Jej pierwsza noc miłości

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Jej pierwsza noc miłości
Podtytuł Nowela
Data wydania 1908
Wydawnictwo Tygodnik „Wolne Słowo”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
  LEO BELMONT.  
Jej pierwsza noc miłości.
NOWELA.

Całowały go tak na odjezdnem, jakby go nigdy więcej nie miały obaczyć. Oczyma pełnemi miłości siostrzanej patrzyły na niego z pod welonów żałobnych. Zwłaszcza najmłodsza z trzech nerwowo tuliła się do jego piersi, zaglądała z pieszczotą natrętną w jego wyschnięte, przepłakane oczy i mówiła:
— Przysięgnij... przysięgnij... że nie będziesz myślał o żadnem głupstwie. Ty taki mądry, taki odważny, taki cudownie cierpliwy... Ty to potrafisz znieść... Pamiętaj, że to byłby grzech, śmiertelny grzech...
Drżącemi palcami głaskał jej twarz dziecka, kiwając głową na zgodę, ale po jego ustach przemykał uśmiech krwawej ironii...
— Wiem — szeptała żałośnie — ty nie wierzysz, że to grzech... Ach, mój Boże, gdybyś ty się tego bał!.. Pamiętaj, że ona patrzy na ciebie z nieba. Ona każe ci żyć, by ktoś o niej tak pamiętał, jak ty... ty jeden...
Darła mu serce tą czułą pociechą...
— Tak... tak... — odpowiadał — patrzy z nieba...
I zamykał oczy, w których był ból bezbrzeżny. A usta krzywiły się gorzkim uśmiechem niewiary...
— Braciszku, wiem, że jestem głupia... Ale pod tym względem to ja rozumiem więcej, niż ty... Ona patrzy na ciebie, z pewnością patrzy... Przecie ona tak ciebie kochała...
Z pod jego przymkniętych powiek wysączyły się gorące cierpkie łzy. Jakby ostatnie krople już zakamieniałej rozpaczy.
— Przestań, Zosiu, przestań — przerwała najstarsza siostra... Męczysz go niepotrzebnie... Obiecał być rozsądnym i będzie... Przecie on potrzebny społeczeństwu... On sam wie o tem dobrze... Prawda, Jerzy? W pracy znajdziesz ukojenie... Tylko w pracy!.. W twórczości!.. W sławie!..
Kiwał głową na potwierdzenie i całował spracowane, pokłute igłami ręce siostry, chyląc głowę ku nim ufnie. Ale plecy jego wstrząsały się łkaniem bezłzawem, bezgłośnem, powstrzymywanem.
Smukła, jak lilia, o delikatnej cerze i wypiekach suchotnicy, średnia siostra, wtrąciła cicho, głosem podobnym do śpiewu:
— A gdybyś ty, Jerzy, przestał myśleć o świecie, o ludziach, co wielbią twoje imię, o tych wszystkich obcych, którym praca twoja przydać się może... gdybyś zwątpił, żeś potrzebny jeszcze na ziemi, że masz coś uczynić dla swego kraju... to... żyj dla nas... dla nas... Nie złam serc naszych... Na jesieni przyjadę do ciebie... Będę zdrowsza... A Zosia...
— Ja będę tu za miesiąc, Jerzyku. A Irena pewnie zabierze się ze mną...
— Postaram się — podchwyciła najstarsza z sióstr — Niedługo będziesz sam jeden... Cierpliwości, bracie... Obiecałeś... Pamiętasz?
— Bądźcie spokojne, bądźcie spokojne! Pamiętam...
