Jelita/Tom II/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Jelita‎ | Tom II
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Jelita
Podtytuł Legenda herbowa z r. 1331
Data wydania 1881
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



II.


Trzeciego dnia po wyjściu z Krakowa, nad wieczorem kładło się wojsko obozem pod wsią Wronne, u skraju lasu, nad rzeczką...
Miejsce było dogodne, dla króla na nocleg stała pod kościołkiem plebanja; w wiosce coś nie coś dostać było można, a las dostarczał drzewa do ognisk i na szałasy...
Ludzie powolnym pochodem byli znużeni i warczeli.
— Co tu noga za nogą się podkradać, — wołał Łęczycanin Sukosz zasiadając przy ogniu — wprost iść na tych zbojów, zewrzeć się z niemi i albo zginąć albo zgnieść.
— Ale! — odparł Wilczek z Turowa z siwym wąsem, człek wystały i doświadczony — ale! krew masz gorącą i chce ci się co rychlej do żonki powracać, — a wojna ma prawa swoje.
— Nasz król — odparł Sukosz, — nigdy nie zwykł był chodzić jak teraz... Ostrożności do zbytku, tak jak byśmy się ich bali.
— Nasz król, — mówił powoli Wilczek, który tymczasem sobie pokrajane w sztuczki mięso na drewnianych rożenkach u ognia przypiekał, — nasz król dawniéj mawiał, jam sam słyszał — że walnéj bitwy wydawać nieprzyjacielowi, wszystko na jednę kość rzucając, — nie godzi się, gdy wojsko nie ma przemagającéj siły. Trzeba gonić za wrogiem, zasadzać się i urywać po kawale, póki się dogodnéj chwili za gardło nie porwie i nie zdusi — tak wojował Krzywousty...
— A no! — krzyknął niecierpliwy Łęczycanin — tymczasem bestja Krzyżak pali sioła i miasta, kościoły i klasztory i ludzi wyrzyna... Ot, co!!
— Pomściemy to, — rzekł Wilczek, — pomściemy...
Do ogniska drudzy się zwlekać zaczęli. Wszyscy byli posępni. Powolny pochód nie smakował im.
— Nie ma języka od granicy? — spytał Sukosz.
— Musi być, bo ciągle ludziska jakieś przyjeżdżają, rzekł przybyły Pakosz z Góry — ale im gębę zamalowują, że z żadnego nic nie dopytać. Miny nie gęste, król smutny... Kto wie co się tam dzieje...
— Wszystko złe przez tego zdrajcę, — zakrzyczał Sukosz — król go wykarmił, wychuchał, tłusty połeć smarował — i ot — co zyskał. Z tych wielkich panów zawsze korzyść taka...
Król przecie pamiętać musi, gdy powrócił z Rzymu, a chciał swoje ziemie odzyskiwać — kim naówczas się posługiwał? My biedaki szliśmy z nim — no, i kmiecie a chłopy. Dopiero gdy się wzmógł przyszli panowie do niego.
— Ej! Sukosz — przerwał śmiejąc się Wilczek, — jak to na tobie widać, że ty masz możnego sąsiada, który cię dusi.
Sukosz zamilkł.
Nadchodzili jedni, drudzy od ogniska szli... Spragniony po podróży lud szukał innego napoju nad wodę co była w strumieniu, z którego już konie piły, — a piwa było omal...
— Jak da Bóg wojna się skończy — dokończył po chwili Sukosz, choćby król wojewodzie przebaczył... ubiję tego złoczyńcę... Gdyby nie on z Krzyżakami byśmy się rozprawili.
— A o Czechu to zapomniałeś? — wtrącił inny. — Na niego czekają i gorzej go się król obawia niż Wielkopolan...
Ja myślę, — dodał, — jakby oni Nałęcze czy jakie tam djabły, ukazały się przeciwko nam, a huknęli byśmy do siebie — gdyby dziesięciu wojewodów ich wiodło, bić się przeciwko królowi nie będą.
Nie wszyscy w to podobno wierzyli, bo się nikt z potwierdzeniem nie odezwał.
