Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Na ciebie kolej Jojotte! — rozkazał dragon.
Zakrystyan celował w piosnkach komicznych. Jego blada, pomarszczona twarz ściągała się złośliwie, podkreślając ustępy dowcipniejsze.
Dragon kładł się od śmiechu. Sabardeilh sam zapominał chwilami o swej zawodowej powadze. Nieprzyzwoitych zwrotów tylko nie mógł znieść.
— Dosyć Jojotte! Uszanuj uszy młodociane!
— Bepa nie myśli przecież pójść do klasztoru! — tłumaczył się Jojotte. — Niech się pośmieje trochę.
— Wiem, coby się podobało Bepie — rzekł domyślnie dragon.
— Piosenka do tańca... correndo... zatańczylibyście razem — dodał, zwracając się do Jepa. — A no dzieci poskakajcie trochę.

I głosem nosowym, nikłym, począł stary kowal śpiewać starą, odwieczną pieśń ludową:

»Dos aucels sos d’un espiga
No se poden pas tenir;
Dos galans per una nina
No se podeń mantenir«.

»Dwa ptaszki na jednej gałęzi długo razem nie usiedzą, dwaj zalotnicy do jednej pobiją się niezadługo«.
Sabardeilh i Jojotte wybijali takt. Nauczyciel klaskał palcami, imitując kastaniety, a zakrystyan bił w stół, to palcami, to łokciem, oddając w ten sposób dźwięki... pandero..., narodowego tamburina.
Bądź zdrowa polityko! Żegnajcie wzniosłe ideje!