Tak błagały go wszystkie trzy, a on całował je po rękach, po czołach, w usta, w oczy... I łzy ich mieszały się razem pod osłoną żałobnych welonów ich kapeluszy.
Musiały odjeżdżać. Najmłodsza, panna, wracała do obowiązków nauczycielki na willegiaturze. Średnia, słabowita, jechała z musu na kurację, aby zatrzymać gasnące życie. Najstarsza mężatka i dzietna, wracała na wieś... Fatalny zbieg okoliczności sprawił, że w godzinie, gdy piorun nieszczęścia ugodził w dom ukochanego brata, pochorowały się jej dzieci — i z trudem zaledwie, zluzowana przez męża, z niepokojem o małych rekonwalescentów, przebyła w domu Jerzego przez cały tydzień po pogrzebie bratowej. Wszystkie trzy, przyjechawszy dla oddania ostatniej posługi zmarłej, pozostały przy nim, drżąc pierwszych dni, że popadnie w obłęd, lub targnie się na swoje życie...
Wreszcie okres ostrej rozpaczy minął. Brat był złamany i pognębiony, ale wydawał się spokojniejszy. Czas, zdawało się, rozpoczął już swoją kojącą robotę. Zrozumienie nieodwołalności nieszczęścia było pierwszym etapem do pogodzenia się z losem. Przestał bić głową o mur, zanosić się, jak dziecko, od płaczu, zrywać się po nocach z krzykiem i wołać żonę po imieniu głosem szaleńca... Serca pękały im z bólu wobec objawów rozpaczy tak potężnej. Bały się zostawiać go samego. Nocami kolejno czuwały przy drzwiach jego sypialni. Aż wreszcie przysiągł im na pamięć żony, że sobie życia nie odbierze, i sam je prosił, aby wracały do swoich zajęć, pozostawiwszy go jego losowi i obowiązkom.
Pragnął odprowadzić je na kolej — ale wymogły na nim, że zaniechał tej formalności. Ostatniemi dniami nic prawie nie jadał. Był prócz tego wycieńczony trzymiesięcznem czuwaniem przy łożu żony. Zgodził się zostać...
Odjeżdżając, zostawiały go na opiece czujnej służącej, która służyła w domu Jerzego piąty miesiąc i zdawała się bardzo przywiązaną do „biednego pana, któremu umarła taka śliczna pani“ — jak wyraziła się w rozmowie z panną Zofią. Zresztą każda z sióstr przed wyjazdem uważała za swój obowiązek, zajść do kuchni, dać Zuzi kilka ważnych wskazówek co do opieki nad panem i ofiarować hojny datek dla pobudzenia jej gorliwości.
Zuzia wzdragała się przyjmować te datki, zapewniała, że „wszystko jedno — i tak panu krzywdy nie będzie“, ale siostry tak mocno nalegały, że drobne prezenty i srebrne pieniążki składała do kuferka, ocierając ciągle łzy nad losem „biednego pana i takiej ślicznej i dobrej, jak anioł, pani, która mogłaby przecie jeszcze żyć... Bo i co by to Panu Bogu szkodziło?..“
Wyjechały wreszcie... Ich dobre twarze jeszcze raz, na schodach, rzuciły mu z poza welonów żałobnych siostrzany rozkaz:
Żyj!..
Kiwnął im głową z poczciwym uśmiechem pokory i wdzięczności za ich troskliwość.
Pozostał sam...