— Co to za babę na wozie wiozą za wojskiem? — zapytał Sukosz... — Cztery konie w wozie, ludzie dostatnio odziani, — co to za kobieta? Podglądałem jadąc, myślałem że choć młoda, — jaka Abizail królewska, ale gdzie tam! stare babsko... I nie wiadomo kto to jest.
— A nie wiadomo — rzekł Wilczek. — I mnie ciekawość brała dowiedzieć się, — ludzi badałem... Woźnica mi rzekł — Baba... i tyle, jeden ze sług odparł — Pani. — Jak się zowie? Na to on. — Albo ja wiem... — A z kądżeście? Ze wsi! — A z jakiéj? — Nazwiska zapomniałem...
Po cóż się tają?
— Chyba król czarownicę wiezie, — zawołał przybyły Wężyk, — aby uroki Krzyżackie odganiała.
— Kto ona jest nie wiem i ja — począł Darosz z Suchéj Wiérzby — alem za wozem jéj jechał długo i to wiem, że całą drogę płacze... Nikt jéj nie zna, do nikogo nie mówi słowa...
Ruszyli drudzy ramionami.
Od plebanji w któréj król gościł nadjechał Zemięga ziemianin, który przy wojewodzie jakiś urząd sprawiał. Zwrócili się ku niemu wszyscy, bo wesół był i gadatliwy.
— Co słychać tam między głowami? — pytał Sukosz, który z rozpaczy na kobierczyku się przy ogniu wyciągnął.
— Dobrze słychać! — zaśmiał się Zemięga — król posyłał na gościniec którędy Czechy miały ciągnąć. Ani słychu ich... Jeszcze się nie wybrali...
— To po cóż czekać! — krzyknął Sukosz — wprost na zbojów, póki im posiłki nie nadciągną.
Zemięga zlazłszy z konia siadł przy ogniu w kuczki, hełm zdjął i za piwem, którego nie było oglądał się.
— Tobie Sukosz, — rzekł, — byle prędzéj choćby i zginąć — a my ochoty do tego nie mamy.
Z Krzyżakami choćby sami byli, sprawa nie łatwa... Nadciągnęły im Niemcy z nad Renu i — licho wie zkąd, mówią że z za morza... Psiarstwo to słyszę ma jakieś kusze żelazne zbojeckie, niewidome, które im ich czarnoksiężnicy wymyślili. — Mówią iż z hukiem wielkim jak grzmot rzucają takie kamienie z nich, że od razu kilkudziesięciu ludzi, z daleka rzucone ubijają...
— Tfu! — odparł Sukosz — babskie plotki, puścili je aby głupim strachu napędzić.
— Nie bajki to są — nie, — rzekł Zemięga — mają ten jakiś ogień piekielny...
— Ogień juści i dawniéj rzucać ludzie umieli, zagadał Wężyk. — Nie wielka rzecz z kuszy puścić bełt smołą oblany i zażegnięty... Nic nowego...
— Co ty mi mówisz — ofuknął go Zemięga — ja ci powiadam com z pewnych ust słyszał, że na Malborgu i w Toruniu mają takie żelazne rury, z których na raz ogień bucha...
Wszyscy zamilkli.
— Nie wierzę aż zobaczę — zawołał Sukosz — nie wierzę. Cóż to tym złoczyńcom miałby pan Bóg dawać taką siłę!
— Jaki Pan Bóg! — sprzeciwił się Wężyk — chyba Lucyper. Albo to nie wiecie że Krzyżacy tylko udają iż Chrystusa czczą, a mają swojego boga mosiężnego głowę, któréj się kłaniają i kozła, przed którym się modlą, — ale nie do głowy, tylko do ogona.
Niektórzy się śmiać zaczęli.
Zemięga dodał, iż byli ludzie co rzucanie ognia piekielnego widzieli i huk słyszeli i opowiadali, że kule kamienne, których dwu ludzi podźwignąć nie mogło, czart ten wyrzucał.
— Cóż by to była za wojna! — zawołał Sukosz... co by już człowiek i rycerz był wart w niej, gdyby go tak zdala bezbronnego można zgnieść?
— A no — kiedy tak jest! — westchnął Zemięga.
— Plotą, aby nas straszyli — zamknął Wilczek — nie ma o czém gadać...
Rozprawiano tak około ognia, i zdania się różne z sobą spierały.
