Jep Bernadach/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Pouvillon
Tytuł Jep Bernadach
Wydawca Polskie Towarzystwo Nakładowe
Data wydania 1905
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Jep
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV.
W kuźni.
.

Katlar budził się z pierwszym przebrzaskiem świtu. Gdy Jep otwierał okna i drzwi kuźni, koguty piały zwiastując dzień, w dole, w ciemnych tajniach parowu... correch... Routeru szumiał kaskadami tłukącemi potężnie w granitowe podłoże, a w pobliżu, ukryty w cieniach dzwonnicy, przyjaciel, klubista Jojotte, zwieszony u sznura, poczynał powolnie wydzwaniać na Anioł Pański. Trzy dzwony, jeden nad drugim zawieszone w ciasnej żelaznej klatce na szczycie starej wieży, słały apel liturgiczny zaśnionym wśród nocy wsiom i leniwym miasteczkom. Zrazu, były to dźwięki trwożne jakieś..., urywane, wachnięcia niepełne, niechętnie mącące ciszę i bezruch wszystkiego dokoła. Potem głosy ośmielały się, odbrzmiewały sobie, zachęcały się wzajemnie i niedługo tercet począł zgodną rozlewać się falą w czystem, chlodnem powietrzu. Trwał niedługo, słabł, zwalniał, topniał i kończył się wreszcie na jednym tonie, na jednym, pełnym, w nieskończoność przedłużonym tonie.
Jojotte odchodził spełniwszy obowiązek, którego symbolicznego znaczenia nie pojmował zgoła. Ot, pańszczyzna to była dla niego i dla innych parafian Katlaru, niezbyt miłe wezwanie do opuszczania łóżek, do podjęcia na nowo codziennej pracy. Okna szybko otwierane uderzały o ściany, a w nich ukazywały się rozczochrane głowy gospodyń. Życie się rozpoczynało. Jak budzące się mrowisko, wieś wysyłała pracowników w pole, wozy trzeszczały i dźwięczały po bruku ulicznym, a osły szły drobnym krokiem, poganiane przez robotników, jadących obcinać suche gałęzie drzew oliwnych.
Słońce zeszło. Niebo przybrało ton szafiru ponad zębatą linią dachów, śnieżne pola Canigou zaróżowiły się od promieni. Potem rozjaśniały się doliny, w śród nieregularnej sieci kanałów, przebłyskiwały rzeki, jakby złote toczyły nurty, a łąki i pola zasiane, pokrywały się srebrnym nalotem rosy. Tak wstawał dzień.
Rzemieślnicy rozpoczynali pracę. Jep i Malhibern bili w kowadło, Ferreol tkacz przerzucał czółenko, zapach gorącego chleba wydobywał się z piekarni. Owinięty w futrzaną kapotę proboszcz Colomer szedł do kościoła, gdzie nań czekał ministrant i pobożni parafianie. Z zakasaną spódnicą i rozwichrzoną fryzurą, pani Sabardeilh zamiatała klasę, a mąż jej, stojąc przed czarną tablicą, wypisywał kredą wzory kaligraficzne. I nie były to zdania zwyczajne np.: »Bóg jest dobry«, lub: »To dziecko jest kapryśne«, albo jeszcze: »Jabłko, które je ta dziewczynka, jest niedojrzałe«. Nie. Była to jedna z sentencyj Lamennais’go, lub Armanda Carrel. Wszystko bowiem brał seryo, a najdrobniejsze ćwiczenie szkolne traktował jako akt propagandy.
W kuźni nie brakło teraz roboty. Zaraz nazajutrz po przybyciu Jep rozwinął akcyę w tym kierunku. Na jego naleganie Malhibern podjął się wykonania kraty, którą mer, p. Caffe, mieszczanin z Prades, chciał otoczyć swój ogród, położony przy drodze do Motlig. Była to robota trochę za delikatna, jak na kowala wiejskiego i Jep włożył w nią też całą swą ambicyę i talent. Nie było rzeczą łatwą spłaszczać i wyginać sztaby żelaza i zaostrzać je na końcach jak lance. Przytem każdy chłop nadchodzący z osłem lub koniem do podkucia, zmuszał go do porzucania narzędzi delikatniejszych, do w stawania od zajęcia artystycznego. Wetował sobie to w polityce.