∗             ∗

Postanowił być rozsądny... Jąć się pracy natychmiast. Wyszukał w biórku napoczęty przed trzema miesiącami, zaniedbany od czasu choroby żony rękopis — i wysztychował tytuł nowego rozdziału: „Kwestja polsko-litewska“.
Umoczył pióro — i... wpatrzył się w litery własnego pisma. Wydały mu się dziwnie obce... Schylił się nad papierem i przypatrywał się długo... Z papieru podnosiła się pustka szydercza i spotykała się z drugą pustką, ziejącą z jego głowy.
Czuł, że niema ani jednej myśli w głowie. Rzucił pióro. Powstał. Rozejrzał się po ścianach pokoju. I zdawało mu się, że od wszystkich sprzętów idzie zimny dreszcz do jego duszy. A wszystkie kąty mówiły do niego milczeniem jedno słowo: „Nic!“ Przez jeden moment zamierzał iść ku drzwiom i rozpaczliwie wzywać sióstr po imieniu. Opamiętał się. Już musiały odjechać...
Siadł na kanapie i wpatrzył się w tykający zegar. Przerażało go, że czas idzie... że tak będzie trwał długo... a on...
Co on zrobi?..
W okropnem jasnowidzeniu obaczył, że nić wiążąca go z życiem — pękła... I pomimo swoich lat trzydziestu — przygarbił się w tej chwili, jak starzec, złamany wiekiem i długą niedolą.
„Kwestja polsko-litewska“! Co go to obchodziło?.. Co go obchodziło wszystko?.. Ludzie kłócą się o tysiąc głupstw przez wieki. I będą się zawsze kłócić o głupstwa. Nie o jedno, to o drugie. Cóż będzie pisał do nich? Przecie to wszystko jedno, cokolwiek napisze... Wszystkie idee szczytne, które gonił w powietrzu marzeń, wydały mu się naraz ptakami o martwiejących skrzydłach, padającemi w czarną czeluść wieczystej ludzkiej niezgody i wieczystego zgiełku...
Chwytał się za głowę... Co się stało?
Nic... tylko jej nie było!..
Uśmiechu, który opromieniał mu pracę... rozkochanych oczu, które mówiły mu „dobrze“! — słodkiej pochwały, której niekompetencję doskonale znał... ołtarza, na którym składał wszystkie swoje powodzenia literackie, podpory we wszystkich troskach... kwiatu najczulszej przyjaźni śród wszystkich kolców życia... natchnienia twórczych mąk... serca, przy którem grzał się, śmiejąc się z mroźnej wichury za oknami...
Tego wszystkiego teraz nie było. Nie wiedział nigdy, że jest to tak wiele. Nie przypuszczał, że ta malutka, jak opłatek delikatna kobieta — tyle miejsca zajmuje w jego życiu. Teraz zgasło to serduszko — ognisko jego szczęścia — i jakgdyby dokoła niego pękły wszystkie szyby — i zimno bezmiernej pustyni wdarło się w jego życie...
Skoczył do biórka. Pootwierał wszystkie szuflady. Śród stosu papierów wyszukiwał jej liściki, kartki, najdrobniejsze pamiątki czasów narzeczeńskich. Cieszył się, odnajdując jej książki gospodarskie, zapisane perełkami drobnych cyfr, prowadzone milutko - nieporządnie. Powyciągał z albumu wszystkie jej fotografie — całował, pieścił — i źródło błogosławione łez otwierało się znowu w jego sercu... Wilżyły rozpaloną twarz — schły — i zastępowane były nowemi cichemi potokami...
Zuzia kilkakroć lękliwie pukała do jego drzwi — półotwierała je nieśmiało — natrętnie przypominała, że „obiad podany“ „stygnie“. Machał na nią ręką niecierpliwie — niemal szorstko zbywał ją słowem: „zaraz“ — miał tę niezwykłą surowość w głosie, która odbierała odwagę służącej... Cofała się, szanując jego ból — i wracała na nowo, aż musiał iść na chwilę do stołu i dla pozoru coś przekąsić. Poczem wrócił do swojego rozkosznie-bolesnego zajęcia...