W drugiej stronie obozu, po za wozami, w których królewskie szaty, zbroje i zapasy prowadzono, — nieco odsunięty od innych stał ów czterokonny zaprząg, który wiózł nieznajomą płaczącą niewiastę. — Była nią żona wojewody Wincza.
Na samą wieść o zdradzie jego, która się coraz bardziej szerzyła — powstała w wojsku i starszyźnie taka niechęć, taka nienawiść przeciw zdrajcy, iż imienia jego wymówić nie było można. Biedna niewiasta słyszała omdlewając jak go przeklinano, odgrażano się nań i zemstę mu zapowiadano. Musiała więc taić nazwisko swe, bo z niem życia nie była pewną. Zakazała ludziom wyjawiać je... sama zaś trzymała się na uboczu od wszystkich, milcząca...
Tych, którzy zagadywali do niéj, zbywała milczeniem i łzami.
A że zawsze u nas wielkie było niewiast poszanowanie i cześć dla łez, nie naprzykrzał się jéj nikt... Litowano się domyślając nieszczęścia, które ją dotknęło.
Trafiło się tego wieczora, iż wozy królewskie, a z niemi i wojewodzinéj, najbliżéj były Sieradzian, między któremi Florjan Szary się znajdował.
Od wyjazdu z domu, żonę pozostawiwszy na obcych opiece, świeżo po przestrachu takim, chodził jak noc smutny. Słowa z niego nikt nie dobył.
Musieli mu znajomi dać pokój, ażby — jak powiadali — wysapał się i odszedł.
Na pamięci mu stała jego biedna Domna, taka, jaka go z młodszą na ręku dzieciną żegnała w progu. Więc każda biedna, płacząca niewiasta, to na nim czyniła wrażenie, że ją przypominała.
Coraz to ku temu wozowi spoglądał a litował się nad płaczącą.
Nie zaczepiał jéj jednak i nie nastręczał się, bo go drudzy już ostrzegli, że z nikim mówić nie chciała i ludzie jéj, imienia nie wyjawiali nikomu.
Głowy sobie bardzo nie łamał, kto była, ciekawości nie miał zbytniéj, litość czuł tylko wielką.
Przy wozach z rycerstwa dla opieki nie było nikogo, same ciury i czeladź. Nie spuszczał z niéj oka Florjan.
Pod noc już ludzie wojewodzinéj, dawniéj do ulegania nie nawykli, zuchwali dosyć, powaśnili się u wodopoju z królewskiemi. Od słowa do słowa, bezcześcić się zaczęli, kamieniami ciskać, aż i do kijów porwali. Parę razy pociski padły blisko pani Halki która przerażona krzyknęła.
Wnet Szary pobiegł w pomoc, i z powagą swą rycerską, pomiędzy to tałałajstwo wpadłszy, pogromił je i rozpędził.
Zbliżył się potem do wozu, dobrém słowem chcąc pocieszyć kobietę, która mu dziękowała.
— Nie obawiajcie się — rzekł — ja tu z mojemi ludźmi niedaleko leżę, i jakby potrzeba było gotów jestem zawsze.
Spię czutko...
Miał téż sobie za obowiązek dać się poznać niewieście, i rzekł:
— Sieradzianin jestem, Florjan Szary się zowię, z Surdęgi... Nie pytam miłości waszéj o nazwisko, bom słyszał, że go mówić nie chcecie...
— Z Surdęgi? — odezwała się nieco zasłony podnosząc żona wojewody... Wszak ci to Leliwianka Domna pono wasza?
— A tak! — rzekł ochoczo Florjan, zdziwiony że o jego żonie wiedziała. — Poczciwe moje żonisko musiałem porzucić ze starym ojcem w domu. Ale jakże to wy o niéj wiedzieć możecie?
Jakiś czas pomilczała zagadnięta, aż po chwili rzekła cicho.
— Juściż rodzina o sobie musi wiedzieć — a Leliwi moi... powinowaci. Słyszałam o nich...
Florjan nie śmiał dopytywać więcéj, ale się u wozu zatrzymał.
— Kiedy tak, — rzekł — a my z sobą choć jakimś węzłem blizcy, nie omieszkajcież mi sobie kazać służyć. To powinność! Bóg widzi — dodał — nie ciekawym, gdy się być nie godzi, ale jakaż bieda mogła was zmusić, tak się wlec za obozem? To utrapiona rzecz...