Podczas gdy żelazo rozgrzewało się, a miech sapał, języki obracały się. Ostrożnie, lub otwarcie, stosownie do słuchacza, kowale opowiadali o wydarzeniach dni ostatnich. Od chwili kiedy Prezydent złożył z urzędu, generała Changarnier, wysławiali go wspominając jego czyny wojenne. O, to śmiałek, on nie dostanie gęsiej skórki w momencie decydującym. Zresztą w Izbie posłowie poczęli się oryentować w sytuacyi. Jep chwalił ich za to, że odmówili miliona ośmiukroć stu tysięcy rocznie, której to kwoty zażądał ten komik, Bonaparte. Proszę? Milion ośmkroć, piękny grosik, to wypada okrągłe pięć tysięcy franków do wyrzucenia dziennie. Jep oburzał się, ale to oburzenie nie znajdowało najczęściej oddźwięku w sercach słuchaczy. Chłopi nie mieli najlżejszego wyobrażenia o pierwszych, elementarnych zasadach polityki, nie wiedzieli kto to ten Changarnier, nie pojmowali zgoła rozterek pomiędzy Prezydentem, a parlamentem. Było to wszystko dla nich tak obce, tak dalekie. Wzamian za jednego co nibyto zainteresował się podochocony lampką, albo dwoma, wina, reszta poprzestawała na pokiwaniu głową i słowach: »Wszystko to może być... bo ja wiem«. Nie było to ryzykowne i nie mogło skompromitować.
— Ot hołota! — klął dragon — gdy słuchacze poszli, żałując wina i śliny, co mu wyschła w gębie od gadania.
Cały ranek tak schodził. Godziny mijały. Pracowali, z przestanki krótkimi dla wypalenia fajki, lub papierosa. Potem następował spoczynek, obiad, rozmowa z łokciami opartymi o stół, lub w dni słoneczne uczta na świeżem powietrzu, gdzieś pod ścianą skalną, osłaniającą przed wiatrem, zwróconą ku południowi. Niedługo krótki dzień się kończył. Słońce zapadało za góry Ria, zamykające ławą owitą mgłami ciężkiemi horyzont od zachodu. Cień kościoła wydłużał się, zaścielał cały plac... i nagle ciemniało wszystko. Wiatr poczynał wiać ostrzejszy, drogi stwardniałe od przymrozku wieczornego tętniły pod sabotami robotników powracających z pola i kopytami osłów ciągnących wozy z obciętymi suchymi konarami drzew oliwnych. Przechodnie zatrzymywali się i pozostawiali do naprawy w progu kuźni to motykę, to pług, a ognisko kowalskie rzucało połyski w gęsty mrok wieczorny. Następowała noc, a wraz z nią kolacya, potem pogawędka poufała przy żarcikach Jojotte, kończąca się usypiającem czytaniem »Reformy«, wreszcie sen głęboki na grubych i szorstkich prześcieradłach, dobry, głęboki sen bez marzeń... aż do świtu.
Było to życie dobre. Byłoby jeszcze lepsze, gdyby młody kowal był pewniejszy Bepy. Ale czyż można zaufać kokietce? Raczyła go hojnie uśmiechami, spojrzeniami, ale nie była też skąpą wobec innych, a Jep jakoś nie mógł się pogodzić z równouprawnieniem na tym punkcie. Tem więcej, że liczba tych innych była znaczna.
Przedewszystkiem świszczypała Jan Cadéne, wesołek, zachodzący co chwila do kuźni! Mówił głośno i żartował, by zwrócić na siebie uwagę Bepy. Nadbiegała niebawem i poczynały się figle, szczypania, łaskotki, i różne poufałości, których nibyto żartem pozwalał sobie zalotnik. Jan Cadéne śmiał się, śmiała się Bepa, a nawet Jep się śmiał, ale z wściekłości i życzył Janowi, by go wszyscy dyabli wzięli.
Następnie Filip z Ortes, stary kawaler, który cieszył się sławą uwodziciela wszystkich młodych latorośli, które chwytał chytrze. Tego człowieka na szczęście Bepa znosić nie mogła. Wychodziła z warsztatu ilekroć dostrzegła zdała jego obrzydliwą fizyonomię z ustami fauna i kępami włosów sterczącemi z poza uszu. Nie zniechęcało go to jednak. Palił papierosy i przesiadywał godzinami całemi, jakby czuł przez drzwi, które Bepa za sobą zamykała, zapach świeżego dziewiczego ciała.