∗             ∗

Upływały godziny. Zapadał zmierzch. On siedział śród swoich pamiątek. Służąca wniosła lampę. Przemówiła coś do niego. Nie słyszał jej... Z westchnieniem pokiwała głową — i odeszła... Usiadła w ciemnym sąsiednim pokoju — i cicho płakała, mówiąc do siebie: „Biedny pan!..“ Nie słyszał jej płaczu...
Teraz dokonywał olbrzymiej roboty. Wygrzebywał z pamięci wszystkie szczegóły czteroletniego małżeńskiego pożycia — i zachwycał się każdem jej słowem, każdym gestem. Słodkim dreszczem obejmowało go wspomnienie niemal półrocznej delikatnej walki, którą stoczył z nią w sypialni małżeńskiej, zanim mu się oddała. Była chorobliwie wstydliwa. Kochała go, ale mierziła ją myśl o płciowym stosunku. Rozkoszował się wspomnieniami o tem, jak uczył ją sztuki miłości — jak budził w niej dreszcz pragnień naturalnych — łamał jej wstyd powoli... Ale zachowała swoją wstydliwość w znacznej mierze do końca... W ciemnościach nocy czuł, jak drży jej delikatne ciało... znał aksamit jej skóry... aromat jej włosów... Ale nigdy nie widział jej w całości... Nawet w mroku nocy, poddając się jego namiętności, zamykała oczy. Sądził, że musiała się przy tem rumienić... Zdawało się, że kocha go tylko duchowo — że zezwalając na pieszczoty, jeno pobłaża jego zmysłom... Jej rozkosz była jakby tylko odbiciem jego rozkoszy. I żar jego uciech gorzał cicho w klamrach szacunku i wdzięczności, niby promień w lampie kryształowej pod sklepieniem świątyni gotyckiej. Nie wyczerpywał się nigdy pod musem ciągłego zdobywania ciągle traconej zdobyczy. Szczęście, które mu dawała, było skarbnicą niewyczerpaną... Nie znał przesytu — i dlatego czuł się przy niej tak młodym. Był dla niej zawsze delikatnym kochankiem, nigdy mężem brutalnym...
I zobaczył jej ciało po raz pierwszy, gdy — już nie należało do niego. Było we władzy śmierci. Na jeden moment na śmiertelnem łożu mignęła przed nim biel podciętej kosą śmierci ludzkiej lilii. Siostry, ubierające umarłą, szybko zamknęły drzwi przed nim. I pozostało mu w myśli wyssane niemal ze krwi powłóczyste ciało — jakby linie kryształowego naczynia o kształtach ludzkich — krągłość piersi, które, zda się zachowały dziewiczość — zarys bioder subtelnych jakiejś męczennicy chrzesciańskiej — piękność, po którą bezczelno-chciwie sięgała ziemia cmentarna — cudowne dopełnienie twarzy, której choroba nie zdołała ująć ani jednego promienia powabów — której wyraz słodki snycerskie dotknięcie śmierci uzupełniło rysem wiecznego spokoju.
Taką oglądał tę twarz w trumnie śród świec woskowych i oleandrów. Tylko bladość jej żółkła nieco w świetle wosków — i zieloność oleandrów zdawała się rzucać na nią swój refleks. W rękach, ubranych w rękawiczki białe, migotał złoty krzyżyk — symbol jej życia, które było samą miłością i poświęceniem, a które przerwało się tak zagadkowo. Pewnego dnia poczęła gasnąć, jak dopalająca się świeca... Lekarze mówili: „niedokrewność“ — wymieniali rzadko używane łacińskie nazwy — ale patrzyli na siebie wzajem, jak ludzie, którzy nie są w stanie wytłomaczyć zagadki. „Ona powinna żyć“ — mówił stary, doświadczony eskulap do Jerzego „nie widzę, co mogłoby ją zabić“. Tylko ona jedna, od pierwszego dnia choroby, wiedziała, że musi umrzeć. „Nie wstanę — rzekła do męża — byłam zanadto szczęśliwa. A na to życie nie pozwala. Jerzy, zachowaj mą pamięć — i żyj dla ludzkości... Za dużo żyłeś dla mnie. Tego nie wolno“. I umarła z poddaniem się, rzucając mu spojrzenie miłości, która zrozumiała konieczność wiecznego rozstania.