— Prawda! rzekliście! — odezwała się Halka — bieda i wielka nad miarę zmusiła mnie jechać za obozem. Jestem bardzo nieszczęśliwa!
Westchnęła ciężko i płakać zaczęła.
Florjan czuł litość coraz większą i nie chciał się już oddalać, choć pytać nie śmiał.
Popatrzywszy nań, obejrzawszy się do koła trwożliwie, pani Halka łzy poczęła ocierać.
Przypominała sobie teraz, iż tę twarz Florjanową kędyś już widziała. W istocie, gdy wojewoda był w Pomorzanach na rozmowie z Szarym, ona podszedłszy ku drzwiom, przybyłemu się przypatrywała posłowi, lękając, czy nie był od Krzyżaków wyprawiony.
Teraz dopiero fiziognomja ta wyrazista przypomniała się jéj. Nie była jednak pewną.
Sama Leliwianka z domu, choć dalsza krewna tamtych Leliwów, do męża Domny czuła większą ufność niż do innych...
Pochyliła się więc ku niemu i spytała go po cichu.
— Nigdyście nie bywali w Pomorzanach, w W. Polsce.
— Jako? — odparł Florjan zdumiony. — Niedawno temu do wojewody mnie posyłano...
Spojrzała nań długo biedna kobieta i pochwyciła za rękę.
— Domyślcież się ktom ja! — rzekła. — Ja nieszczęśliwa żona jego jestem... Wincza z Pomorzan!!
Tu łzy ją zdusiły znowu.
— Przybyłam do Krakowa z Hanną królewiczówną — mówiła — prosić króla, aby słał do mojego męża ludzi słusznych, aby mu z serca wyrwali... tę myśl piekielną.
O Boże mój — on zdrajcą przeciw panu — on zdrajcą przeciw ziemi swéj, on z Krzyżaki... on z nieprzyjacioły!!
Florjan politowaniem zdjęty, stał, nie śmiejąc się odzywać.
— Nie rozpaczajcie miłość wasza — rzekł po namyśle. Jeszcze się to odmienić może... A cóż tu radzić? co?
— Ja go znam najlepiej — mówiła niewiasta łkając — on nie wytrwa w złem, sam sobą się brzydzić będzie. Źli ludzie go poduszczyli, dobrem słowem by to odwrócić można.
Król, gdyby chciał...
— Cóż król? — zapytał Florjan.
— Milczał — nie odpowiedział mi tak, jak nic...
— Pocieszcie się — zamruczał Szary — może czém jeszcze odwrócić od was to nieszczęście będzie można...
To rzekłszy i miarkując że dłuższa rozmowa więcéj by ją rozżaliła tylko, Florjan po cichu coś rzekłszy, odszedł do swych ludzi, przypominając, aby w razie potrzeby do niego się udała.
Jeszcze się był od wozu nie oddalił nad kilka kroków, gdy od plebanji jakby co gromadami rozłożonemi w polu poruszyło...
Ruch się wszczął jakiś niespokojny, ludzie biegać zaczęli, kupkami się zbierać — cisnąć, rozpowiadać, krzyczeć, konni biegali po obozie.
Popłoch jakiś poruszył wszystkich. Ci co leżeli, wstawali i szli się dowiadywać.
W powietrzu latały przekleństwa i odgróżki.
Ponieważ nie bardzo jeszcze ciemno było, a na wzgórzu przy plebanji smolnych parę beczek zapalono dla króla, Florjan dostrzegł, że kilku jezdnych, których konie trzymała czeladź, świeżo do dworku przybyło.
Siadł więc na koń, czeladzi rozkazawszy, aby się nie ruszała, i poleciał wprost na plebanją, by u źródła dostać języka i dowiedzieć się prawdy.
Chociaż po drodze dochodziły go różne wołania i imiona — nie zatrzymywał się aż u drzwi księżego domu.
Szczęściem trafił w progu na Hebdę.
— Na Boga, panie wojewodo, — zawołał — co to jest. Nowe nieszczęście jakieś?
— Nie! nie nowe, — krzyknął z gniewem wielkim Hebda. — Dawnośmy się go spodziewali — a teraz się tylko spełniło, w co żaden poczciwy człek wierzyć nie chciał.
