Strona:Leo Belmont - Jej pierwsza noc miłości.djvu/3

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   3   —

Musiały odjeżdżać. Najmłodsza, panna, wracała do obowiązków nauczycielki na willegiaturze. Średnia, słabowita, jechała z musu na kurację, aby zatrzymać gasnące życie. Najstarsza mężatka i dzietna, wracała na wieś... Fatalny zbieg okoliczności sprawił, że w godzinie, gdy piorun nieszczęścia ugodził w dom ukochanego brata, pochorowały się jej dzieci — i z trudem zaledwie, zluzowana przez męża, z niepokojem o małych rekonwalescentów, przebyła w domu Jerzego przez cały tydzień po pogrzebie bratowej. Wszystkie trzy, przyjechawszy dla oddania ostatniej posługi zmarłej, pozostały przy nim, drżąc pierwszych dni, że popadnie w obłęd, lub targnie się na swoje życie...
Wreszcie okres ostrej rozpaczy minął. Brat był złamany i pognębiony, ale wydawał się spokojniejszy. Czas, zdawało się, rozpoczął już swoją kojącą robotę. Zrozumienie nieodwołalności nieszczęścia było pierwszym etapem do pogodzenia się z losem. Przestał bić głową o mur, zanosić się, jak dziecko, od płaczu, zrywać się po nocach z krzykiem i wołać żonę po imieniu głosem szaleńca... Serca pękały im z bólu wobec objawów rozpaczy tak potężnej. Bały się zostawiać go samego. Nocami kolejno czuwały przy drzwiach jego sypialni. Aż wreszcie przysiągł im na pamięć żony, że sobie życia nie odbierze, i sam je prosił, aby wracały do swoich zajęć, pozostawiwszy go jego losowi i obowiązkom.
Pragnął odprowadzić je na kolej — ale wymogły na nim, że zaniechał tej formalności. Ostatniemi dniami nic prawie nie jadał. Był prócz tego wycieńczony trzymiesięcznem czuwaniem przy łożu żony. Zgodził się zostać...
Odjeżdżając, zostawiały go na opiece czujnej służącej, która służyła w domu Jerzego piąty miesiąc i zdawała się bardzo przywiązaną do „biednego pana, któ-