Przypominał...
Ból, jak żarłoczny sęp, przypadł mu do serca. Zdawało mu się, że w piersi jego ryczy morze bólu. „Dlaczego ja im przysiągłem na jej pamięć?“ — tłukła się w jego głowie myśl żałosna. Piła krew z jego mózgu. Rozpacz nabierała formy rozpalonego drutu, okręcającego się wokół jego piersi w coraz to innem miejscu i coraz to ciaśniej... Cierpiał strasznie...
Zachciało mu się jeszcze znęcać się nad swoim bólem. Po pogrzebie nie wszedł ani razu do małego saloniku, gdzie na zestawionych krzesłach stała jej trumna. Ostatni raz widział ją tam w chwili, gdy żałobnicy o twarzach posępnych nakładali na nią wieko trumny. Ci służbiści śmierci wydali mu się potworami, obdarzonymi władzą zadawania gwałtu naturze. Zabierali jego skarb — a on nie śmiał protestować...
Teraz postanowił pójść do tego pokoju — przekonać się raz jeszcze, że tam nic niema. Chciał popatrzeć pustce w ślepe oczy. Chciał ujrzeć tryumfujące przeżycie martwych sprzętów, urągających skazanemu na zgniliznę żywemu naczyniu duszy.
Wziął lampę — i krokiem pijanym szedł przez stołowy pokój. Usłyszał za sobą szmer ciężkiego oddechu. Wzdrygnął się — odwrócił. Podniósł lampę.
Skulona w kącie pokoju, w pobliżu drzwi gabinetu, spała Zuzia. Twarz jej zamorusana była łzami.
— Zuzia!...
Zerwała się zawstydzona...
— Co ty tu robisz?
— Czekałam... Myślałam, że Pan zawoła... Nawet herbaty Pan nie pił... Pukałam tyle razy... napróżno...
Wskazała na zastawiony stół...
— Nie jestem głodny... Możesz iść spać...
— A Pan? A Pan pójdzie spać?... Pan potrzebuje dużo snu.
— Ja... ja idę właśnie spać...
— Ach! to dobrze — uradowała się.
— Tak myślisz?...
Usta drgnęły mu żałością.
Postawił lampę na stole...
— Zuziu! naszej Pani niema...
Ryknęła niemal... i przerażona wybuchem swoim, pobiegła pędem do kuchni.
— Jakie to dobre stworzenie! — pomyślał. Jak ją lubiła moja żona!...
Stał bezradny, przymknąwszy oczy, głowę oparłszy o kredens. Wsłuchiwał się w płacz współczującej mu duszy. Sam nie miał w tej chwili łez...
Płacz w kuchni ustawał. Słyszał, jak dziewczyna krzątała się po kuchni. Potem dochodził go niewyraźny głos. Dziewczyna najwidoczniej modliła się przed snem.
Szczęśliwa! — westchnął.
Przypomniał... Miał iść przecie do tamtego pokoju. Wziął lampę i nacisnął klamkę z lękiem.
Martwe światło pobiegło po martwych sprzętach... wszystko było tak ustawione, jak za jej życia... tak jak ona lubiła... tylko zdawało się nie mieć teraz żadnego sensu... Jakgdyby meble porozumiały się pomiędzy sobą — rzekły do siebie: po co? — i odepchnęły się wzajem.
A tam, w tym strasznym kącie — gdzie była trumna — stłoczyły się jej żardynierki, jej ulubione kwiaty i posłały mu teraz woń zatrutą...
Kwiaty mówiły:
Po coś tu przyszedł?... Jej niema... I nic tu niema... Idź spać... idź spać...
Przypomniały mu się słowa Zuzi:
— Pan potrzebuje dużo snu...
„Tak... ja powinienem zasnąć...“ — mówił do siebie.
I jego oczy, utkwione w kąt salonu, zdawały się wypatrywać coś.. One były gdzieindziej — te oczy... One cofały się do gabinetu... patrzyły na dno dolnej szuflady w lewej części biurka... ślizgały się uporczywie po pewnym przedmiocie, który leżał tam dawno...
W dni zamieszek powierzył mu go przyjaciel, mający powody obawiać się rewizyi i nie odebrał, wysłany na wschód.
Mara, odegnana przez siostry, wracała...
Wrócił do gabinetu i zasiadł przy biurku. Pisał list do siostry.
Były to zdania urwane, niedokończone... odpryski myśli... krzyki rozpaczy... prośby o przebaczenie:

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Nie mogę żyć — nie mogę żyć — wierzajcie mi. Skończyło się dla mnie wszystko — to nie ja wydzieram się ze świata — to świat wydarł się ze mnie.
„Jesteście tak dobre, że potraficie mi wybaczyć. Ale gdybyście nawet miały rzucić klątwę na moją mogiłę, nie powstrzymałbym się nigdy. Nie jestem okrutniejszym względem was, niż los był okrutny dla mnie... Nie rozumiem, dlaczego powinienbym oszczędzić wam bólu, gdy sam jestem jednym bólem — nic więcej... Wybaczcie, że za mało was kocham — bo zanadto ją kochałem. Wybaczcie, bom umarł, zanim przestrzelę sobie serce. Wybaczcie trupowi, jakim jestem już teraz. Ogarnia mnie potrzeba snu wiecznego. Ołowiem ciążą powieki oczu mojej duszy...“

Biła godzina druga... potem trzecia po północy... On nerwowem pismem zapełniał arkusiki. Żegnał się z każdą z sióstr oddzielnie... Każdą błagał o przebaczenie...

„Ty, moja najstarsza — pisał — ty coś zastąpiła mi matkę w młode dni naszego sieroctwa — ty mi wybacz, że nie chcę żyć dla sławy... Sława to przecie największe oszustwo, jakiem łudzi się człowiek. Sława jest halucynacyą ludzi wielkich. Jest to zabawka, nie istniejąca w całości, — rzecz poszarpana na strzępy, którą bawi się tłum na mogiłach wielkich ludzi. Najmniej istotne z dóbr człowieka — bogactwo ofiarowywane popiołem geniuszów... Wybacz dobra moja Ireno, kwiecie wyrozumiałości i powagi, wyrosły w ogrodzie poświęceń, na drogach kalwaryjskich...
„I ty mi wybacz, Wandziu, lilijko samotna i nieoceniona, ty, której dusza podobną jest skrzypcowej muzyce aniołów... Wiem, że tylko cudem trzymasz się na korzonkach życia — że melancholijne płatki kwiatu — duszy twojej drżą na wietrze zawodów i cierpień... Ale jakże ja mogłem żyć dla was — z tą pustką w sercu. Gdybyś przez jedną godzinę była w duszy mojej, ty sama błogosławiłabyś mnie na śmierć...
„I ty, ptaszę słodkie, Zosiu — wiem, że odbiorę wesele twojej wiośnie... że jestem zbrodniarzem wobec twojej młodości... że moja mogiła samobójcza zbyt prędko otworzy twoje oczy na przerażenia i powagę życia... ale nie mogę się zatrzymać, jak nie może się zatrzymać człowiek, strącony w przepaść... Wybacz mi — albo lepiej nie wybacz... chciałbym, abyś gniewała się na mnie mocno, żem popełnił „grzech śmiertelny“ jeżeli ten gniew mógłby przynieść ulgę twojej żałości... Oburzaj się na mnie, złota dziecino moja — tylko nie płacz, bo szkoda twoich ładnych i dobrych oczu na łzy po mnie...

∗             ∗

Szuflada zacięła się.
Nie mógł jej otworzyć: wierzch zbyt wysokiego tekturowego pudełka stawiał opór. Irytował się. Jakgdyby zawarto przed nim wrota do spokoju mogiły. Przypomniał, że w szufladzie kredensu jest duży nóż kuchenny. Poszedł do ciemnego stołowego pokoju. Namacal szufladę, znalazł nóż. Skronie jego pulsowały mocno. Działał jakby w gorączce. Powracając szybkiemi kroki, zawadził ręką gierydon z owocami, stojący na stole. Gierydon spadł. Brzęk szkła rozległ się w ciszy nocnej...
Zdawało mu się, że w kuchni ozwał się stuk, niby odpowiedź. Służąca mogła się obudzić. Nasłuchiwał przez chwilę niespokojnie.
— Przesłyszałem się — pomyślał. Zbudziłaby się nazbyt wcześnie...
Przez jego mózg przeleciała wizja. Zobaczył siebie, leżącego na podłodze, i Zuzię, biegnącą na huk wystrzału do pokoju. Uśmiechnął się. Ten okrutny obraz podobał mu się.
Ta dopiero narobi hałasu na cały dom. Przerazi się...
Nie litował się nad sobą, więc nie miał współczucia dla innych.
Był znowu w gabinecie. Przeciął nożem tekturę w głębi szuflady. Wyciągnął pudełko. Znalazł rewolwer. Obejrzał. Nabity.
— W serce, czy w skroń?... Lepiej — w serce... Pewniejsze...
Myślał, że nie chce oszpecić sobie głowy. Wstydził się tego odruchu myśli, czepiającej się sądów życia, i gorączkowo rozpinał kamizelkę, oddzierał koszulę, rozpaloną ręką szukał właściwego miejsca na ciele...
— Tam, gdzie bije... w samo serce... — szeptał do siebie.
Jeszcze raz błędnym okiem obwiódł pokój...
Zrobiło mu się czegoś żal. Ale już była nad nim jakaś moc inna, nieubłagana. Jakby podpisano nań wyrok. Jakby to obca ręka musiała go wykonać. Przymknął oczy...
Już celował...