Wojewoda z Nałęczami poszedł do Krzyżaków, a oni z nim już wpadli i palą, a rzną i niszczą...
Odparto ich, słyszę od Inowrocławia z niemałym trudem, ale Słupcę wzięli i spalili... i żywéj nie puścili duszy.
Królewicz nasz z Nekandą w Pyzdrach był, godzili na to, aby go porwać, szczęściem w porę ostrzeżony, uszedł z życiem i dąży ku nam.
Z Pyzdr téż kupa popiołu!!
Gdy to mówili ziemianin odarty, z suknią na piersiach nagich poszarpaną, z twarzą pałającą, rozogniony, na pół oszalały, nieprzytomny wyszedł z izby od króla.
Wyproszono go z tamtąd, aby Łoktka więcéj nie rozżalał i serca mu nie psuł — lecz ust mu zamknąć nikt nie umiał, mówił a raczéj ryczał z boleści, szarpiąc na sobie odzież, na głowie włosy, ręce na pół obnażone podnosząc do góry i załamując nad czaszką... Stał w progu, jęcząc i wyrzekając...
— Gdzie przeszli tam po nich ino popieliska i trupy...
Nie szczędzili nikogo, dzieci, starców, księży po kościołach, kościołów... Ludzi co do nich uciekali u ołtarza z szat do naga odarłszy, rzezali... urągając się. W Słupcy ksiądz sakramentem w ręku trzymanym się nie obronił...
Piekło na ziemi? Gdzie Bóg? Krzyże na płaszczach — a to szatany wcielone...
Łaska Boża, iż królewicza nie schwycili, nie darowali by i jemu...
Wojewoda nasz był z niemi! Boże miłosierny...
Padł na progu, rękami zakrył twarz i powtarzał ciągle.
— Gdzie Bóg? gdzie Bóg?
Wikary się młody zbliżył do niego i strofować go począł za bluźnierstwo, ale starzec spojrzał nań groźno.
— Dobrze ci mówić! boś ty na to nie patrzał... bo ci jak mnie żony i dzieci nie zabito, boś nad trupami krwawemi łzy nie płakał... A chorągiew ich z krzyżem! Gdzież Bóg?
Szalał biédny...
Słysząc wrzawę w sieni wyszedł sam król, blady, twarz jak marmurowa. Widać było, że drżał wewnątrz, ale zdawał się nieporuszony, oczy tylko błyskały.
— Cicho! — zawołał — cicho... Poleje się krew za krew... Bóg cierpliwy ale mściwy...
— Natychmiast by iść na nich, póki się niespodziewają — zawołał gorączkowo z za króla Żegota z Morawicy — iść i tłuc.
Król się odwrócił z surową twarzą...
— Jedźcie mi po obozie — niech się ludzie uspokoją i żeby mi żadnego wołania, a wrzawy nie było. Jam tu wódz!
Nikt rozkazywać, nikt się niczego domagać nie ma prawa. W obozie zatrąbić na spoczynek.
Skinął ręką. — Cicho! ni słowa!
I z wielkiém podziwieniem słuchających król z naciskiem silnym, głośno — dokończył:
— Jutro — cały dzień spoczynku, tu... nie ruszymy się.
Wszyscy do koła zamruczeli i poruszyli się, Łoktek spoglądał surowo i brwi ściągał.
— Ład żeby mi był... a kto mi się rwać będzie i krzyczeć, do mnie na sąd...
Trąbić na spoczynek.
Zwolna zaczęli się niektórzy poruszać, a wojewoda posłał z rozkazami do obozu.
Król wolnym krokiem do izby powrócił i zamknął drzwi za sobą.
Szanowano tak wolę surowego pana, iż na skinienie jego i wysłane w imieniu króla nakazy, obóz natychmiast zaczął się uciszać. Starsi biegli zmuszając do milczenia.
Gdy Florjan do wozów powrócił, zamierzając wdowie nowego zmartwienia oszczędzić i zamilczeć przed nią — znalazł ją już uwiadomioną i leżącą na wozie bez przytomności.
Sługa jadąca z nią cuciła i ocierała omdlałą.
