszczał Narbonę; ale wiem, że mimo tego przygotowywano się do oporu.