∗             ∗

— Panie! Panie! Bój się Pan Boga! Co Pan robi?!..
Jakaś postać w bieliźnie wiła się u jego nóg, obejmowała je z płaczem i jękiem, szarpnęła jego rękę.
Rozległ się huk i kula uderzyła w sufit.
— Zosiu! Jak mogłaś?!...
Upadł na krzesło. Trząsł się cały. Naprężone nerwy nie wytrzymały. Płakał...
U jego stóp klęczała dziewczyna. Całowała jego ręce. Czuł na palcach jej łzy gorące.
— Zuziu! dlaczegoś przeszkodziła?...
— O, jaki Pan niedobry! Jaki niedobry... Taką rzecz chcieć zrobić!... Taką okropną rzecz!... Tak nie mieć litości nad sobą!...
— Zuziu! dla czegoś ty weszła? Czego ty chcesz odemnie?
— Pani nakazała, żebym czuwała nad Panem. Już śmierć wisiała nad nią. Była jak opłatek bledziuchna. Pan wtedy zdrzemnął się w fotelu... Pokazywała palcem na pana i szeptała do mnie: „upilnuj go, Zuziu!“... I panienki, wyjeżdżając, nakazywały tak samo... A ja mogłam prześlepić! O, la Boga!... I cała wina byłaby na mnie!... Ale Pan Bóg jest dobry... Ulitował się nad moją biedną głową... Usłyszałam brzęk szkła... Zerwałam się. Stałam we drzwiach... I widziałam, jak Pan... Ach, jakie to szczęście od Boga, że zdążyłam!... W ostatniej chwili.... Już by było po Panu!... Jakie to szczęście!
I całowała jego ręce... a jej oczy świeciły się przez łzy...
— Jakie to szczęście, Zuziu?...
I spojrzał na nią...
A jakby teraz dopiero ją zobaczył...
Rozpuszczone czarne włosy obrzuciły jej twarz gorejącą. Spływały po pięknie toczonych nagich ramionach. Nie zdążyła się ubrać. Przyodziała tylko spódnicę. Nogi jej były bose. Koszula opadała z ramion. I refleks lampy igrał na pełnej dziewiczej piersi. Biło od niej ciepło łóżka i młodego ciała. Twarz, ożywiona uczuciem, skąpana we łzach radości — nabrała wyrazu niezwykłego piękna. Cała postać tchnęła bujnością zdrowia.
Dreszcz zachwytu niespodzianego przeszył mu serce. Jej pocałunki miały w sobie żar pieszczoty. Gorąca fala życia biegła od niej, rozpływała się w jego sercu, sięgała do mózgów.
— Zuziu, jaka ty jesteś ładna!...
I pomyślał: „Prawdziwa wiejska Wenera!“...
Oblał ją gęsty rumieniec — sięgając pleców...
— Ach, co Pan mówi!... Ja — nieubrana...
I osłaniając piersi rękoma, zawstydzona, zrywała się z kolan...
Nie pozwolił. Przyciągnął ją do siebie. Patrzył na nią:
— Jaka ty jesteś ładna!... — powtarzał.
— Albo to Pan mnie nigdy nie widział?...
— Nigdy! — odrzekł z przekonaniem...
Majaczyła mu w głowie wiotka i blada postać, która zasłoniła przed nim na długo wszystkie inne kobiece uroki.
Przenikał go żrący wstyd. Czuł, że dzieje się z nim coś haniebnego. Oto był pierwszy moment od śmierci tamtej, gdy nie czuł ostrza bólu. Pierwszy odruch wskrzesającej miłości życia...
Oczy jego paliły się, wpatrzone pożądliwie w pełną pierś dziewiczą.
Położył ręce mocno na jej ramionach nagich. Oczy jego śmiały się — i zarażały tamte drugie oczy weselem.
Czuł ohydę zestawień, które mimowoli czynił w wyobraźni. I oburzał się na siebie, że wypadają one na korzyść tej pełni kobiecej krasy, którą trzymał w objęciu. Ale oburzenie nie przemagało radosnego zachwytu.
Potężny instynkt spragnionego ciała — stęsknionego za rozkoszami miłości — męzkość lat trzydziestu — cała siła zaoszczędzonej w życiu porządnem namiętności — zresztą zwierzę, zawsze czyhające w człowieku — wszystko to przemówiło teraz... opanowało nerwy zmęczone cierpieniem, nie mogące się sprzeciwiać...
— Zuziu! ocaliłaś mi życie..
I przechylił się ku niej — ucałował jej włosy...
Wstrząsnęła się pod tym pocałunkiem. Próbowała się wyrwać...
— Panie! Nie można!... nie można!...
Podniecał go opór... Jego usta zsuwały się po jej włosach... zbiegły na twarz... na jej oczy, na usta; gorącemi pocałunkami... ześliznęły się na plecy, ramiona, piersi...