Żadna pociecha nie była w porę — stanął około wozu — popatrzył chwilę i usunął się po cichu.
Przez całą noc jęki niewieście go dochodziły.
W obozie mało kto zasnął tej nocy. Pozornie panowała cisza i spokój, bo królewskie słowo miało siłę potężną, lecz niepokój w umysłach był straszny...
Co niecierpliwsi o rychłą pomstę wołali. Tym czasem nazajutrz kazano im stać w miejscu, potem pół dnia zwijano obóz, zamiast wprost ku granicom i zagrożonemu krajowi, Łoktek dał rozkaz wojsku i usunął się z niem w lasy na prawo...
Widziano go na koniu jadącego, z twarzą kamienną, z wejrzeniem osłupiałem — lecz wodzowie widzieli, co się kryło pod tym chłodem i martwotą, nikt nie śmiał doń przemówić.
Mówił mało... — krótkiemi słowy, odpowiedzi nie słuchał...
Zdawał się nawet nie widzieć i nie poznawać najbliższych...
Wieczorem kilka skarg było do wojskowych sędziów, król najsurowiej karać kazał...
Tydzień leżał obóz w lasach, i posły tylko biegały języka dostając...
A kto z językiem powrócił pod karą główną słowa się nie ważył mówić po obozie.
Wojsko nie wiedziało nic — a niecierpliwość w nim wrzała okrutna...
Już z nowego obozowiska ruszać mieli nad ranem, gdy na granicy od lasku orszak się ukazał... Straże zaraz zatrąbiły na gwałt, ale im umilknąć kazano. W sto może koni i zbroi jechał ktoś w prost do namiotu królewskiego.
Łoktek pieszo jak stał wyszedł naprzeciw. Hełmu ni czapki nie wziął. Kosmyki włosów siwych wiatr mu rozwiewał... szedł z podniesioną głową...
Spostrzegłszy go, z konia zeskoczył raźno młodzian. Był to królewicz, a za nim tuż jechał Trepka...
Kaźmierz pięknym był i miał prawdziwie Królewską postawę, Królewski strój i uzbrojenie, jakby nie na wojnę, a na gody się wybrał.
I on i dwór jego różnił się od ojcowskiego jakby do innego należał świata. Coś młodego, świeżego, bujniej rozkwitłego wiało od tych błyszczących rycerzy z pióropuszami, ze świecidłami, i dziwnemi na hełmach postaciami... Łokietkowi przy nich ciężko, czarno, opuszczono, grubo, wydawali się i niemal barbarzyńsko...
Kaźmierzów orszak lżejszym był i zwrótniejszym... lecz widać było, że próby boju nie przebył...
Zbliżywszy się do syna Łoktek ręce wyciągnął i gdy ten mu się do kolan chylił, zarzucił je na szyję jego, począł całować w czoło... Niemógł mówić.
Spojrzał z wdzięcznością na Trepkę i skinął tylko mu, jakby mówił — Bóg ci zapłać...
Zwolna kamienna twarz wypogadzać się zaczęła, piersi poruszać, jakby odblask krwi ożywił mu policzki...
Szli razem do namiotu — i w nim znikli...
Zamaszysto, raźni krzólewiczowscy[1] ludzie poczęli zsiadać i rozgaszczać się...
W obozie domyślano się teraz, dlaczego stali tu tydzień — czekali na królewicza...
Gdy Łoktek do namiotu z synem wszedł, Trepka pozostał około opłotków. Tu go otoczyli wojowodowie[2], chorążowie, pułkowódzcy — nalegając i dopytując, co się działo.
Nekanda powtarzał im to z czem wprzódy przybył ziemianin, że od Brześcia i Inowrocławia udało się pierwszy zamach odeprzeć, że Słupcę i Pyzdry a okolice Krzyżacy puścili z dymem.
— Na godzinę przed przybyciem ich pod Pyzdry, dano mi znać — mówił Nekanda. — Gdybym sam był, bronił bym ich — alem tę drogą krew królewską ocalić musiał.
Uszliśmy szczęśliwie — ścigani co chwila w obawie, że nas dognają — Bóg miłosierny...
— A Krzyżacy? — pytał Hebda.
