Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
III.
Klub.

Zapukano do drzwi kuźni. Rozległy się trzy puknięcia ciche, w odstępach umówionych, zupełnie jak w loży masońskiej.
Wprowadzeni przez Bepę, weszli: p. Sabardeilh, nauczyciel i sekretarz Bocamy, zwany »Jojotte«.
— Pozdrowienie wam obywatele! — przyjął ich dragon.
— Pozdrowienie i braterstwo! — odrzekł poważnie p. Sabardeilh — czy nie przeszkadzamy?
— Ładne pytanie!... Bepa, wypłucz-no nam szklanki i wyciągnij butelczynę. Tego starego... wiesz... lepszego! Wypijemy za zdrowie Jepa.
— Zdejm-no tam po drodze kociołek! — dodał Jojotte; — oto coś, co można wsypać do niego.
I na stół posypały się kasztany, które zakrystyan przyniósł w kapiszonie swej »kapoty«.
— To wyborny gatunek, kasztany górskie, prezent od proboszcza, prezent, który go nic a nic nie kosztuje. Dostał je wczoraj, dużo, cały worek z domu z Puy-Valador w Capcir.
— Znam tę miejscowość — rzekł dragon — niema tam nic więcej prócz niedźwiedzi, proboszczów i kasztanów! Proboszcze są do niczego, ale kasztany wyśmienite, podjemy sobie. Cóż wy na to Sabardeilh?