Ona broniła się słabo... coraz słabiej... Potok nieznanych upojeń spływał na jej nierozpowitą duszę... Była jak pączek kwiatu, którego płatki rozwinęły się nagle w żarnym podmuchu dnia majowego. Rozkwitała w jego płomiennym uścisku.
— Zuziu, zbawczyni moja, czy ty... lubisz mnie?
Jej ramię podniosło się i owinęło namiętnie jego szyję. Oczy zamknęły się wstydliwie. Nie mogła mówić. Oddychała ciężkim tchem rozkoszy.
Zwieszała mu się bezładnie przez ręce...
Uniósł ją mocno...
Nie opierała się wcale. Jeszcze krzepciej owinęła jego szyję...
Dwa zapomnienia zlały się w jedno...
Niósł ją do sypialni...
Nie było w nim nic, prócz namiętności...
Królował instynkt żywiołowy...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Płynęła noc szalona...
Pękały pieczęcie na tajemnicach miłości...
Sprzężone uściskiem dwie istoty spadały w zawrotną przepaść uciechy... Zmysły mdlały... Rozkosz biła z niewyczerpanych pozornie źródeł... Namiętność odradzała się w każdym nowym uścisku.
To była jej pierwsza noc miłości...
To była jego pierwsza noc odrodzenia... Potęga rozkoszy wyniosła go z czarnych odmętów rozpaczy...
Płynął ku życiu... Był szczęśliwy... Zasnęli w uścisku...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Przez sen czuł dotknięcie kobiecego ciała.
Śniło mu się, że ona jest przy nim.
Ona — jego żona!...
Mózg jego strasznie pracował we śnie...
Pamiętał, że stało się coś okropnego...
Z nią — jego żoną!..
Przypominał ciężko...
Tak! jakieś zimne, kościste palce wyciągały się po nią...
Chciały ją oderwać od niego.
Pasował się w marzeniu sennem ze szkieletem...
Nie odda jej!... Nie odda za nic w świecie!...
Wyrwano mu ją gwałtem...
Obudził się z zimnym potem na czole...
Jest!... jest przy nim!.. Owładnęła go radość...
Spojrzał — nie zrozumiał — przeraził się...
Obca twarz!.. Obca!..
Zuzia!...
Zuzia? — tu na jego łóżku? — w jej sypialni?...
Piekielny wstyd smagnął go po twarzy pręgą rumieńców...
Uniósł się — i przypatrywał...
Zuzia spała... Po jej twarzy błądził uśmiech szczęścia... Twarz jej różowiła się śród czerni włosów i w bieli poranku...
Znużony, wyczerpany, podnosił się leniwie...
I nie odrywał od niej oczu...
I patrzał na nią ze zgrozą, niemal... ze wstrętem...
Czuł, że mu jest obcą...
„Jaka ona ładna!“ — szepnął do siebie...
I pomyślał:
„To nie ona! nie tamta!“
A wszystkie struny jego duszy jęknęły:
„To nie ona! nie ona!“
I każdy kąt jego duszy rozpłakał się:
„Skończyło się! Jej niema...“
Patrzył na uśmiechającą się Zuzię oczyma, rozwartemi bólem i przerażeniem:
„Więc zostać z ?... Jakto! z tą?... Co ona ma z nim wspólnego?... Z tamtą sprzęgł się wszystkiemi fibrami duszy... Z tamtą dzielił tysiące wspomnień... A z ?...
Przypomniał wszystkie pieszczoty tej nocy...
Głowa jego opadała pod ciężarem wstydu...
Zdawało mu się, że popełnił świętokradztwo...
Ścisnął głowę oburącz... Chciał zapomnieć... Próżno!..
Twarz Zuzi uśmiechała się przez sen szczęśliwie... Biała kobieca pierś podnosiła się równo, jakby wezbrana płodną pogodą zadowolonych pragnień...
— Jestem podły! — powiedział do siebie...
— Jestem podwójnie podły! — dodał, wpatrując się w szczęśliwą twarz Zuzi...
Wstał... ubrał się cicho... i na palcach szedł do gabinetu...
Blady poranek patrzył w okno...
Biła godzina piąta...
U drzwi gabinetu zatrzymał się na chwilę.
Twarz jego przekrzywiła się wyrazem dojmującego żalu...
Przez moment coś ważył w myślach...
Naraz zawrócił do sypialni... Pochylił się nad śpiącą Zuzią. Jego pobladłe wargi wyszeptały:
„Przebacz mi!“...
I musnęły włosy Zuzi delikatnym pocałunkiem...
Dławiąc się łzami, szedł chwiejnym krokiem skruszonego przestępcy do gabinetu... Szedł, jak na kaźń...


∗             ∗

Rozległ się huk...
Zuzia poruszyła się we śnie... Nie obudził jej huk... Odwróciła się do ściany i spała dalej ze szczęśliwym uśmiechem na ustach, rozwartych jakby do pocałunku...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.