— To była tylko próbka — rzekł Nekanda — wrócili do Torunia, bo król Jan się im opóźnił... Tylko co ich znowu nie widać. Niepoczciwy Wincz z niemi!!
W tem uchylił król namiotu ściankę i zawołał.
— Nekanda!
Ten wszedł, królewicz stał przed ojcem z twarzą posępną i zafrasowaną.. Łokietek miał ten wyraz oblicza, jaki przybierał, wydając rozkazy.
— Dziś jeszcze przepędzicie ze mną dzień do wieczora — odezwał się — rozumiesz. Jutro musicie z nim — wskazał na Kaźmierza — na miejsce bezpieczne.
— Ojcze — odezwał się Kaźmierz — srom dla mnie! nie godzi się to... lituj się.
— Milcz gdy rozkazuję — rzekł Łoktek — wiem co czynię. Miałbym ja dwu takich jak ty, nieszczędził bym ciebie. Jeden jesteś, a na twoją głowę korona czeka... Milcz i słuchaj...
Korona pójdzie w sztuki, gdy zabraknie głowy...
Zwrócił się do Nekandy...
— Szukaj z nim bezpiecznego miejsca i najbezpieczniejszego zamku — ja ci go oddaję, musisz mi całym powrócić.
Trepka skłonił głowę.
— Bić się — dodał król — to by była zabawka... rozkosz — musisz cierpieć i słuchać — ja się będę bił — mnie nie szkoda, jam stary, ze mnie już gałęź nie wytryśnie nowa...
Kaźmierz ręce skrzyżował na piersiach, jak gdyby jeszcze króla chciał błagać, lecz Łoktek nie patrzał nań, radził z Nekandą, odżył widocznie po przybyciu syna, wstąpiła weń nadzieja.
Niemówił co począć ma, bo z tego nigdy się nie był zwykł przed nikim spowiadać — pytał tylko... Nie wspomniał o Winczu...
Gdy Trepka napomknął o nim, spojrzał król i zawarł usta...
Ciemno było w namiocie, lecz mogło się zdawać, iż coś się w oczach starego zaszkliło...
Po długiem opowiadaniu o zniszczeniu, które Krzyżacy zrządzili, Łoktek nagle zwrócił się do Nekandy.
— Och! jeden — Wincz... rzekł — on, jeden... zemsta... niecny człek... wąż — wąż — ale całaż Wielkopolska z nim przeciw mnie.?
Wlepił w niego oczy.
— Miłosierny panie — pospieszył z odpowiedzią Trepka — niech Bóg uchowa od takiej potwarzy. Nałęcze z nim i to nie wszyscy, Dobek mu wypowiedział posłuszeństwo... Inni idą pod grozą, aby im majętności nie palono, spodziewając się je ocalić... reszta płacze i narzeka na zdrajcę...
Niech się szala przechyli na stronę naszą, odbiegną go wszyscy...
— Daj Bóg! — rzekł król krótko i uśmiechnął się do syna...
— Nie tęsknij — dodał, przyjdzie i na ciebie czas do boju... U nas miecza do pochew schować nie można... i długo jeszcze pozostanie tak.
— A dopóki pokoju mieć nie będziemy — westchnął królewicz — póty kraj stać będzie w lepiankach i gruzach, i wieśniak mrzeć z głodu i miasta drżeć ze strachu o handle swoje...
— Tak dziecko moje — gorzko uśmiechnął się król, i dla tego ja wojuję życie całe, abyś ty ten pokój odzierżał po mnie, dali Bóg że go nam Stolica Apostolska z tym narodem bezbożnych mnichów wyzyszcze...
Mnie już do ostatka trzeba krew lać... a ty żniwo zbierzesz po niej.
Uściskał go...
Jedźcie gdzie na zamek bezpieczny, w głąb... daleko, gdzie by ani Jan was niedostał, ni Krzyżacy — ja błądzić będę i kryć się po lasach aż mi Bóg powie i da do serca. Teraz czas!... O! gdy przyjdzie godzina — pomstę uczynię okrutną, jak psów będę dławił, jak zbrodniarzy ścinał i tak nie przebaczę nikomu, jak oni nie przepuścili niewinnym dziatkom moim...
Zamilkł nagle...
— Amen — dokończył Trepka skłaniając głowę.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – królewiczowscy.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wojewodowie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.