Giresse, miłośnik łowów zatrzymywał się też często przed drzwiami kuźni, zwłaszcza powracając z polowania. Opowiadał o swych celnych strzałach, rozkładał na warsztacie zdobycz, to zająca, to kuropatwę. Dragon, urodzony smakosz, ogromnie lubił brać do ręki zwierzynę. Badał wagę zająca, dmuchał w pierze kuropatwy, by zobaczyć czy mięso pokryte jest dostateczną warstwą tłuszczu. Wtedy ugrzeczniony myśliwy, ofiarowywał kowalowi, część zdobyczy, a tenże nie mógł naturalnie nie zaprosić go na obiad, lub kolacyę. Giresse ochotnie przyjmował zaproszenie, mniej żądny potraw, jak kucharki samej.
Bo też ładną była Bepa! Krążyły dokoła niej pożądania wszystkich mężczyzn. W sali tańców czy w kościele, gdy tylko weszła, wszyscy zwracali się w jej stronę. Przeszkadzała się modlić pobożnisiom, w szał wprawiała danserów. By tylko spojrzeć na nią. ludzie przychodzili ciągle do kuźni. Nawet sam Caffe, człowiek starszy, pod pozorem doglądania roboty kraty ogrodowej nie zapominał nigdy zjawić się u Malhiberna, a gdy Bepa, była obecną przedłużał swą wizytę. P. Caffe, bardzo dostojny i poważny, w białym krawacie jak notaryusz, obejmował w pół dziewczynę, przyciskał ją do siebie i mówił słowa dobrotliwe i ojcowskie, równocześnie rzucając spojrzenie pełne pożądliwości. Jep byłby chętnie na dostojnem obliczu uwiecznił koniczynę pięciolistną, ale gdy się jest biednym, trzeba szanować klientelę. Więc zadawalał się tem, że póty podsuwał dostojnikowi pod sam nos rozgrzane do białości sztaby żelaza, nibyto przenosząc je na kowadło, aż przerażony poczciwiec zdecydował się w końcu na odwrót.
W gruncie rzeczy zamiary tych wszystkich zalotników nie niepokoiły Jepa na seryo, gdyż Bepa pierwsza się z nich wyśmiewała, gdy tylko byli za drzwiami, ale obawiał się czego innego, sądził, że w bracie, Galderyku, ma poważnego rywala. Od chwili powrotu brata młodszego skłonność, którą Galderyk żywił ongi dla Bepy, poczęła widocznie wzrastać. Tak kierował, by się z nią zawsze spotkać, a że ziemia Bernadachów sąsiadowała z małym kawałkiem roli, który udało się kowalowi uratować wśród katastrofy, więc okazyj spotkania się nie brakło. Rozmawiali z sobą często, ona z jednej strony płotu, on z drugiej. Jak na mruka jakim był Galderyk było to wiele, było to poważne staranie się o rękę. Jep podsłuchał te rozmowy i od owej pory ustawicznie bał się.
Gdy dziewczyna wracała z pola pytał ją, dowiadywał się czy spotkała Galderyka i co jej mówił.
— Powiedział mi dzień dobry.
— A co więcej?
— Jakiżeś ciekawy! Czy myślisz, że wyuczyłam się na pamięć wszystkiego, co był łaskaw mówić?
— Strzeż się, on cię daleko zaprowadzi jeśli się będziesz z nim wdawała!
— Przecież nie mogę mu zabronić mówić?
— Przyznaj się, że go słuchasz z przyjemnością!
— Ani z przyjemnością ani z przykrością. Wchodzi to jednem uchem, a drugiem wylatuje.
Jep zmarszczył brwi, niezadowolony z tych wyjaśnień a Bepa niecierpliwiła się:
— Cóż to znowu za komedye! Doprawdy za dobra jestem, że ci się tłumaczę. Cóż ciebie to obchodzi mój mały? Mój ojciec chrzestny nie najął cię chyba do szpiegowania mnie... prawda? Nie jestem obowiązaną zdawać ci sprawy.
— Jeśli ci zawadzam to wystarczy powiedzieć... nie będę miał trudności w umieszczeniu się gdzieindziej.
— Doskonale! Przynajmniej będę miała spokój, gdy ty sobie pójdziesz... Czy kto widział co podobnego! Młodziak ośm nastoletni poważa się dawać mi nauki!...
Bepa odchodziła rozgniewana... Jep gryzł się... nieporozumienie i zerwanie ostateczne, zawsze... trwało kwadrans. W gruncie rzeczy nie mogli się już obejść bez siebie. Jep zdradzał się ciągle, zbyt zakochany, by módz symulować obojętność, ale Bepie się nie spieszyło. Dumna była, a kokieterya wrodzona popychała ją do dręczenia zalotnika zazdrością. Cierpiąc z jej powodu, pokocha jeszcze bardziej.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Pouvillon i tłumacza: Franciszek Mirandola.